muzyka


Wypłukałam błoto ze spodni, prawie się umywalka zapchała. Adam rozwiesił ubrania, zaniósł plecaki do pokoju i rozłożył rzeczy do suszenia, ja zabrałam się za buty. Ładuję glany pod kran, płuczę, płuczę, drżą płomyki świec. Bo schronisko bez prądu, świece nad umywalkami i w jadalni, ale do pokoju trzeba z latarką, do kibla z latarką. Jak weszłam do łazienki, akurat załapałam się na rozmowę gitarowego wodzireja ze śpiewakiem schroniskowym, przekrzykiwali się z kabiny do kabiny: Aaa, bo ty nie masz latarki, to nie widzisz swojego. Może to i lepiej, nie będziesz miał kompleksów… Potem wyszedł jeden z drugim, Oj, tu kobieta jest, a my takie rozmowy, śpiewak poszedł, wodzirej został, pijany, wesoły, zagaduje.
– Oho! Błoto?
– Błoto – odpowiadam ze śmiertelną powagą, nie patrząc w jego stronę.
– Łał, glany!
– Tak, glany.
– Tak pod kran? Są z gumy? (Haha?)
– Nie – nie podnoszę wzroku, nie wykazuję się poczuciem humoru. – Po prostu i tak całkiem przemokły.
– A małżonek czeka…
– Odpoczywa – odstawiam glany, biorę buty Adama.
– Skąd jesteście?
– Z Warszawy.
– Czy w Warszawie nie lubią poznaniaków? – Tak, wiem już, że wodzirej jest z Poznania, słyszeliśmy jeszcze pod Rawkami. Wygrzebuję kamyk z podeszwy, patrzę na wodzireja. – Haha? – Chyba zbyt długo milczę.
– Nie wydaje mi się.
– No dobrze, widzę, że robota poważna, nie przeszkadzam. – I poszedł.

Wracam do jadalni, grajkowie schroniskowi skończyli piwo, otwierają wiśniówkę, dolewają poznaniakowi, planują wspólną wycieczkę na następny dzień, Pójdziemy razem, będzie fajnie, w Ustrzykach się prześpimy… Tylko żeby gitara była, gitara koniecznie, popiskują dziewczynki schroniskowe śpiewaczki. Potem tramwaj na przystanku zakwitł i zapomniał wszystko, ziemia uciekła do windy, niebo zapłakało, a my poszliśmy na górę i nic nie słyszeliśmy, i spaliśmy bardzo dobrze.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Dołżycy. Zielony mosteczek nie uginał się, Adam zaśpiewał mi streszczenie piosenki o Sztirlitzu i Klossie. Przy drodze stała niebieska budka z blachy falistej, przed budką siedziało dwóch panów, pili wódkę.
– Dzień dobry – przywitaliśmy się.
– Dzień dobry – przywitali się panowie i zaśmiali się do nas. – Kawy? Herbaty?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów.
– Psa?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów, poszliśmy i zgubiliśmy szlak. Wracamy.
– Kawy? Herbaty? – pytają panowie.
– Dziękujemy – dziękujemy.
– Wody? – śmieją się do nas panowie.
– Dziękujemy – śmiejemy się do panów, idziemy i wchodzimy w gąszcz.

[zdjęcia]

muzyka


W tysiąc dziewięćset którąś rocznicę wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny długo i bezkutecznie czekaliśmy na pekaes. Przestało padać, momentami nawet wyglądało słońce – Michał z Wojtkiem specjalnie dla nas skrócili swój pobyt w Bieszczadach. Po drugiej stronie drogi stachurowiec z mapą w bocznej kieszeni spłowiałych spodni łapał stopa i próbował z nami rozmawiać (eee, z dziewuchą łapie się łatwiej). Potem przyjechał harlejowiec z brzuszkiem i lisimi ogonami, zaproponował stachurowcowi, że go podwiezie, chociaż sam w przeciwnym kierunku, ale co tam. Już ich sobie wyobraziliśmy na tym motorze razem, stachurowiec trzymający harlejowca za brzuszek, do jego pleców przytulony, taka super przygoda, stylowa podwózka, ale stachurowiec czemuś się wystraszył, wymiękł, podziękował, że nie. Pekaes nie przyjechał, poszliśmy.

