lekcje chaosu


W gąszczu było pod górkę i z górki i znowu, i długo, gorąco i droga kręta. Szliśmy do Cisnej. Moje kolano bolało, Adama zaczęło, i stopa. Po iluś godzinach usłyszeliśmy w dole szosę. A tam, powiedział Adam, wystaw sobie, znowu będą ci panowie. I znowu nas zapytają „Kawy? Herbaty?”…
Do schroniska dotarliśmy tak zmęczeni, że mi się rzygać chciało. Zjedliśmy po chińskiej zupce, poszliśmy do namiotu spać. Tego dnia Adam uratował dwa ślimaki bez skorupki.

Rano postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc, żeby trochę odpocząć. Wyjęliśmy z namiotu żuka, Adam zrobił pranie, ja wzięłam prysznic, poszliśmy na spacer – do punktu aptecznego (bandaż, maść rozgrzewająca), gdzie spotkaliśmy leśnego diabła o niezwykle jasnych oczach (igła, strzykawka; dziarski bieg po schodach), do centrum (knajpy, zapach smażonej ryby), na przystanek pekaesu (brak rozkładu jazdy, po drodze indyk), na cmentarz (Jezus na półksiężycu, muzułmański), wróciliśmy.
Przez pierwsze pół godziny nikt nie śpiewał, potem przyszedł autystyczny grajek gitarowy. Nikt nie znał jego piosenek, nikt mu nie wtórował, nikt go nawet nie słuchał (jeśli nie liczyć jednej małej dziewczynki), ale chyba w ogóle mu to nie przeszkadzało. Poszliśmy do namiotu spać. Następnego dnia mieliśmy jechać do Komańczy.

Około północy przy ognisku zaczęła się impreza. Śpiewaków i grajków było jakieś straszne mnóstwo, co gorsza oprócz gitar mieli jeszcze flecik i bębny. Z naszego namiotu słychać było wszystko doskonale. Wycie, brzdąkanie, walenie, popiskiwanie, pokrzykiwanie i dowindy. Śpiewali tak i grali do pierwszej – zasnęłam – drugiej – Adam nie spał – drugiej, po drugiej… Wpół do trzeciej obudził mnie jakiś ruch i ciche sapanie. Wyciągnęłam rękę w stronę twarzy Adama, ale pod palcami poczułam futro. Chyba właśnie zamieniał się w niedźwiedzia. Pogłaskałam go, zamknęłam oczy. W półśnie słyszałam, jak wychodzi z namiotu, jak nagle urywa się całe to granie, śpiewanie i walenie w bębny, jak przechodzi w jeden wielki wrzask przerażenia i tupot dziesiątek uciekających nóg.
I tylko jeszcze ktoś krzyknął ze zgrozą: Nasrał nam do gitary!, a potem wszystko ucichło.

[zdjęcia]

lekcje chaosu


W tysiąc dziewięćset którąś rocznicę wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny długo i bezkutecznie czekaliśmy na pekaes. Przestało padać, momentami nawet wyglądało słońce – Michał z Wojtkiem specjalnie dla nas skrócili swój pobyt w Bieszczadach. Po drugiej stronie drogi stachurowiec z mapą w bocznej kieszeni spłowiałych spodni łapał stopa i próbował z nami rozmawiać (eee, z dziewuchą łapie się łatwiej). Potem przyjechał harlejowiec z brzuszkiem i lisimi ogonami, zaproponował stachurowcowi, że go podwiezie, chociaż sam w przeciwnym kierunku, ale co tam. Już ich sobie wyobraziliśmy na tym motorze razem, stachurowiec trzymający harlejowca za brzuszek, do jego pleców przytulony, taka super przygoda, stylowa podwózka, ale stachurowiec czemuś się wystraszył, wymiękł, podziękował, że nie. Pekaes nie przyjechał, poszliśmy.

