dylematy etyczne


Słowa kluczowe czerwiec–lipiec.
Podaję najciekawsze, tym razem nie wierszem, a wg kolejności z licznika. Pisownia oryginalna.

niszczą blone porno
Szkic Podfruwajki
co to nieadekwatność
wujek czas wolny dzieci
napisy na piżamy
stroje ludowe skup
nie akceptuję swojego gejostwa
czy psychiarta moze umawiac sie z pacjentka
co to znaczy wypiąć się do kogoś gołym tyłkiem
jak uwieść faceta biseksualistę
łaskotali pannę
opatrunkiem na oku
romans lekarz etyka
Zaczepiał was kiedyś pedofil?
sutanna ma guzików
PYSK DZIKA
przjęzyczenie albo potówr mityczny
olej święcony
molestowanie łaskotanie
wiersze o długiej nieobecności
pielegniarka tortury
skup kopyt plastykowych ceny
muza poety
jak otworzyć zamkniętą pistacje
świntuchy amatorki
zatęchła woda w studni
po operacji został opiłek (igła)
jak poderwać listonosza
jak wygląda kapitalista
karuzela kukiel blog

dylematy etyczne


Rumunia 2004, dworzec autobusowy w Suczawie. Zaczepia mnie mała Cyganka. Wyciąga dłoń i natrętnie błagalnym tonem mówi coś, czego nie rozumiem. Kręcę odmownie głową, dziewczynka znika. Po chwili pojawia się znowu, boleśnie szczypie mnie w ramię, krzywi się paskudnie i mamrocze coś, czego także nie rozumiem, ale co zdecydowanie brzmi jak klątwa.

Polska 2009, w-wski tramwaj. Wsiada obszarpany mężczyzna z gnijącą nogą, klęka w przejściu między siedzeniami i zaczyna recytować:
– Szanowni państwo nie mam pracy nie mam domu jestem chory nie mam na leki…
Jeden z pasażerów brutalnie łapie go za ramię, podnosi z klęczek i popycha w stronę siedzenia.
– Siadaj!
Mężczyzna z gnijącą nogą protestuje nieśmiało:
– Ale ja chciałem coś użebrać…
– Siadaj! Siadaj jak człowiek.

Polska 2010, Dworzec Centralny w W-wie. Darka zaczepia mężczyzna o kulach i prosi o pieniądze. Darek odmawia. Kaleka patrzy mu głęboko w oczy i mówi:
– Życzę zdrowia…

dylematy etyczne


Przeglądając swoje stare notatki, znalazłam zagadkowe oświadczenie młodszej z moich młodszych sióstr, wówczas siedmioletniej. Nietypowa interpunkcja oddaje intonację.

Chciałabym. Być okropnie brudna.
Chciałabym. Być okropnie zła.

Nie. Nie chciałabym.

Chciałabym. Być okropnie dobra.
Chciałabym. Mieć dobry porządek.

Chciałabym. Mieć królestwo nad polami.

dylematy etyczne


dla Telemacha*

Wujek miał wąsy i skarpetki w romby. Kiedyś uczył w podstawówce, ale zrezygnował, bo bał się uczniów. Cofał się pod naporem ich wrogich spojrzeń aż pod tablicę i stał, z całej siły wbijając się w nią plecami. Spuszczał wzrok, mówił szybko, cicho i niewyraźnie. Po południu jego wełniana kamizelka była cała w kredowym pyle.
Później otworzył mały warsztat i zajął się dorabianiem kluczy. Jego dłonie zawsze były nienaturalnie czyste – białe jak dwa kawałki surowego ciasta, ani ciepłe, ani zimne, bez zapachu.

Wolny czas spędzał na placu zabaw. Dyskretnie przyglądał się dzieciom. Fascynowały go. Pozbawione poczucia odpowiedzialności, ale obdarzone wyobraźnią tak potężną, że zdolną stworzyć świat. Okrutne, beztroskie i straszne.
Nigdy ich nie zaczepiał, nie odważyłby się. Między nim a dziećmi była przepaść, zdawał sobie z tego sprawę, nie próbował, nawet w marzeniach. Po prostu patrzył i tęsknił.

