dobre maniery


W gąszczu było pod górkę i z górki i znowu, i długo, gorąco i droga kręta. Szliśmy do Cisnej. Moje kolano bolało, Adama zaczęło, i stopa. Po iluś godzinach usłyszeliśmy w dole szosę. A tam, powiedział Adam, wystaw sobie, znowu będą ci panowie. I znowu nas zapytają „Kawy? Herbaty?”…
Do schroniska dotarliśmy tak zmęczeni, że mi się rzygać chciało. Zjedliśmy po chińskiej zupce, poszliśmy do namiotu spać. Tego dnia Adam uratował dwa ślimaki bez skorupki.

Rano postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc, żeby trochę odpocząć. Wyjęliśmy z namiotu żuka, Adam zrobił pranie, ja wzięłam prysznic, poszliśmy na spacer – do punktu aptecznego (bandaż, maść rozgrzewająca), gdzie spotkaliśmy leśnego diabła o niezwykle jasnych oczach (igła, strzykawka; dziarski bieg po schodach), do centrum (knajpy, zapach smażonej ryby), na przystanek pekaesu (brak rozkładu jazdy, po drodze indyk), na cmentarz (Jezus na półksiężycu, muzułmański), wróciliśmy.
Przez pierwsze pół godziny nikt nie śpiewał, potem przyszedł autystyczny grajek gitarowy. Nikt nie znał jego piosenek, nikt mu nie wtórował, nikt go nawet nie słuchał (jeśli nie liczyć jednej małej dziewczynki), ale chyba w ogóle mu to nie przeszkadzało. Poszliśmy do namiotu spać. Następnego dnia mieliśmy jechać do Komańczy.

Około północy przy ognisku zaczęła się impreza. Śpiewaków i grajków było jakieś straszne mnóstwo, co gorsza oprócz gitar mieli jeszcze flecik i bębny. Z naszego namiotu słychać było wszystko doskonale. Wycie, brzdąkanie, walenie, popiskiwanie, pokrzykiwanie i dowindy. Śpiewali tak i grali do pierwszej – zasnęłam – drugiej – Adam nie spał – drugiej, po drugiej… Wpół do trzeciej obudził mnie jakiś ruch i ciche sapanie. Wyciągnęłam rękę w stronę twarzy Adama, ale pod palcami poczułam futro. Chyba właśnie zamieniał się w niedźwiedzia. Pogłaskałam go, zamknęłam oczy. W półśnie słyszałam, jak wychodzi z namiotu, jak nagle urywa się całe to granie, śpiewanie i walenie w bębny, jak przechodzi w jeden wielki wrzask przerażenia i tupot dziesiątek uciekających nóg.
I tylko jeszcze ktoś krzyknął ze zgrozą: Nasrał nam do gitary!, a potem wszystko ucichło.

[zdjęcia]

dobre maniery


Wypłukałam błoto ze spodni, prawie się umywalka zapchała. Adam rozwiesił ubrania, zaniósł plecaki do pokoju i rozłożył rzeczy do suszenia, ja zabrałam się za buty. Ładuję glany pod kran, płuczę, płuczę, drżą płomyki świec. Bo schronisko bez prądu, świece nad umywalkami i w jadalni, ale do pokoju trzeba z latarką, do kibla z latarką. Jak weszłam do łazienki, akurat załapałam się na rozmowę gitarowego wodzireja ze śpiewakiem schroniskowym, przekrzykiwali się z kabiny do kabiny: Aaa, bo ty nie masz latarki, to nie widzisz swojego. Może to i lepiej, nie będziesz miał kompleksów… Potem wyszedł jeden z drugim, Oj, tu kobieta jest, a my takie rozmowy, śpiewak poszedł, wodzirej został, pijany, wesoły, zagaduje.
– Oho! Błoto?
– Błoto – odpowiadam ze śmiertelną powagą, nie patrząc w jego stronę.
– Łał, glany!
– Tak, glany.
– Tak pod kran? Są z gumy? (Haha?)
– Nie – nie podnoszę wzroku, nie wykazuję się poczuciem humoru. – Po prostu i tak całkiem przemokły.
– A małżonek czeka…
– Odpoczywa – odstawiam glany, biorę buty Adama.
– Skąd jesteście?
– Z Warszawy.
– Czy w Warszawie nie lubią poznaniaków? – Tak, wiem już, że wodzirej jest z Poznania, słyszeliśmy jeszcze pod Rawkami. Wygrzebuję kamyk z podeszwy, patrzę na wodzireja. – Haha? – Chyba zbyt długo milczę.
– Nie wydaje mi się.
– No dobrze, widzę, że robota poważna, nie przeszkadzam. – I poszedł.