Spotkaliśmy czarne owce z białymi ogonami i weszliśmy na Połoninę Wetlińską, gdzie mnie kiedyś spłodzono na skrzyni na materace. Po drodze nawet mieliśmy widoki. W schronisku było zimno, tłoczno i nieprzyjemnie, na zewnątrz zebrały się chmury. Zjedliśmy kanapki, wzięliśmy trzy kamyczki, założyliśmy pałatki, poszliśmy. Na schodkach poprzedniego dnia nadwyrężyłam sobie kolano, więc bardzo powoli, bo ja o prostej nodze. Kiedy przestało padać, weszliśmy akurat na wąską ścieżkę przez jagodowisko, spodnie natychmiast nam przemokły, a mnie się jeszcze z tych krzaczków do glanów nalało. Kiedy weszliśmy w las, zapadł zmrok.

I idziemy, świecę czołówką, błoto straszne, ślisko, ścieżynka wąska, w wysokich zaroślach się wije (kleszcze!), gubimy drogę raz i drugi, szeleści folia pałatek.
W sumie dobrze, myślę, że robimy tyle hałasu, cholera wie, co po tych krzakach chodzi, może nawet niedźwiedzie – ale zachowuję tę myśl dla siebie, żeby nie straszyć Adama.
Cholerka, oby to nie był niedźwiedź. Nie, to pień. Dobrze, dobrze. Pałatki szeleszczą, co ma uciec, ucieknie. Co to za szelest? O Boże. Nie, dobrze – myśli Adam, ale zachowuje te myśli dla siebie, żeby mnie nie straszyć.
Przystajemy, szum folii cichnie, słychać trzask gałązek i szelest liści.
– Sarna? – Adam widział biały kuper. – Czujesz?
– Mhm, świeża kupa…

A potem był ten drogowskaz. BACÓWKA. Jedna droga w górę na prawo, druga w dół na wprost, drogowskaz wskazuje jakby obie. Więc my najpierw dwa kilometry w dół, potem z powrotem, półtora kilometra w górę, i z powrotem, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy Adam znalazł pomiędzy tymi drogami ukrytą w zaroślach krętą ścieżynkę, ale tak ukrytą, że nigdy bym nie pomyślała; jakiś rów, jakiś nasyp na ponad metr, siatka jakaś, chaszcze.
Do schroniska na Jaworcu dotarliśmy o dziesiątej, ubłoceni po kolana. Weszliśmy do jadalni, a tam grajkowie schroniskowi, między innymi gitarowy wodzirej z dnia poprzedniego. Whisky moja żono. Uciekła do windy. Ziemia toczy, toczy, co się napatoczy, już dość, już dość. Ze mną można tylko pójść na
– Jagodowisko – dopowiadamy bardzo złym szeptem.

[zdjęcia]

muzyka


Po paradzie, u Mademoiselle Blanche. Część zgromadzenia czyta Edmunda White’a, część rozmawia o korporacjach, S, Adam i ja słuchamy z gospodynią Marii Callas. Przy Un bel di vedremo S trochę się krzywi, co widząc, Mademoiselle Blanche przystępuje do płomiennej obrony Madamy Butterfly.
– Bo prawdziwa dama, jak czeka na statek… – zaczyna ze swojego fotela pod oknem. – Ja ci powiem, bo ja jestem starsza – wtrąca, upiwszy łyk wina.
– W wieku balzakowskim? – dopytuje S.
– Jakim balzakowskim?! On! – Oburzona Blanche wskazuje na Marcina. – On jest w balzakowskim! Ja jestem w średnim! …No więc – podejmuje po chwili – prawdziwa dama, jak tak czeka i czeka, to różne rzeczy mogą jej przyjść do głowy.
– Na przykład co?
– Na przykład przestać czekać…

muzyka


dla Adama, z podziękowaniami za notatki

Najpierw był śmieszny steward. Kiedy Adam zapytał, z czym są kanapki, powiedział, że one is with cheese, and the other with, er – uśmiechnął się rozbrajająco – something… chicken, I think. Miał fajną kamizelkę, w paseczki. Spojrzeliśmy po sobie ucieszeni. Słodki jest, nie?