Spotkaliśmy czarne owce z białymi ogonami i weszliśmy na Połoninę Wetlińską, gdzie mnie kiedyś spłodzono na skrzyni na materace. Po drodze nawet mieliśmy widoki. W schronisku było zimno, tłoczno i nieprzyjemnie, na zewnątrz zebrały się chmury. Zjedliśmy kanapki, wzięliśmy trzy kamyczki, założyliśmy pałatki, poszliśmy. Na schodkach poprzedniego dnia nadwyrężyłam sobie kolano, więc bardzo powoli, bo ja o prostej nodze. Kiedy przestało padać, weszliśmy akurat na wąską ścieżkę przez jagodowisko, spodnie natychmiast nam przemokły, a mnie się jeszcze z tych krzaczków do glanów nalało. Kiedy weszliśmy w las, zapadł zmrok.

I idziemy, świecę czołówką, błoto straszne, ślisko, ścieżynka wąska, w wysokich zaroślach się wije (kleszcze!), gubimy drogę raz i drugi, szeleści folia pałatek.
W sumie dobrze, myślę, że robimy tyle hałasu, cholera wie, co po tych krzakach chodzi, może nawet niedźwiedzie – ale zachowuję tę myśl dla siebie, żeby nie straszyć Adama.
Cholerka, oby to nie był niedźwiedź. Nie, to pień. Dobrze, dobrze. Pałatki szeleszczą, co ma uciec, ucieknie. Co to za szelest? O Boże. Nie, dobrze – myśli Adam, ale zachowuje te myśli dla siebie, żeby mnie nie straszyć.
Przystajemy, szum folii cichnie, słychać trzask gałązek i szelest liści.
– Sarna? – Adam widział biały kuper. – Czujesz?
– Mhm, świeża kupa…

A potem był ten drogowskaz. BACÓWKA. Jedna droga w górę na prawo, druga w dół na wprost, drogowskaz wskazuje jakby obie. Więc my najpierw dwa kilometry w dół, potem z powrotem, półtora kilometra w górę, i z powrotem, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy Adam znalazł pomiędzy tymi drogami ukrytą w zaroślach krętą ścieżynkę, ale tak ukrytą, że nigdy bym nie pomyślała; jakiś rów, jakiś nasyp na ponad metr, siatka jakaś, chaszcze.
Do schroniska na Jaworcu dotarliśmy o dziesiątej, ubłoceni po kolana. Weszliśmy do jadalni, a tam grajkowie schroniskowi, między innymi gitarowy wodzirej z dnia poprzedniego. Whisky moja żono. Uciekła do windy. Ziemia toczy, toczy, co się napatoczy, już dość, już dość. Ze mną można tylko pójść na
– Jagodowisko – dopowiadamy bardzo złym szeptem.

[zdjęcia]

lekcje chaosu


Spakowałam się już we czwartek, zaraz potem był ten wypadek ze stopą; wdepnęłam w leżącą na chodniku stłuczoną butelkę po piwie, strasznie dużo krwi było, wylewała się z sandała. Zostawiłam malownicze ślady na asfalcie, w bramie i na klatce schodowej, w domu obficie polałam ranę kupionym kiedyś na Litwie salicilo rūgštis i zakleiłam plastrem – w sobotę wyglądała jak ściągnięte w grymasie dezaprobaty usta starszej pani (w przypływach perwersji nazywaliśmy je czasem także ustami babuni). Później te usta jakby odmłodniały i zadziwiająco szybko zarosły.

Pojechaliśmy w piątek. Zatroskany starszy pan, który niewprawnemu obserwatorowi mógłby się wydać nieco zagubiony, ale tak naprawdę podrzymywał w istnieniu dworzec zachodni, osobiście dopilnował całego wsiadania i pakowania, a na koniec pomachał naszemu pekaesowi.
W pekaesie śmierdziało i grało radio RMF (Za młodzi na sen, za starzy na dżem, cimcirymci, cimcirymci), w przerwie między męczącymi snami usłyszałam w wiadomościach coś o Ministerstwie Akcyzowanej Miłości.