Wracam do jadalni, grajkowie schroniskowi skończyli piwo, otwierają wiśniówkę, dolewają poznaniakowi, planują wspólną wycieczkę na następny dzień, Pójdziemy razem, będzie fajnie, w Ustrzykach się prześpimy… Tylko żeby gitara była, gitara koniecznie, popiskują dziewczynki schroniskowe śpiewaczki. Potem tramwaj na przystanku zakwitł i zapomniał wszystko, ziemia uciekła do windy, niebo zapłakało, a my poszliśmy na górę i nic nie słyszeliśmy, i spaliśmy bardzo dobrze.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Dołżycy. Zielony mosteczek nie uginał się, Adam zaśpiewał mi streszczenie piosenki o Sztirlitzu i Klossie. Przy drodze stała niebieska budka z blachy falistej, przed budką siedziało dwóch panów, pili wódkę.
– Dzień dobry – przywitaliśmy się.
– Dzień dobry – przywitali się panowie i zaśmiali się do nas. – Kawy? Herbaty?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów.
– Psa?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów, poszliśmy i zgubiliśmy szlak. Wracamy.
– Kawy? Herbaty? – pytają panowie.
– Dziękujemy – dziękujemy.
– Wody? – śmieją się do nas panowie.
– Dziękujemy – śmiejemy się do panów, idziemy i wchodzimy w gąszcz.

[zdjęcia]

dobre maniery


W tysiąc dziewięćset którąś rocznicę wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny długo i bezkutecznie czekaliśmy na pekaes. Przestało padać, momentami nawet wyglądało słońce – Michał z Wojtkiem specjalnie dla nas skrócili swój pobyt w Bieszczadach. Po drugiej stronie drogi stachurowiec z mapą w bocznej kieszeni spłowiałych spodni łapał stopa i próbował z nami rozmawiać (eee, z dziewuchą łapie się łatwiej). Potem przyjechał harlejowiec z brzuszkiem i lisimi ogonami, zaproponował stachurowcowi, że go podwiezie, chociaż sam w przeciwnym kierunku, ale co tam. Już ich sobie wyobraziliśmy na tym motorze razem, stachurowiec trzymający harlejowca za brzuszek, do jego pleców przytulony, taka super przygoda, stylowa podwózka, ale stachurowiec czemuś się wystraszył, wymiękł, podziękował, że nie. Pekaes nie przyjechał, poszliśmy.

Spotkaliśmy czarne owce z białymi ogonami i weszliśmy na Połoninę Wetlińską, gdzie mnie kiedyś spłodzono na skrzyni na materace. Po drodze nawet mieliśmy widoki. W schronisku było zimno, tłoczno i nieprzyjemnie, na zewnątrz zebrały się chmury. Zjedliśmy kanapki, wzięliśmy trzy kamyczki, założyliśmy pałatki, poszliśmy. Na schodkach poprzedniego dnia nadwyrężyłam sobie kolano, więc bardzo powoli, bo ja o prostej nodze. Kiedy przestało padać, weszliśmy akurat na wąską ścieżkę przez jagodowisko, spodnie natychmiast nam przemokły, a mnie się jeszcze z tych krzaczków do glanów nalało. Kiedy weszliśmy w las, zapadł zmrok.