W Amsterdamie wylądowaliśmy trochę przed trzecią. Do odprawy paszportowej były dwie kolejki, nasza przesuwała się bardzo powoli, więc Kasia, Grażyna i Blanka zniecierpliwione poszły do tej drugiej. Adam i ja zostaliśmy, bo spodobali nam się celnicy. Jeden był rudy, drugi blady, trzeci miał odstające uszy; starali się zachowywać urzędową powagę, ale co chwila przebijało się spod niej nieco surrealistyczne rozbawienie; momentami wyglądali, jakby za chwilę wszyscy trzej mieli parsknąć śmiechem. Ten z uszami oglądał każdy paszport tak uważnie, jakby badał pod mikroskopem jakiegoś rzadkiego i niezwykle dziwnego owada, ten rudy co chwila wychylał się z celniczej budki i mówił do ubranej na różowo dziewczynki bawiącej się szklanymi drzwiami: Hi, candy girl! Don’t you think you’re too candy?
Odprawiłam się w końcu w drugiej budce, bo cała kolejka przeszła. Przede mną – powiedział Adam, kiedy spotkaliśmy się po drugiej stronie – była kobieta po pięćdziesiątce. Celnik zapytał ją: What’s the purpose of your visit? Business. What kind of business? Librarian – powiedział Adam pełną godności twardą angielszczyzną – I’m a librarian, powiedziała. A on na to: Librarian, you say. Like in Michael Jackson’s song? You know the song? Librarian girl. I zaczął śpiewać. I love you, librarian girl, all the time… A za nim ten drugi i trzeci.

Wieczorem odebrałam wiadomość od Mademoiselle Blanche:
Mademoiselle się w Londynie czyma, czegobądź, tęczy czy poręczy. Jakby Mademoiselle miała czas, siły i wolę, to ja bym chciała książkę z obrazkami, Bloomsbury Portraits, obojętnie jaką, jedna była wydana w 1994, druga w 2001 r., może też jest jakaś nowsza, obojętnie, najbardziej chodzi oczywiście o twórczość Duncana Granta, jego monografii żadnej onlajn nie znalazłam, toteż. Jest taki antykwariat przy Russel Sq., to jest nomenomen nieopodal Bloomsbury, tam jest dużo ciekawych i niemodnych książek.

Do Bloomsbury pojechaliśmy ostatniego dnia. Ze stacji wyszliśmy po kręconych schodach. W połowie drogi usłyszeliśmy z głośnika, że lepiej byłoby jechać windą, bo schody mają 175 stopni, co odpowiada iluśtam piętrom. Czekaj – zapytała Blanka na Russell Square, kiedy już złapała oddech – ale w tej piosence Michaela Jacksona jest Liberian, nie librarian, prawda?
Odwiedziliśmy trzy bardzo przyjemne antykwariaty, ale w żadnym nie było książki dla Mademoiselle Blanche, więc pojechaliśmy do sklepu z zabawkami, gdzie kupiliśmy skunksa, sowę i lukrecji za cztery funty. Kiedy wysiedliśmy na Earls Court, Adam złapał mnie za rękę. Guzik – powiedział. Poczekajmy. Blanka – krzyknęłam – poczekaj. Ludzie przeszli, metro pojechało, guzik leżał na krawędzi peronu.

muzyka


Na manifę poszłam w końcu przebrana za siebie, tyle że bez torby, z kluczem na szyi i pieniędzmi w kieszeni. Po sobotnich baletach z Momo i Radeczkiem przyjemnie odklejona od rzeczywistości, pogodna, choć niezbyt przytomna i wciąż się przejęzyczająca (na wstępie obiecałam S, że kiedyś narysuję jego autoportret). Zapomniałam chusteczek, S dał mi jedną.

Po manifie wpadłam do S na kawę. W kuchni mówiliśmy o Lacanie i siorbaniu, w pokoju o Charpentierze, Orfeuszu, Russellu, topologii i paradoksach eleatów. Chusteczkę, z której w międzyczasie zrobił się niezły bałwanek, położyłam na stole koło swojego kubka, żeby mieć pod ręką, ale S od razu wyrzucił ją do kosza.

