Wczoraj wieczorem czytałam w łóżku Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Kiedy zamknęłam książkę, spod poduszki zaczęło wyrastać miasto. Był to Londyn znany mi dobrze ze snów, podobny do Łodzi i do Jerozolimy.

Byłam bardzo zmęczona. Położyłam głowę na przykrytym śpiworem brzegu Londynu. Ze względu na uszkodzenie mózgu nie potrafiłam postrzegać przedmiotów jako całości, a im bardziej byłam senna, tym bardziej ześlizgiwały się jedne z drugich elementy, na które rozpadała się rzeczywistość. Siebie też nie mogłam posklejać; im bardziej spałam, tym mniej się czułam i tym bardziej nie wiedziałam, kim jestem. Było to cudowne i kuszące jak śmierć.

Żeby dowiedzieć się, kim jestem, odnalazłam dzielnicę, w której, jak mi się zdawało, spędziłam dzieciństwo. Znalazłam swój dom, ale mieszkali w nim jacyś obcy ludzie, nie poznali mnie i najwidoczniej nie byli moją rodziną.

Na psiej łące za miastem miał się odbyć koncert. Na płotach wisiały plakaty z napisem NICK CAVE.
– O! – wykrzyknął na mój widok jakiś mężczyzna. – Tu jesteś, wszędzie cię szukamy! Zaraz wychodzisz na scenę.

Spojrzałem w dół. Obleśny piwny brzuszek wypychał do przodu napis NICK CAVE na mojej koszulce. I chociaż ostatnio Nicka Cave’a słuchałam w liceum, to naprawdę mi ulżyło, kiedy dowiedziałem się, kim jestem.

Obok Adam zasnął nad reportażami o architekturze.