[Pierwsza część tu.]

Budzę się chwilę po siódmej, pakuję śpiwór, zakładam buty. Po chwili pojawia się mężczyzna w roboczym ubraniu.
– A co wy tu?
– Niiic – odpowiadam najniewinniejszym ze swoich głosów i patrzę na niego okrągłymi oczami, które byłyby w tej chwili niebieskie, gdyby takie były (uwierz w to, uwierz uwierz). – Buty wiążę.
– A! – odpowiada, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, i odchodzi.

Ósma rano, idę na kawę do jedynego otwartego baru.
Kłęby dymu, miejscowi piją piwo, niektórzy wódkę. Zamawiam kawę, dostaję parzoną, w grubej szklance ze spodkiem. Przysiada się do mnie starszy mężczyzna. Siedzimy, milczymy, po kilkunastu minutach pyta skąd jestem. Odpowiadam, a on kładzie dłoń na sercu, kłania mi się powoli i mówi uroczyście:
– Witajcie.

Potem już góry, chłopcy z Uzovskych Pekl’an i znowu góry.
W schronisku niedaleko Lipovców dostaję apartament z wielkim łóżkiem i skórzaną kanapą.

*

Następnego dnia docieram na przełęcz Branisko. Siadam pod kapliczką, przychodzi rodzina z dziećmi. Dzieci oglądają plecak, torbę, aparat, zagadują. Jeden z chłopców pyta:
– Kdo t’a tu nechal?
Nie rozumiem, więc zniecierpliwiony powtarza parę razy, wybijając rytm patykiem:
– Kdo-t’a-tu-ne-chal!?
Wreszcie jego matka tłumaczy:
– Kto was tu ostawil?

(Kiedy jestem za granicą, staram się jak najwięcej z danego języka zrozumieć. Czytam szyldy, etykietki, odgaduję znaczenia, próbuję mówić. Tu jest inaczej i czuję się z tym dziwnie. Słów nie zapamiętuję, bo są zbyt podobne do polskich, a kiedy mówię po słowacku, mam wrażenie, że wszystko przekręcam).

Potem dzieci odchodzą i pojawia się młodzież, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, z butelką wódki. Przysiadają się, proponują wódkę, dziękuję. Chwilę rozmawiamy. Idę, młodzież zapowiada, że kupi kolejną flaszkę i odwiedzi mnie w motelu.
Nie wiem, czy przyszli, bo się przed nimi schowałam.

*

Rano z powrotem na przełęcz. Idę asfaltem, podjeżdża facet, że podwiezie. To wsiadam, asfaltem iść żadna zabawa. A skąd, a dokąd, a nie boisz się tak sama, standard. Ale potem, tuż przed przełęczą, bo to niedaleko było:
– Jesteś taka ładna, nie boisz się?
(Noż jasna cholera, a mama mówiła, żeby nie wsiadać z obcymi mężczyznami do samochodu).
– Nie – odpowiadam (tylko spokojnie).
– Masz ochotę na seks? – Uśmiecha się obleśnie.
– Nie. – Odruchowo kładę rękę na klamce (niedobrze). – Tutaj chcę wysiąść. – (Patrzę kątem oka. Gruby. W razie czego ucieczka pod górkę, może nie da rady albo nie będzie mu się chciało. Tylko plecak, w bagażniku).
Zatrzymuje się, otwieram drzwi, wysiadam. Facet otwiera mi bagażnik, wyjmuję plecak, do widzenia. Kładę rzeczy na murku, powoli, wyjmuję buty, bo szłam w sandałach. Samochód stoi za moimi plecami, silnik włączony, samochód stoi. Stoi i stoi. Powoli (jedź już, kurwa) wyjmuję kosmetyczkę, tnę plaster (jedź), naklejam na obtarte palce, wkładam skarpetki. Jedzie. Szum opon cichnie, zbyt szybko. Sznuruję jeden but, drugi, znowu słyszę silnik (no nie). Wraca. Przejeżdża koło mnie, zwalnia, zatrzymuje się, otwiera okno.
– A jak ci dam pięć euro?

[zdjęcia]