Zbierając się do wyjścia, rzuciłam coś o cipustce. Że coś masz, coś robisz, a potem zostaje ci pustka. S – kolekcjoner słów śmieci, jak ja – natychmiast podchwycił.
– Cipustka… To jak pustka po kochanku, brak kochanka, nie?
Zatrzymałam się w drodze do przedpokoju i spojrzałam na S z namysłem.
– Hm. Czy ja wiem…

A potem poszło. Tak czasem bywa, że człowiek na kacu jest bardziej niż zwykle wymowny; zdania wychodzą okrąglejsze, gładziej utoczone, wywody bardziej eleganckie, puenty mocniejsze, a pytania takie retoryczne, że można by tłumy porywać. Więc poszło. Stałam w przedpokoju, wiązałam buty, kurtkę zakładałam – i głosiłam, przemawiałam i zaprawdę zapytywałam.
Że czy słusznie dajemy sobie do głów ładować, że pustka, że samotność, już nie tylko w miłosnym kontekście, ale w ogóle, że otóż iż że samotność i pustka są złe? Że czy nie za łatwo wierzymy w tę miłość, co nam się ją zewsząd podaje, jako niezbędną do spełnienia-człowieczeństwa-szczęścia? Że ta miłość to dopiero od niedawna tak wygląda, jak nam ją wpychają, i w ogóle cała niedawno jest wymyślona, że co to jest w ogóle za reklama, dogmat i paradygmat, tfu? Że może nam się wmawia potrzeby, bez których byłoby nam lepiej, bo których na przykład może wcale zaspokoić się nie da?
No, tak, co prawda, przerwałam sobie, sięgając po szalik, tak, mógłby ktoś powiedzieć, że epikureizm, że nawet stoicyzm, to filozofia rezygnacji. Ale! Zakończyłam dobitnie, zapinając swoją kusą kurteczkę, będącą w gruncie rzeczy górną częścią kombinezonu narciarskiego.

– Ale masz kibić – powiedział S.
– Prawda? – ucieszyłam się. – To idę. Dasz mi chusteczkę? Bo tę, co miałam przez całą manifę, wyrzuciłeś do kocha.

muzyka


Słowa: Adam (zainspirowany moim wczorajszym porannym wyznaniem, patrz wyżej, wers pierwszy), Muzyka: jf.
Dla Adama jw. zatem, gdyż jw.
Kliknąwszy, można obejrzeć w większym rozmiarze (zalecane).

muzyka


Pekaes. Pasażerka kupuje bilet u kierowcy. Nie są ładni. Patrzą na siebie nieśmiało, on trochę niezręcznie podaje jej bilet, ona mu pieniądze, w portfelu ma święty obrazek. Z radia w szoferce leci jakieś disco. Baby, I will make you feel so good tonight.

muzyka


Wczoraj, z Moniką w klubie S. Łazienka, myjemy ręce, z ubikacji wychodzi facet, zagaduje.
– Pan chce rozmawiać? – pyta Monika.
– Ja muszę – odpowiada facet ponuro. – Ale – dodaje nieco weselej – to zawsze może być fajne.
– Nie zawsze, proszę pana – odpowiadamy prawie chórem. – Nie zawsze…
Idziemy na parkiet. Po jakimś czasie podchodzi ten sam facet.
– Czy jeśli nic nie będę mówił, to pozwolicie mi z wami zatańczyć?

muzyka


[Będzie w kawałkach, bo mi coś dużo wychodzi.]

Trzy tygodnie temu, niedziela rano, bus do Zagórza.
Próbuję zasnąć, nie mogę, bo Radio ZET. Kochanie, wiem, w co grasz, ta pokerowa twarz… Przypomina mi się Telehon i jak na zamówienie – w kolejnym busie, bo jazda z przesiadką – RMF, tak, RMF ef em. Zła muzyka zawsze była dla mnie istotnym elementem dłuższych podróży autobusami, ale teraz ta zła muzyka wydaje mi się gorsza niż kiedyś. Własnego odtwarzacza nie mam, bo bagaż; trochę bez sensu, i tak wyszło z dziesięć kilo, ale, no nie mam. Kierowca pali, dym wlatuje do środka. Prowadzi ostro, górki dołki serpentyny, robi mi się niedobrze. A potem jeszcze lepiej, bo kierowca włącza płytę. Piosenki biesiadne. Discopolo najczystsze, szczere jak złoto. Notuję, starając się uchwycić intonację. Jak mnie nie pokochasz, to wiedz że, miłość ma cygańska znajdzie cię. Bo kiedy przyjdzie noc, włożę najczarniejszy płaszcz, i zamienię się, w czarnego lwa.