I idziemy, świecę czołówką, błoto straszne, ślisko, ścieżynka wąska, w wysokich zaroślach się wije (kleszcze!), gubimy drogę raz i drugi, szeleści folia pałatek.
W sumie dobrze, myślę, że robimy tyle hałasu, cholera wie, co po tych krzakach chodzi, może nawet niedźwiedzie – ale zachowuję tę myśl dla siebie, żeby nie straszyć Adama.
Cholerka, oby to nie był niedźwiedź. Nie, to pień. Dobrze, dobrze. Pałatki szeleszczą, co ma uciec, ucieknie. Co to za szelest? O Boże. Nie, dobrze – myśli Adam, ale zachowuje te myśli dla siebie, żeby mnie nie straszyć.
Przystajemy, szum folii cichnie, słychać trzask gałązek i szelest liści.
– Sarna? – Adam widział biały kuper. – Czujesz?
– Mhm, świeża kupa…

A potem był ten drogowskaz. BACÓWKA. Jedna droga w górę na prawo, druga w dół na wprost, drogowskaz wskazuje jakby obie. Więc my najpierw dwa kilometry w dół, potem z powrotem, półtora kilometra w górę, i z powrotem, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy Adam znalazł pomiędzy tymi drogami ukrytą w zaroślach krętą ścieżynkę, ale tak ukrytą, że nigdy bym nie pomyślała; jakiś rów, jakiś nasyp na ponad metr, siatka jakaś, chaszcze.
Do schroniska na Jaworcu dotarliśmy o dziesiątej, ubłoceni po kolana. Weszliśmy do jadalni, a tam grajkowie schroniskowi, między innymi gitarowy wodzirej z dnia poprzedniego. Whisky moja żono. Uciekła do windy. Ziemia toczy, toczy, co się napatoczy, już dość, już dość. Ze mną można tylko pójść na
– Jagodowisko – dopowiadamy bardzo złym szeptem.

[zdjęcia]

dobre maniery


Wieczorem przyjechali motocykliści. Akurat zapadaliśmy w letarg po obiedzie w restauracji (co my tu mamy bez mięsa… pomidorowa, żurek, flaki…). Skuliliśmy się na łóżku pod szarymi kocami, nie lubiliśmy, nasłuchiwali. Któryś otworzył drzwi do naszego pokoju, zapalił światło, głośno kichnął do środka i nie zgasiwszy światła, zamknął drzwi. Zajęli pokój obok. W nocy byli cicho, rano okazali się całkiem mili.

We wtorek znowu pojechaliśmy do Ustrzyk. Kiedy wsiedliśmy do pekaesu, kierowca rozmawiał akurat z pasażerkami o ludzkiej arogancji.
– Jakaś pycha go pochłonie, a to jest kawał gupola. Pan kierowca! Jest udowodnione, że im więcej kto ma mądrości i wiedzy, tym bardziej się niży… I jeszcze mi przyszło do głowy takie zdanie, że tak jest w Biblii napisane: nie siadaj na pierwszych siedzeniach, bo ktoś cię wyprosi i będzie ci głupio; a jak siądziesz z tyłu i ktoś cię zaprosi, to będzie ci miło.
– A do kościoła to tutaj?
– Nie, na następnym zakręcie.

W Ustrzykach w restauracji Eskulap promocja: zestaw obiadowy, pomidorowa + pierogi ruskie, za jedyne 17 zł. Z ciekawości sprawdziłam – osobno pomidorowa kosztowała 5, a pierogi 12.
Zamawia się, dają paragon z numerkiem, jak jest gotowe, przez mikrofon mówią numerek.
– Dziękuję za paragon – dziękuje chłopak przede mną.
– Ale będzie panu potrzebny numerek – nalega barmanka. – 22, zapamięta pan?
– Zapamiętam – uśmiecha się chłopak. – Nic innego mojej głowy nie zaprzęga.

Poszliśmy na Rawki, pogoda paskudna, wiało padało. Do dolnej krawędzi swojej foliowej pałatki taśmą do kneblowania przykleiłam kamyki, dzięki temu się nie podwija, kolana mniej mokną. Do schroniska pod Małą Rawką dotarliśmy przemoczeni i zmęczeni. Rozwiesiliśmy rzeczy gdzie się dało, przysiedliśmy się do najbardziej na pierwszy rzut oka nietowarzyskiej dziewczyny w jadalni, zamówiliśmy grzane piwo. Strasznie było fajnie, dziewczyna nic nie mówiła, tylko parę razy się uśmiechnęła, przyszedł kot. Potem wszystko się zmieniło. Dziewczyna zaczęła z nami rozmawiać, turyści zaczęli grać na gitarze i śpiewać (jakieś Stare Dobre Małżeństwa i Bukowiny, Whisky moja żono, wreszcie nawet Uciek ła do windy), a na koniec przyszedł zgarbiony chłopak w ciężkich okularach, przysiadł się bez pytania i próbował przepędzić kota. Kot tu zostaje, oznajmiłam mało sympatycznie. Kot został, chłopak jeszcze bardziej się zgarbił. Ale potem przyszli jego koledzy i koleżanka, przysiedli się bez pytania, śmierdzieli i hałasowali. Uciekliśmy na stryszek. Ledwie zasnęliśmy, przyszli i nas obudzili. Wtedy po raz pierwszy pomyśleliśmy, że trzeba będzie zmienić góry.

