Dzień szósty.
Ślipcze – Hrubieszów – Dziekanów – Szpikołosy – Matcze – Zagórnik – Dubienka – Husynne – Dorohusk. 61,5 km.

Nieustająco upał.
Koło czwartej nad ranem łoskot rozpędzonego samochodu i głośne skomlenie. Adam wybiega przed dom. Samochód potrącił psa sąsiadów, pies ma uszkodzony kręgosłup, sąsiedzi – sąsiadka stara stara, syn na kacu – jakby nie wiedzą, co robić. Adam oferuje pomoc, dziękują. Parę godzin później dowiadujemy się od naszej gospodyni, że był weterynarz i uśpił.

Z Hrubieszowa wysyłam poleconym do Mariuszka, który opiekuje się pod naszą nieobecność kotami i roślinami, kilka kartek korekty, zużyte fragmenty mapy, obrazek z Matką Boską karmiącą znaleziony przez Adama w opuszczonym domu w Wasylowie i dwie strzykawki po lekarstwach.

Między Hrubieszowem a Matczami homoseksualna propaganda na przystanku PKS.

 

Za Matczami sjesta w lasku. Znajdź ważkę.

A w Dubience ważki na grzędzie.

Nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym. Nikogo oprócz nas nie ma, mamy całą szkołę dla siebie, ale jesteśmy w niej zamknięci na klucz, do rana. Specjalne zarządzenie dyrektorki.
Żeby nie włączać górnego światła, instaluję w naszej klasie znalezione w kanciapie lampki choinkowe.

Robimy obchód, z butelkami piwa w dłoni, na bosaka. Szkoła jest duża, kroki odbijają się echem. Na ścianie świątobliwe gazetki ścienne („Panie Jezu, nie pozwól, bym zgrzeszył w wakacje”), w nocy złe sny.

 

Dzień siódmy.
Dorohusk – Okopy – Świerże – Wola Uhruska – Zbereże – Sobibór – Włodawa. 56,5 km.

Upał.
Gdzieś między Dorohuskiem a Wolą Uhruską czekam na Adama pod sklepem.

Panowie pod rybą piją piwo, najbardziej gadatliwy malowniczo przeklina, ogląda się, reflektuje. „Oj, ja myślałem, że to mężczyzna jest!” (Przed wyjazdem ogoliłam głowę). „A to kobieta, i to ładna… – Dostrzega obrączkę. – I mężatka! Tak? To nie będę zaczepiał. Mąż w sklepie? Pani mi da znak, jak będzie szedł”.

Okolice Sobiboru są jak na ironię prześliczne. Sosnowe lasy idealne na spanie pod namiotem, w dodatku cień i gładki asfalt po kolejnym dniu morderczego upału.

We Włodawie instalujemy się w schronisku młodzieżowym w internacie. Dostajemy mikroskopijny trzyosobowy pokoik w lilafiolecie i ruszamy na spacer po mieście,

które o tej porze wydaje się prawie martwe.

Na wieczorne piwo trafiamy do pustego baru naprzeciwko synagogi. Jest tylko właściciel – siedzi sam przy dużym stole, ogląda jakiś stary film. Szybko okazuje się niezwykle rozmowny, dowcipny i miły. Pod koniec pierwszego piwa dołącza do nas jeszcze jego znajomy. Włodawa wciąż wygląda na prawie martwą, Adam obserwuje postępy na rozpiętej pod latarnią pajęczynie.

 

Dzień ósmy.
Włodawa – Różanka – Dołhobrody – Sławatycze – Jabłeczna – Szostaki – Kodeń – Kostomłoty. 60 km.

Dzień ósmy zaczynamy od wizyty w synagodze (obecnie muzeum).

 

W małej synagodze – choć miałam nadzieję, że nas to ominie – wystawa zdjęć z prac archeologicznych w obozie zagłady.

Po południu prawosławny klasztor w Jabłecznej.


Stajemy w przedsionku cerkwi, dużo złota, śpiewają, właśnie jest msza. Kiwam głową mnichowi, mnich kiwa głową mnie, koło czapki Adama przelatuje ważka.
Kapliczka. Znajdź ptaszka.

W Kostomłotach zapytani o agroturystykę (w internecie było, że jest) miejscowi kierują nas „jak te znaki że cerkiew, do ojca Zbyszka”. Znajdujemy cerkiew (wieczorem doczytamy w przewodniku, że jest bardzo wyjątkowa, bo jedyna działająca neounicka). Pięknie utrzymana, kwiaty, lampy, białe koty, napis PODLASCY UNICI WITAJĄ PIELGRZYMÓW itd. Za domem samochód, silnik zgaszony, światła włączone. W domu ciemno, na ganku klucz. Adam otwiera drzwi, ale nie potrafi ich zamknąć. Siadamy w altance, otwieramy piwo, pijemy trochę ukradkiem, czekamy. Nic. Robi się ciemno. Idę do pobliskiego Domu Pomocy Społecznej, bo widziałam, że się tam świeci, żeby dopytać. Na schodkach siedzi starszy pan, daje mi znak, żebym weszła przez bramę. Brama zamknięta. Podchodzi o kuli. Pytam o księdza Zbyszka, starszy pan próbuje mi odpowiedzieć, ale wydobywa z siebie tylko modulowane charczenie, którego mimo najlepszych chęci prawie nie jestem w stanie zrozumieć. Wreszcie wyławiam słowo „pielęgniarka”. Starszy pan znika w budynku, po jakimś czasie pojawia się pielęgniarka. „Jak samochód jest, to i ksiądz jest. Może kwiaty podlewa?”. Podziękowałam pielęgniarce, podziękowałam starszemu panu, wróciłam do Adama. O dziewiątej włączyły się nagrane dzwony. Przesterowana kakofonia dzwonów, strasznie głośno, z ćwierkaniem ptaków na końcu.

Adam do Aerte i Radeczka na fejsbuku przez komórkę: „Czekaliśmy godzinę, obeszliśmy teren, bo mieliśmy wizję, że gdzieś umarł. Ale znalazłem telefon na tablicy parafialnej, zadzwoniłem i przyszedł niezbyt zadowolony. Powiedział: A kto wam powiedział, że tu można nocować? My: Na krzyżówce powiedzieli. On: No i masz, hotel ze mnie robią. Ale to nie czas na takie dyskusje, macie klucze. […] Niezbyt miły, ale pójdę mu powiedzieć, że zostawił samochód na pozycyjnych i zaraz mu akumulator zdechnie”.