O trzeciej na miejscu. Restauracja, kawa, placek, na zimną płytę jakoś nie mam ochoty. Wychodzę, z telefonem w ręku. Mija mnie dwóch starych zagórzan i jeden mówi do drugiego:
– Co mi tam kotlet… Ta pani ze światem ma kontakt.

Dworzec zamknięty na głucho. Remont torów, do środy, czy jakoś. Taktak, kiedyś jeździł pociąg do Medzilaborców, proszę pani, nawet w zeszłym roku, ale teraz nie. Autobusy? Jakieś były, kiedyś, ale teraz też nie ma chyba. No nie ma. No to Nowy Łupków, na piechotę przejdę, jutro, trudno.
Przed dworzec zajeżdżają samochodem miejscowe chłopaki. Okna pootwierane, łokcie wystawione, muzyka. Krzyczą „Obora to my!” i odjeżdżają z piskiem opon.

45 minut za Nowym Łupkowem świat się kończy, jest drogowskaz, można na koniec świata, można do baru, można do karczmy. Jest też tablica, że noclegi. Z numerem telefonu, więc dzwonię, zapowiadam się na za dwie godziny i idę do karczmy. (W której, jak się później okazuje, nie wolno sikać na stojąco).
Potem po ciemku drogą przez łąki. Pachnie słodko i nieprzyzwoicie, gwiazdy cykają. W połowie drogi samochód, pani Krysia wysłała po mnie jednego ze swoich gości. Grzegorz, z Łodzi, z kolegą tutaj z wykrywaczem metalu chodzą, jutro wracają, krótki wypad taki, czterodniowy.

*

Rano pani Krysia robi mi bardzo żółtą jajecznicę i pokazuje na mapie, jak się dostać do Medzilaborców. Komórką fotografuję kluczowy fragment. Własnej mapy tych okolic nie mam, zbierałam się w pośpiechu, prawie nic nie zaplanowałam, tyle że Medzilaborce i że tam jakieś mapy siękupi i sięzobaczy. Przed urlopem dużo się działo, tak wyszło, i teraz lekcje chaosu. Co mnie zresztą cieszy, bo przygoda.

Najpierw jest łatwo, idę torami, zrywam sobie jakieś pomarańczowe niezapominajki, obserwuję płochliwe zwierzątka i tak dalej. Ale potem tunel, a ze zdjęcia w komórce wiem, że długi. Pociągi niby nie jeżdżą, ale gdyby? Tunel wąski. Więc górą, przez chaszcze. Po piętnastu minutach dopada mnie obezwładniające zmęczenie i przez chwilę serio się obawiam, że będę musiała odwołać wakacje. Potem mija. W chaszczach spędzam sporo czasu, bo krążę i mam interesujące przemyślenia dotyczące procesów decyzyjnych.
Później, już po słowackiej stronie, torami. Gorąco, pić mi się chce, nie mam wody (a bo sklepu w Łupkowie nie było; mówiłam, lekcje chaosu), studnia po drodze wyschnięta. Wreszcie docieram do Paloty, w pierwszym gospodarstwie proszę o wodę, dostaję całą butelkę.

Z Medzilaborców postanawiam jechać od razu do Humennego. Naprzeciwko dworca ogromny sklep z kryształowymi żyrandolami, niektóre gigantyczne. Zagapiam się, ekscytuję, ale zdjęć nie robię, bo mi jednak trochę głupio. Dworcowy bar, kawa w szklance, rozmowa z miejscowymi. A skąd, a dokąd, a czy nie boi się pani tak sama, trenuje pani (tu kilka ciosów w powietrze) karate?
Pytanie o to, czy nie boję się tak sama, będę słyszała od prawie każdego spotkanego Słowaka. Stanie się to jednym z istotnych powodów, dla których końcówkę urlopu postanowię spędzić w Polsce, gdzie od paru lat już nie pytają, a przynajmniej nie tak często. (Dwa lata temu w Gorcach spotkałam nawet inną samotnie podróżującą dziewczynę. Z psem wprawdzie, ale za to zimą).