Rzeszowską Wielką Cipę przespaliśmy, obudziliśmy się w Krośnie, gdzie pół godziny trwa dziesięć minut. O dziewiątej wysiedliśmy w Ustrzykach G. i poszliśmy na kawę. Siedliśmy pod parasolem w porannym chłodzie, dmuchamy na fusy, aż tu nagle wtem, Michał z Wojtkiem. Cześć cześć, a wy co tu robicie, skąd czym kiedy do kiedy? Źle sobie termin wybraliście, bo my gdzie nie pojedziemy, mamy fatalną pogodę. Ale nie martwcie się, my na krótko, w środę wracamy. (Zaniepokojeni podjęliśmy próbę zakupu dodatkowych ubrań, ale w okolicznych budkach były tylko koszulki z napisem W górach jest wszystko co kocham – tak, bez przecinka – albo Nie jestem z Warszawy).
Potem Adam uratował kijankę, widzieliśmy żubry, chłopaków w adidasach z dziewczynami w klapkach i jaguarem na brytyjskich numerach (Czy tam dalej też są jakieś zwierzęta?) oraz zakaz podchodzenia do ogrodzenia.
Padać zaczęło, kiedy dotarliśmy do Mucznego, siedzieliśmy akurat w restauracji hotelu ze świetlico-kaplicą (ołtarz + piłkarzyki), zadowoleni i senni. Między pierwszym a drugim piwem wykonaliśmy kilka manewrów mających na celu znalezienie noclegu w najbliższej okolicy, ale okazało się, że nie ma miejsca i/lub sensu (ośr. wyp. po drugiej stronie drogi Adam zdiagnozował jako „hipsterskie post mortem”), a potem się rozpogodziło. Na noc zatrzymaliśmy się na polu namiotowym w Tarnawie N.

[zdjęcia]
[Cdn.]

lekcje chaosu


Spotkanie autorskie z T miało miejsce w dawnej Cafe S, obok dużej żółtej tablicy z napisem „Od dnia tego a tego zamknięta ul. S dla ruchu pieszego”. Nie wytrzymaliśmy długo. Żona Agi, Ola, była rozczarowana, że nie ma rozmowy, Agę zraziło słowo dekonstrukcja na samym początku, Adam wymiękł przy powinnościach pisarza, a ja już przy dekonstrukcji głęboko się zdekoncentrowałam. Kiedy T stwierdziła, że nawet pies jest polityczny – pies z kulawą nogą, mruknął Adam – uznaliśmy, że jużeśmy się nasycili kulturą i sztuką, i poszliśmy do Cafe A.
Usiedliśmy w dawnej części dla niepalących, przy lustrach na rogu, zamówiliśmy piwo, postawiliśmy Adze drinka, nie wyjaśniając za co, i tak długo snuliśmy heroiczne opowieści o wypadkach rowerowych, siniakach i błędach młodości, aż Ola zrobiła Adze scenę wyjścia. Wybiegłyśmy za nią na deszcz i namawiałyśmy do powrotu, ale nie chciała.

Potem przyszedł siwiejący mężczyzna w okularach i zapytał:
– Jak oceniacie to piwo w skali od jeden do pięciu?
– Osiem i pół – odpowiedział Adam.
Kiedy Aga, zapytana raz, drugi i trzeci, burknęła wreszcie, że trzy i pół, mężczyzna oznajmił, że idzie przekazać właścicielowi wyniki ankiety, i zniknął na zapleczu. Minęła mniej więcej godzina, pojawił się znowu. Usiadł.
– Jak się nazywacie?
Powiedzieliśmy. Powtórzył.
– A pan?
– Tomasz. Czym się zajmujecie?
– Książkami.
– Znalazłem w życiu dwie książki. Zbrodnię i karę i kryminalistykę…

– A czym pan się zajmuje, oprócz przeprowadzania ankiet w knajpach?
– Ogrodem. Czy pozwolicie, że zjem ciastko w waszym towarzystwie?
Pozwoliliśmy.
– Gdyby mnie ktoś zapytał – powiedziałam, przyglądając się, jak pod naciskiem widelczyka z wuzetki pana Tomka odskakuje wierzchnia warstwa czekolady – jak wygląda człowiek, który je pretekst, pokazałabym mu pana.
– A poza ogrodnictwem i jedzeniem pretekstów – zapytał Adam – czym się pan w życiu zajmuje?
– Nieruchomościami.
– Różnościami? – ucieszyłam się. – O, zostały panu już tylko okruchy.
– Okruchy pretekstu – roześmiała się Aga.