W piątek został trochę dłużej. Ściemniało się, dzieci wracały do domów. Jeden z chłopców przeszedł tuż obok wujka i otarł się prowokacyjnie o jego kolano. Wujek znieruchomiał. Chłopczyk spojrzał mu w oczy i z całej siły kopnął go w kostkę.
– Pedofil!

Wujek został sam na pustym placu zabaw. Usiadł na karuzeli. Spod nogawek przykrótkich spodni wyłoniły się skarpetki w romby i kilka centymetrów białej, pokrytej rzadkimi włosami skóry. Wujek odepchnął się od ziemi, karuzela jęknęła.
Zamknął oczy. Na jego kolanach siedziała pięcioletnia księżniczka Tacjanna.
Karuzela się kręciła. Księżniczka się śmiała. A wujek ją łaskotał, łaskotał, łaskotał…

* Ze względu na prośbę wyrażoną tu.

dylematy etyczne


Opowiedziane przez młodszą z moich młodszych sióstr, która była obserwatorką OBWE podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich na Białorusi.
Wieś X w rejonie dubrowieńskim, lokal wyborczy w pokołchozowym budynku przerobionym na dom kultury. Członkowie komisji, troje obserwatorów, poza tym pusto. Wchodzi mężczyzna po sześćdziesiątce, sam. Pokazuje paszport, podpisuje się na liście, bierze kartę do głosowania.
Przez jakiś czas stoi bezradnie na środku pomieszczenia i wpatruje się w kartę. Wreszcie mówi, że nie widzi. Niedługo będzie miał operację oczu.
– Chcę głosować na Łukaszenkę. Gdzie tu jest Łukaszenka?
Komisja nie może mu pokazać. Mógłby tylko inny głosujący, ale nikogo nie ma. Kobieta z komisji na chwilę wychodzi, przynosi jakieś okulary. Okulary nie pomagają.
Mężczyzna nie zaznacza żadnego nazwiska i wrzuca kartę do urny.

dylematy etyczne


Pod koniec kwietnia Lola Amatorka zorientowała się, że jest w ciąży. Nie była pewna, czy ojcem dziecka jest Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie, czy Operator Fotoplastikonu, ale było to w zasadzie nieistotne. Ponury Monter miał ładne dłonie, Ksiądz po Kolędzie miły głos, a Operator Fotoplastikonu czarne oczy, ale żaden z nich nie nadawał się na ojca i z żadnym Lola nie chciała się wiązać.

Kiedy zobaczyła na teście dwie kreski, była trochę zaskoczona, ale naprawdę się ucieszyła. Zawsze lubiła dzieci i zawsze chciała jakieś mieć. Swoją ciążę potraktowała poważnie i odpowiedzialnie; rzuciła palenie, zaczęła się zdrowo odżywiać i chodzić do lekarza. Była szczęśliwa i coraz ładniejsza, więc Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie i Operator Fotoplastikonu kochali ją jeszcze mocniej i czulej niż przedtem.

Mała kropka na pierwszym USG była strasznie ciemna. Czarniejsza niż oczy Operatora i sutanna Księdza i bardziej ponura niż Monter. Lola starała się o tym nie myśleć, ale im mocniej się starała, tym silniejszy ogarniał ją niepokój, choć lekarze zapewniali, że „płód jest prawidłowy”. W końcu zdecydowała się na amniopunkcję.