[zdjęcia]

dobre maniery


W urodziny Adama od rana była mżawka, namiot zwinęliśmy wilgotny. W sklepie mieli tylko piwo, czipsy i batoniki, więc na śniadanie zjedliśmy chińskie zupki. Mnie włączył się już tryb nietowarzyski, Adam postanowił uciąć sobie small-talk z najbardziej wycofanym gościem pola namiotowego. Tomasz Geograf siedział w Bieszczadach już drugi tydzień, wyrosła mu całkiem porządna broda. Zbierał materiały do magisterki, badał koryto Sanu; chodził po jakichś krzakach (na szczęście moje przyrządy nie są zbyt ciężkie, ani, prawdę mówiąc, zbyt skomplikowane), widział rysia i odradził spacery wzdłuż ukraińskiej granicy (słyszałem o takich, co spędzili urlop w lwowskim areszcie).
Pożegnaliśmy się, poszliśmy, zaczęło lać. Schowaliśmy się pod byłą bramą zakładów Iglopol. Spędziliśmy tam jakieś półtorej godziny; patrzyliśmy na deszcz, na konie leżące w trawie (jeden miał numer na boku), patyczkami i kupkami zeschłych źdźbeł zmienialiśmy bieg cieknącej po asfalcie wody, zrobiliśmy kawę, napiliśmy się whisky. Jak przestało, poszliśmy na torfowisko.

Nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym w Stuposianach. Rano padało, Adam wymyślił plan. Pojechaliśmy pekaesem do Ustrzyk. Siedliśmy na pierwszych siedzieniach, słuchaliśmy kierowcy.
To już nie są te Bieszczady, co kiedyś… Kiedyś to tu było kolorowo od namiotów, namiot na namiocie. Cały lipiec jeden z drugim rozładowywał wagony, sierpień – jechali w Bieszczady. Zatrzymywali autobus, panie kierowco, pan nas zabierze! Gdzie, jak ja pełny jestem! A teraz… To już nie te same Bieszczady… Kiedyś na znakach było „serpentyny”, a teraz co? „Droga kręta”.
Adam uratował winniczka, potem we mgle i w deszczu, w porywistym wietrze i zawrotnym tempie zdobyliśmy Tarnicę i zeszli do Wołosatego, akurat na autobus.
– Jedzie pan przez Stuposiany?
– Tak. – Kierowca patrzy na nas naburmuszony, z góry do dołu obcina, coś w myśli przeżuwa, wreszcie mówi: – Tylko te buty trochę wyczyśćcie, ja do Rzeszowa jadę.

[zdjęcia]

dobre maniery


– Tu była kiedyś biblioteka. – Z niebieskiej budy dolatuje wilgotny zapach charakterystyczny dla starych drewnianych domów. – Potem różne sklepy i zakłady, ale mama mówi, że wszystko szybko plajtowało. Tylko knajpa się utrzymuje. – (Pijarnia piwa, tak o niej powiedziała, zapamiętałam, bo spodobało mi się słowo).
Koło urzędu stanu cywilnego jest salon sukien ślubnych Medea i zakład pogrzebowy: – O, te okolice już znam. Na moście strasznie się kiedyś wywaliłam. Jechałam na rowerze i zahaczyłam kierownicą o barierkę.
Adam pochodzi z Z, ja tam przez kilka lat mieszkałam, ale już po jego przeprowadzce do K. Dlatego pamiętamy inne warstwy. Na przykład tam, gdzie u Adama kino – na placu Warszawskim, z którego odjeżdżały (A, tak, za moich czasów też!) autobusy do Niemiec – u mnie jest restauracja.