Pan Tomek zamówił herbatę, zamieszał, nie wyjął torebki i zwrócił się do Agi:
– Dasz mi swój numer telefonu?
– Nie ma mowy – odpowiedział Adam.
– Dlaczego mówisz za koleżankę?
– Bo jestem jej głosem rozsądku.
– A ja sumieniem – wtrąciłam.
– Ale może koleżanka sama się wypowie?
– Nie ma mowy – wypowiedziała się Aga i poszła do łazienki, gdzie przed chwilą zniknęła dziewczyna w szarej bluzie.
– Pan Tomek – powiedział Adam – miał niewysłowioną nadzieję.

lekcje chaosu


Na manifę poszłam w końcu przebrana za siebie, tyle że bez torby, z kluczem na szyi i pieniędzmi w kieszeni. Po sobotnich baletach z Momo i Radeczkiem przyjemnie odklejona od rzeczywistości, pogodna, choć niezbyt przytomna i wciąż się przejęzyczająca (na wstępie obiecałam S, że kiedyś narysuję jego autoportret). Zapomniałam chusteczek, S dał mi jedną.

Po manifie wpadłam do S na kawę. W kuchni mówiliśmy o Lacanie i siorbaniu, w pokoju o Charpentierze, Orfeuszu, Russellu, topologii i paradoksach eleatów. Chusteczkę, z której w międzyczasie zrobił się niezły bałwanek, położyłam na stole koło swojego kubka, żeby mieć pod ręką, ale S od razu wyrzucił ją do kosza.

Zbierając się do wyjścia, rzuciłam coś o cipustce. Że coś masz, coś robisz, a potem zostaje ci pustka. S – kolekcjoner słów śmieci, jak ja – natychmiast podchwycił.
– Cipustka… To jak pustka po kochanku, brak kochanka, nie?
Zatrzymałam się w drodze do przedpokoju i spojrzałam na S z namysłem.
– Hm. Czy ja wiem…

A potem poszło. Tak czasem bywa, że człowiek na kacu jest bardziej niż zwykle wymowny; zdania wychodzą okrąglejsze, gładziej utoczone, wywody bardziej eleganckie, puenty mocniejsze, a pytania takie retoryczne, że można by tłumy porywać. Więc poszło. Stałam w przedpokoju, wiązałam buty, kurtkę zakładałam – i głosiłam, przemawiałam i zaprawdę zapytywałam.
Że czy słusznie dajemy sobie do głów ładować, że pustka, że samotność, już nie tylko w miłosnym kontekście, ale w ogóle, że otóż iż że samotność i pustka są złe? Że czy nie za łatwo wierzymy w tę miłość, co nam się ją zewsząd podaje, jako niezbędną do spełnienia-człowieczeństwa-szczęścia? Że ta miłość to dopiero od niedawna tak wygląda, jak nam ją wpychają, i w ogóle cała niedawno jest wymyślona, że co to jest w ogóle za reklama, dogmat i paradygmat, tfu? Że może nam się wmawia potrzeby, bez których byłoby nam lepiej, bo których na przykład może wcale zaspokoić się nie da?
No, tak, co prawda, przerwałam sobie, sięgając po szalik, tak, mógłby ktoś powiedzieć, że epikureizm, że nawet stoicyzm, to filozofia rezygnacji. Ale! Zakończyłam dobitnie, zapinając swoją kusą kurteczkę, będącą w gruncie rzeczy górną częścią kombinezonu narciarskiego.