W Humennem znajduję internat z wielkim okrągłym lustrem, w którym się następnego dnia rano fotografuję, ponieważ dużo się nad sobą zastanawiam.

*

Szukam map najbliższej okolicy, bo podobno ciekawe góry, wulkaniczne. Ale gdzie tam. Nie ma. No to zmiana planów. Prešov. Odbijam sobie dotychczasowe niepowodzenia i kupuję prawie kilogram map (tak, kurczę! przed chwilą zważyłam). Następnie nie znajduję noclegu, nabywam karimatę w Tesco i około dziewiątej wieczorem wysiadam z pociągu w Sabinovie.

Mapy okażą się niezłe – z jednym dość poważnym zastrzeżeniem: hotele, schroniska i pensjonaty zaznaczono na nich czterema rodzajami piktogramów, które jednak nie są przypisywane obiektom zależnie od standardu czy ceny noclegu, ale według jakichś innych kryteriów, które do końca pozostały dla mnie nieprzeniknione. Ponadto, jak się wkrótce miałam przekonać, część tych placówek jest zamknięta na głucho.

W Sabinovie czerwony domek z mapy okazuje się hotelem za 50 euro. Uznaję to za lekką przesadę. Ochroniarz mówi, że coś tańszego jest podobno 7 kilometrów dalej, ale mnie się nie chce tyle, o tej porze i nie na pewno. Idę przez Sabinov, zastanawiam się, rozglądam. Dworzec? Dworce to nie są dobre miejsca. Patrzę – cmentarz. Ogrodzony murem, ale bramy pootwierane, drzewami ładnie obsadzony, w dalszych alejkach cień głęboki, wspaniale. Noc ciepła, jakby tak jakąś ławeczkę albo, jeszcze lepiej, dostać się do takiego grobu-kapliczki…
Jedyna kapliczka niestety porządnie zamknięta. Idę dalej, wspinam się na wzgórze. To nowsza część, świeże groby, jeszcze sporo wolnego miejsca, a na samym szczycie – dom pogrzebowy, z bardzo fajnym daszkiem. Świecę sobie latarką, dowiaduję się, ile kosztuje pogrzeb dorosły, a ile dziecięcy, obchodzę budynek dookoła. Na parkingu zauważam samochód, słyszę głosy, męski i kobiecy, wycofuję się. Rozkładam karimatę z Tesco we wnęce przy bocznych drzwiach. Samochód wkrótce odjeżdża.

[zdjęcia]

muzyka


Jeszcze przed narodzinami młodszej z moich młodszych sióstr Panna To, Iwasz i ja zostaliśmy wysłani na kolonie letnie do ośrodka rehabilitacyjnego Instytutu w S. Na koloniach były dziwne dzieci, od których dowiedzieliśmy się, co to jest striptiz i gra w butelkę, nauczyliśmy się piosenki o Hendryku rozbójniku* i złapaliśmy wszy. Po kilku latach Mamrot uświadomiła mi, że były to specjalne kolonie dla dzieci z rodzin patologicznych, a nas upchnęła tam po znajomości babcia Ka, żebyśmy pooddychali zdrowym wiejskim powietrzem.

W naszym domku mieszkał między innymi taki jeden Artur. Nazywaliśmy go Kwadratową Mordą, bo miał długie włosy z równą jak od linijki grzywką. Któregoś wieczora, kiedy już byliśmy w łóżkach, przyszedł do naszego pokoju i zaczął tańczyć. Tańczył odwrócony do mnie plecami i nagle szarpnął gumkę swoich spodni od piżamy i na chwilę pokazał goły tyłek.

– Wiesz co? – powiedział po jego wyjściu Iwasz, wówczas dziewięcioletni. – On cię chyba kocha.
– No co ty! – zdenerwowałam się, bo nie lubiliśmy Artura i sugestię Iwasza odebrałam jako niemal obraźliwą.
– Naprawdę – obstawał przy swoim Iwasz. – Ja goły tyłek pokazałbym tylko kobiecie, którą bym kochał.

* Tekst tej piosenki ma wiele różnych wersji, patrz np. dyskusja tutaj. My poznaliśmy wtedy którąś z tych dłuższych.

« wte