– Naprawdę przykro mi to mówić – powiedział lekarz, i naprawdę było mu przykro, bo zdążył już pokochać Lolę Amatorkę – ale pani dziecko cierpi na nieuleczalną depresję. Nie chce żyć i nigdy nie będzie chciało. Podczas porodu zrobi wszystko, żeby umrzeć. Odwróci się tyłem, okręci sobie pępowinę wokół szyi albo wypchnie łożysko przed sobą. Może przy tym – tu trochę załamał mu się głos – niechcący panią zabić.
Lola Amatorka milczała.
– Jeżeli pani dziecko nie umrze przy porodzie – ciągnął lekarz – nigdy nie będzie szczęśliwe. Znam takie przypadki – odwrócił wzrok. – Znam ludzi, którzy nie chcą żyć, i nic im nie pomaga. Ani najlepsi lekarze, ani najnowsze leki, ani najwymyślniejsze terapie. Ani kochające rodziny, ani wspaniali przyjaciele, ani sukcesy, ani sława i pieniądze, ani alkohol i narkotyki. Nic.
Lola Amatorka patrzyła na swoje stopy. Lekarz patrzył w okno.
– Nieuleczalna depresja płodu może być uznana za wskazanie do przeprowadzenia aborcji – powiedział. – Jeżeli zdecyduje się pani na usunięcie ciąży, pomogę pani.

dylematy etyczne


– Mamo, ty mnie urodziłaś, prawda? – jakieś dziesięć lat temu pyta mamę mój czteroletni wówczas brat.
– Tak – odpowiada mama.
– A przedtem urodziłaś Z?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś T?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś K?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś siebie?
– Nie – mama wybucha śmiechem.
– Mamę urodziła jej mama – wtrącam się, bo zainteresowała mnie ta rozmowa.
– Mama mamy?
– Tak, L. L jest mamą mamy.
– Ale najpierw L urodziła siebie?
– Nie, L urodziła jej mama.
– A… – widzę, że brat łapie regułę, ale chyba przeszkadza mu regressus ad infinitum.
– Chodzi ci o pierwszą mamę? – pytam.
– Tak.

W imię wolności przekonań postanawiam dać bratu dwie opcje do wyboru (na koncepcję, że pierwsza mama jest tylko konieczną ideą rozumu, której jednak nie musi odpowiadać żaden konkretny byt, jest chyba jeszcze za młody).
– Więc tak – mówię. – Nie wiadomo, kto był pierwszą mamą, są tylko przypuszczenia. Różne, ale najczęstsze są dwa. Jedno jest takie, że pierwszą mamą była Bozia. Nie wiadomo, czy Bozia istnieje, ale wielu ludzi uważa, że tak – dodaję. I opowiadam. Staram się, żeby nie było słychać, że zupełnie w to nie wierzę. Jeśli brat ma dokonać naprawdę samodzielnego wyboru, to trzeba mu obie hipotezy przedstawić jak najbardziej bezstronnie. Opowiadam o tym chaosie na początku, duchu, co unaszał się nad wodami, sześciu dniach, rybach, ptakach i zwierzętach lądowych, Adamie i Ewie, i tak dalej. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu brat słucha tej opowieści bez najmniejszego zdziwienia.
– Drugie przypuszczenie jest takie, że pierwszą mamą była Bakteria – ciągnę. I opowiadam o wielkim wybuchu, o wodzie, o małej, malutkiej bakterii, która się w niej pojawiła, a potem się zmieniała i zmieniała, i powstały z niej eugleny, pantofelki i ameby, które też się zmieniały i zmieniały…
A brat patrzy na mnie coraz okrąglejszymi oczami i w końcu zaczyna się śmiać.

(Jakiś rok albo dwa lata temu dostał piątkę z religii – za wyjaśnienie co ma na myśli, mówiąc, że jest agnostykiem).

dylematy etyczne


Mój brat, wówczas pewnie czteroletni, do kolegi z przedszkola: Nie kłam, to wstyd.
Przedszkolanka do mojego brata, nieco poirytowana: Wstyd to chodzić z gołą pupą.

dylematy etyczne


Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok – że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni – ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
– Można? – zapytałem, sepleniąc.
– Tak, proszę. – Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
– Hm, tak – pomrukiwał – tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… – Usiadł przy biurku. – No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. – Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. – To się łatwo leczy. Jeśli pan chce – spojrzał na mnie z powątpiewaniem –  jedna prosta operacja załatwi sprawę.

« wte