– Ale masz kibić – powiedział S.
– Prawda? – ucieszyłam się. – To idę. Dasz mi chusteczkę? Bo tę, co miałam przez całą manifę, wyrzuciłeś do kocha.

lekcje chaosu


Kanał prawy, kanał lewy. Kliknąwszy itd.

lekcje chaosu


gdy noc bezdenna ukwiazdy obrzmiałe
w dotkliwym ogrodzie mękała
na obłąganku stygnącym porankiem
krukaczka złowistna siedziała

zaś w cieniu trującji nad brzegiem znałuży
patatak na gęślum przygrywał
tam gdzie ślinabab rósł tkliwy choć duży
i słodkie żale wspomijał

analie kwitły mentale wzrastało
rozskosznie pachniały zestudnie
i prawdzinóżką się niby sięgało
i zełka się szkliły przecudnie

kocica w miauczce mknie w gorącz ścierwiska
sobotwór odprawia niewpory
kot niewiedzialny pięść w dziesięść zaciska
by fichtać gęsienic otwory

i mylślą złuchają i paczą na Pana
lecz sens im i prawda umyska
bo tautologia jak bańka mydlana
kulista jest pusta i śliska

lekcje chaosu


Lato było, trochę padało, zadzwonił telefon.
– Halo! – powiedział Olo, w charakterystyczny dla siebie sposób akcentując a.
– Halo! – odpowiedziałam, w charakterystyczny dla Ola sposób akcentując a. – Co słychać?
– Dzwonię do ciebie, bo moje życie stało się ostatnio partią szachów.
– Och. I chcesz mnie obsadzić w roli wieży?
– Królowej. Żebyś miała swobodę ruchów.

lekcje chaosu


Wstaję ciemno, idę zimno. Nad parkiem słońce, jak demokracja, głupio okrągłe. W tramwaju pachnie żelazkiem, gorąco. Dziewczyny śpią, każda nad książką, mężczyźni ze skruchą patrzą w podłogę. Z ust czuć im grobem – bo nie myją zębów.
Na szybie para, rysuję. Za oknem miasto psuje się z zimna, ja beznadziejnie w tym mieście, w kałużach błoto pod lodem. Czas się kurczy, przestrzeń dłuży, moc truchleje. Zagłada Centrum Handlowe. Galeria fryzur obcięte głowy, święty Mikołaj dług narodowy, dworzec centralny całkiem jak nowy. Karetka fałszuje, tramwaj hamuje i dzwoni. Daj pani daj, dużo zdrowia na cała rodzina. Widok ze złego oka, wysiadam kurwa kurtyna.

lekcje chaosu


[Poprzednia część tu.]

Odjechał po trzecim „nie”. W kierunku, z którego przyjechaliśmy. I wtedy sobie przypomniałam. Widziałam go rano przy stoliku przed motelową knajpą i uśmiechnęłam się do niego.

Potem przez Rajtopíky i sedlo Humenec na Sl’ubicę i do Vojkovców, gdzie dowiaduję się, że za Kal’avą szlak poprowadzono naokoło, żeby omijał cygańską osadę, bo „Cygany rozbójniki” turystów okradały. Tak samotnie podróżować, niebezpiecznie. U was, w Polsce, to jeszcze, Cyganów tyle nie ma, ale tu… panie!

Do Kal’avy szosą przez pola, stamtąd do Kalinovców przez las w zapadającym zmroku. Myślę o cygańskiej osadzie, gdzieś tam za drzewami.
Do Krompach już po ciemku. Szukam zaznaczonego na mapie noclegu na obrzeżach, ale okolica nieciekawa, jakieś składy, magazyny, opuszczone domy, rozlatujące się ogrodzenia z falistej blachy i niczego, co przypominałoby hotel/pensjonat/schronisko, więc rezygnuję, idę do miasta. Wpół do dziewiątej znajduję Penzión Bar Diamond. Tak, można się zatrzymać na noc, chłopak zza baru się uśmiecha, może masz ochotę na piwo, usiądź, trzeba przygotować pokój, to trochę potrwa. A potem prowadzi mnie przez zaplecze, jakieś pomieszczenia w remoncie, deski, ziemia, cegły, worki z cementem, ciemno.
– Pozor – mówi i podaje mi rękę, jak dziecku. Wchodzimy na piętro, chłopak cicho się śmieje. – Ideme do neba, hej?