– W tym sklepie z elektroniką zaopatrywał się mój kolega M. Ale nie ten M, tylko inny. Był dziwny, w szkole się z niego trochę śmiali. (O. I druga. Sześć groszy). Ojciec zabronił mi się z nim spotykać, mówił na niego Piroman. Bo bawiliśmy się kiedyś wyrzutniami zapałek w altance, a następnego dnia się okazało, że ją niechcący podpaliliśmy.
M od altanki – przypisuję Piromanowi atrybut, żeby zapamiętać. Tak jak Adama byłym dziewczynom, wszystkie pamiętam jak święte albo Matki Boskie, D od ręki, S od matki, A od sukni, J od pierwszego razu, Z, co przyjeżdżała, H, co wyjechała, itd.
– A tam jest fryzjer, u którego ostrzygłam się na trzy milimetry po tym, jak mnie była żona Hydraulika wytargała za włosy; chyba ci opowiadałam; wpadła do nas do domu i zwyzywała mnie od dziwek… O, nie ma już… hm, nie pamiętam, jak się ta knajpa nazywała.
– Cafe Mozart.

– Na tamtej ścianie mój brat namalował od szablonu wielkiego fiuta ze skrzydłami i podpisem „Pegaz z napędem jądrowym”.
– W zakładzie fotograficznym pod tą ścianą zrobiłam sobie zdjęcie do dyplomu. (Co to? A nie, to nie). O, a tędy podobno zjechał kiedyś autobus. Kierowcy coś odbiło, i staranował te słupki, i…
– Tak, i zatrzymał się dopiero po drugiej stronie Wolności. A tutaj był… a, jest jeszcze, Sfinks.
– Byłam tam kiedyś, jak przyjechała do nas Lola, Hiszpanka. Strasznie byłam o nią zazdrosna.
– A ja, jak z rodzicami rozmawiałem o wynikach badań krwi.

– Pstrowski!
– W tym szpitalu leżałem, kiedy szukali mojej brakującej nerki. Te dwa okna na rogu.
– Te?
– Nie, to jest łącznik. W tym ciemnym.
– A tutaj podobno ksiądz hodował kozy w przykościelnym ogródku.
– No, jest tu trochę do roboty dla kóz… A tam (O, patrz!) kupiłem Maryję i Jezusa.
– Z tej apteki wyszła kiedyś pani magister w białym fartuchu; akurat wtedy, kiedy jakiś mężczyzna wyskoczył z ósmego piętra.

– A tu mieszkałem, jak byłem mały. (Brat mówił wczoraj, że to obciach mieszkać przy jednokierunkowej). Te dwa okna po prawej. Chodź, zobaczymy, czy da się wejść na podwórko… Ojej. Te słupy ciągle tu są…

Mija południe, idziemy do M, ale nie M od altanki, tylko do M.
M ma niebieski pokój, taki chłopięcy, z komputerem i drążkiem do podciągania, i z nagrodami poetyckimi w szafce nad biurkiem. W pudle na szafie trzyma ocalałe resztki przeszłości Adama. Przepisane na maszynie wiersze sprzed kilkunastu lat (Boże… – Adam łapie się za głowę nad kolejnymi kartkami – co za gówno!), obsceniczne limeryki, kroniki z wakacyjnych wyjazdów nad morze, albumy z gołymi babami. Pakujemy wszystko do torby, razem z prostownikiem i niedawno wydaną książką M, wracamy do rodziców na obiad.

– Chodź do piwnicy – mówi na koniec Adam. – Poszukamy Jezusa.
Trochę to trwa, bo w piwnicy też jest sporo przeszłości. Czapka, narty (O, umiesz jeździć na nartach?), konfitury. W końcu znajdujemy.
– Ile on kosztował? – pytam, kołysząc Jezusa w ramionach.
– Jakieś trzydzieści złotych.