Niebo, ku mojemu zaskoczeniu, też znajduje się na parterze. Przez okno zagląda sympatyczny duży pies, który na pewno jest suką.

*

Rano wychodzę bez pożegnania, bo bar jeszcze zamknięty. Okazuje się, że w Krompachach mieszka dużo Cyganów rozbójników. Są mili, uśmiechają się, mówią mi dobrý deň. W zasadzie sprawiają wrażenie dużo bardziej otwartych niż Słowacy, którzy potrafią odprowadzić mnie ciężkim spojrzeniem albo dziwią się mojemu samotnemu podróżowaniu, prawie pukając się w czoło. Może z rozwieszonymi na plecaku wypranymi majtkami, w ubłoconych spodniach i niechlujnie zawiązanym turbanie wydaję im się obca. A Cyganie sami są obcy, więc.

Potem Plejsy, gdzie pepsi dowożą na gąsienicach, Slovinky, na koniec w stronę schroniska Czarny Bocian. Po drodze spotykam miejscowych, ostrzegają, że zamknięte. Nie zrażam się, znajdę sobie ganek-daszek, co to dla mnie.
Schronisko bardzo ładne, z dużym tarasem, daszków pod dostatkiem. Porządnie ogrodzone, przechodząc przez płot, obcieram sobie rękę. Zadowolona z siebie wszystko dokładnie oglądam, zdejmuję skarpetki, wkładam sandały. Już mam otworzyć piwo, kiedy pojawia się stróż. Że mam iść. Sprawdza okna i drzwi (no tak, przecież mogłam się włamać). Próbuję negocjować – że zapłacę, że może być bez pościeli, że późno, zaraz noc, że do wsi ze dwa kilometry, a ja zmęczona; bo już byłam, i to bardzo. Nie, on bez szefa nie może. A zadzwonić do szefa? Śmieje się. Nie. A czemu nie? Bo nie. Późno. Nie mój problem.
Cóż, istotnie nie jego. Tyle dobrego, że mi furtkę otworzył.

Po godzinie i piętnastu minutach szybkiego marszu w ciemności docieram do czegoś w rodzaju spa, ze śliczną recepcjonistką gratis.

*

Niedziela, ostre wrześniowe słońce, mieszkańcy Porača idą do kościoła. Odświętnie ubrani, każdy z czerwonym modlitewnikiem w ręku.
Ja w przeciwnym kierunku. Sklepy pozamykane, wiadomo, niedziela. Siadam na ławce pod drzewem, zjadam resztkę chleba i ser. Jacyś mężczyźni ze szlauchem myją drzewa. Woda płynie po asfalcie, migocze w słońcu, dzwonią dzwony. Przypominają mi się dzwony i woda na asfalcie w Srebrnej Górze, rok wcześniej. Dziwne wrażenie, takie chwilę-przed-prawdą, że można by siedem tomów napisać i do tej prawdy nie dojść.

Po dziesiątej otwiera się bar, idę na kawę. Barman, młody chłopak, kładzie dłonie na kontuarze, opiera na nich brodę, patrzy mi w oczy, uśmiecha się. Kawę? Jaką? Nasza rozmowa brzmi jak żart. Z cukrem? Ile? Siadam przy stoliku pod oknem, saszetka z cukrem wpada mi do szklanki. Wyławiam ją i bez większego przekonania próbuję wycisnąć z papieru wilgotne kryształki. Po chwili pojawia się przy mnie barman i uśmiechnięty bez słowa podaje mi drugą.

Potem Bukovec i Sedlo pod Bukovcom, gdzie niechcący schodzę ze szlaku. Przez ponad godzinę idę drogą, która tak się wije, że często wątpię, do chwili, gdy spotkam miejscowych, którzy potwierdzą, że tak, Švedlár to tędy.

Według mapy ze dwa kilometry za Švedlarem powinien być ośrodek wypoczynkowy. Jest. Zamknięty.

[zdjęcia]

lekcje chaosu


[Pierwsza część tu.]

Budzę się chwilę po siódmej, pakuję śpiwór, zakładam buty. Po chwili pojawia się mężczyzna w roboczym ubraniu.
– A co wy tu?
– Niiic – odpowiadam najniewinniejszym ze swoich głosów i patrzę na niego okrągłymi oczami, które byłyby w tej chwili niebieskie, gdyby takie były (uwierz w to, uwierz uwierz). – Buty wiążę.
– A! – odpowiada, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, i odchodzi.

Ósma rano, idę na kawę do jedynego otwartego baru.
Kłęby dymu, miejscowi piją piwo, niektórzy wódkę. Zamawiam kawę, dostaję parzoną, w grubej szklance ze spodkiem. Przysiada się do mnie starszy mężczyzna. Siedzimy, milczymy, po kilkunastu minutach pyta skąd jestem. Odpowiadam, a on kładzie dłoń na sercu, kłania mi się powoli i mówi uroczyście:
– Witajcie.

Potem już góry, chłopcy z Uzovskych Pekl’an i znowu góry.
W schronisku niedaleko Lipovców dostaję apartament z wielkim łóżkiem i skórzaną kanapą.

*

Następnego dnia docieram na przełęcz Branisko. Siadam pod kapliczką, przychodzi rodzina z dziećmi. Dzieci oglądają plecak, torbę, aparat, zagadują. Jeden z chłopców pyta:
– Kdo t’a tu nechal?
Nie rozumiem, więc zniecierpliwiony powtarza parę razy, wybijając rytm patykiem:
– Kdo-t’a-tu-ne-chal!?
Wreszcie jego matka tłumaczy:
– Kto was tu ostawil?

(Kiedy jestem za granicą, staram się jak najwięcej z danego języka zrozumieć. Czytam szyldy, etykietki, odgaduję znaczenia, próbuję mówić. Tu jest inaczej i czuję się z tym dziwnie. Słów nie zapamiętuję, bo są zbyt podobne do polskich, a kiedy mówię po słowacku, mam wrażenie, że wszystko przekręcam).

Potem dzieci odchodzą i pojawia się młodzież, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, z butelką wódki. Przysiadają się, proponują wódkę, dziękuję. Chwilę rozmawiamy. Idę, młodzież zapowiada, że kupi kolejną flaszkę i odwiedzi mnie w motelu.
Nie wiem, czy przyszli, bo się przed nimi schowałam.

*

Rano z powrotem na przełęcz. Idę asfaltem, podjeżdża facet, że podwiezie. To wsiadam, asfaltem iść żadna zabawa. A skąd, a dokąd, a nie boisz się tak sama, standard. Ale potem, tuż przed przełęczą, bo to niedaleko było:
– Jesteś taka ładna, nie boisz się?
(Noż jasna cholera, a mama mówiła, żeby nie wsiadać z obcymi mężczyznami do samochodu).
– Nie – odpowiadam (tylko spokojnie).
– Masz ochotę na seks? – Uśmiecha się obleśnie.
– Nie. – Odruchowo kładę rękę na klamce (niedobrze). – Tutaj chcę wysiąść. – (Patrzę kątem oka. Gruby. W razie czego ucieczka pod górkę, może nie da rady albo nie będzie mu się chciało. Tylko plecak, w bagażniku).
Zatrzymuje się, otwieram drzwi, wysiadam. Facet otwiera mi bagażnik, wyjmuję plecak, do widzenia. Kładę rzeczy na murku, powoli, wyjmuję buty, bo szłam w sandałach. Samochód stoi za moimi plecami, silnik włączony, samochód stoi. Stoi i stoi. Powoli (jedź już, kurwa) wyjmuję kosmetyczkę, tnę plaster (jedź), naklejam na obtarte palce, wkładam skarpetki. Jedzie. Szum opon cichnie, zbyt szybko. Sznuruję jeden but, drugi, znowu słyszę silnik (no nie). Wraca. Przejeżdża koło mnie, zwalnia, zatrzymuje się, otwiera okno.
– A jak ci dam pięć euro?

[zdjęcia]

« wtewewte »