[zdjęcia]

dobre maniery


Po paradzie, u Mademoiselle Blanche. Część zgromadzenia czyta Edmunda White’a, część rozmawia o korporacjach, S, Adam i ja słuchamy z gospodynią Marii Callas. Przy Un bel di vedremo S trochę się krzywi, co widząc, Mademoiselle Blanche przystępuje do płomiennej obrony Madamy Butterfly.
– Bo prawdziwa dama, jak czeka na statek… – zaczyna ze swojego fotela pod oknem. – Ja ci powiem, bo ja jestem starsza – wtrąca, upiwszy łyk wina.
– W wieku balzakowskim? – dopytuje S.
– Jakim balzakowskim?! On! – Oburzona Blanche wskazuje na Marcina. – On jest w balzakowskim! Ja jestem w średnim! …No więc – podejmuje po chwili – prawdziwa dama, jak tak czeka i czeka, to różne rzeczy mogą jej przyjść do głowy.
– Na przykład co?
– Na przykład przestać czekać…

dobre maniery


Spotkanie autorskie z T miało miejsce w dawnej Cafe S, obok dużej żółtej tablicy z napisem „Od dnia tego a tego zamknięta ul. S dla ruchu pieszego”. Nie wytrzymaliśmy długo. Żona Agi, Ola, była rozczarowana, że nie ma rozmowy, Agę zraziło słowo dekonstrukcja na samym początku, Adam wymiękł przy powinnościach pisarza, a ja już przy dekonstrukcji głęboko się zdekoncentrowałam. Kiedy T stwierdziła, że nawet pies jest polityczny – pies z kulawą nogą, mruknął Adam – uznaliśmy, że jużeśmy się nasycili kulturą i sztuką, i poszliśmy do Cafe A.
Usiedliśmy w dawnej części dla niepalących, przy lustrach na rogu, zamówiliśmy piwo, postawiliśmy Adze drinka, nie wyjaśniając za co, i tak długo snuliśmy heroiczne opowieści o wypadkach rowerowych, siniakach i błędach młodości, aż Ola zrobiła Adze scenę wyjścia. Wybiegłyśmy za nią na deszcz i namawiałyśmy do powrotu, ale nie chciała.

Potem przyszedł siwiejący mężczyzna w okularach i zapytał:
– Jak oceniacie to piwo w skali od jeden do pięciu?
– Osiem i pół – odpowiedział Adam.
Kiedy Aga, zapytana raz, drugi i trzeci, burknęła wreszcie, że trzy i pół, mężczyzna oznajmił, że idzie przekazać właścicielowi wyniki ankiety, i zniknął na zapleczu. Minęła mniej więcej godzina, pojawił się znowu. Usiadł.
– Jak się nazywacie?
Powiedzieliśmy. Powtórzył.
– A pan?
– Tomasz. Czym się zajmujecie?
– Książkami.
– Znalazłem w życiu dwie książki. Zbrodnię i karę i kryminalistykę…

– A czym pan się zajmuje, oprócz przeprowadzania ankiet w knajpach?
– Ogrodem. Czy pozwolicie, że zjem ciastko w waszym towarzystwie?
Pozwoliliśmy.
– Gdyby mnie ktoś zapytał – powiedziałam, przyglądając się, jak pod naciskiem widelczyka z wuzetki pana Tomka odskakuje wierzchnia warstwa czekolady – jak wygląda człowiek, który je pretekst, pokazałabym mu pana.
– A poza ogrodnictwem i jedzeniem pretekstów – zapytał Adam – czym się pan w życiu zajmuje?
– Nieruchomościami.
– Różnościami? – ucieszyłam się. – O, zostały panu już tylko okruchy.
– Okruchy pretekstu – roześmiała się Aga.

Pan Tomek zamówił herbatę, zamieszał, nie wyjął torebki i zwrócił się do Agi:
– Dasz mi swój numer telefonu?
– Nie ma mowy – odpowiedział Adam.
– Dlaczego mówisz za koleżankę?
– Bo jestem jej głosem rozsądku.
– A ja sumieniem – wtrąciłam.
– Ale może koleżanka sama się wypowie?
– Nie ma mowy – wypowiedziała się Aga i poszła do łazienki, gdzie przed chwilą zniknęła dziewczyna w szarej bluzie.
– Pan Tomek – powiedział Adam – miał niewysłowioną nadzieję.

dobre maniery



Kliknąwszy itd.

dobre maniery


Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

dobre maniery


Stary rysunek na nowy rok, bardzo proszę. I wszystkiego, co tego, proszę. Tak.
W zeszłym roku w F po obiedzie. Dookoła notatki. Po lewej: Jak rano dojechać na lotnisko? Po prawej: Kim jest starsza pani, która przyszła potem?

img202

« wtewewte »