przemiany


Poduszkę to akurat Lola długo miała tylko jedną. „I jeszcze, choć pewnie wyda się to Panu śmieszne, pisała, niech może weźmie Pan ze sobą poduszkę”. Więc przychodzili z ulubionymi jaśkami, z poduszkami samolotowymi, takimi w kształcie nerki, albo z nadmuchiwanymi, które szeleściły w nocy jak suche liście.
Na następny dzień pakowali szczoteczki do zębów, grzebienie, wczorajsze majtki, skarpetki i koszule. Zwijali poduszki; z tej turystycznej powietrze uchodziło z cichym sykiem. Zabierali wszystko, jakoś nigdy niczego nie zapominali. Lola też nie zostawiała śladów. Nawet jak dawała prezenty, to takie, żeby nie rzucały się w oczy. Książki bez dedykacji, które można było upchnąć na półce i zapomnieć od kogo, albo obrazki tak małe, że w razie czego dało się je po prostu schować do pudełka.
Ale któregoś dnia, w sumie przypadkiem, poszła do supermarketu. Kupiła płyn do udrażniania rur, paczkę irysów, litr whisky i poduszkę, chociaż nikogo się nie spodziewała. A potem nocowała u kolegi, też w sumie przypadkiem, dlatego bez szczoteczki. Kolega za to miał zapasową. Rozpakował ją i dał Loli. „Ta, powiedział, będzie twoja”.

przemiany


Czy to można po prostu zarządzić? Która naprawdę jest godzina?
Podobno przy jesiennej zmianie czasu wszystkie pociągi zatrzymują się na godzinę w środku nocy. Ale co robią na wiosnę?
Znowu nam zabrano, nie wyspałam się. Ale niech tam. Będziemy mieli dłuższe letnie wieczory.

[Zegar dworcowy z P-na, koniec marca 2010. Kliknąwszy itd.]

przemiany


gdy noc bezdenna ukwiazdy obrzmiałe
w dotkliwym ogrodzie mękała
na obłąganku stygnącym porankiem
krukaczka złowistna siedziała

zaś w cieniu trującji nad brzegiem znałuży
patatak na gęślum przygrywał
tam gdzie ślinabab rósł tkliwy choć duży
i słodkie żale wspomijał

analie kwitły mentale wzrastało
rozskosznie pachniały zestudnie
i prawdzinóżką się niby sięgało
i zełka się szkliły przecudnie

kocica w miauczce mknie w gorącz ścierwiska
sobotwór odprawia niewpory
kot niewiedzialny pięść w dziesięść zaciska
by fichtać gęsienic otwory

i mylślą złuchają i paczą na Pana
lecz sens im i prawda umyska
bo tautologia jak bańka mydlana
kulista jest pusta i śliska

przemiany


Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

przemiany


[Dawno nie było.
Najlepsze frazy wyszukiwarek z ostatnich 30 dni w formie wiersza, proszę. Jeden wers odpowiada jednej frazie. Frazy przytaczam w oryginalnym brzmieniu, poprawiam tylko ortografię.]

dziewczyny z karpiem
kiedy szedłem szukać szynki

umysł jako podmiot poznający
pokój starszej pani
księżyc to placebo
smutno jest być solipsystą
całuj mnie jesienią

amatorka
szczupła miesięcy kochasz a
zimna bez serca

wiersze o cipce
ślimak do nasion
zamknięta pistacja

definicje logika
milosc szkic
wenflon krew
ruchaj mnie
medycyna śmierć
powiesiła się

skup złomu
koniec świata
maszyna snów
zęby szczura
dwa księżyce na niebie

klatka schodowa
stopnie do piekła
milosc szkic
medycyna śmierć

pistacje
jak się otwierają pistacje

zęby szczura
powiesiła się

przemiany


[Będzie w kawałkach, bo mi coś dużo wychodzi.]

Trzy tygodnie temu, niedziela rano, bus do Zagórza.
Próbuję zasnąć, nie mogę, bo Radio ZET. Kochanie, wiem, w co grasz, ta pokerowa twarz… Przypomina mi się Telehon i jak na zamówienie – w kolejnym busie, bo jazda z przesiadką – RMF, tak, RMF ef em. Zła muzyka zawsze była dla mnie istotnym elementem dłuższych podróży autobusami, ale teraz ta zła muzyka wydaje mi się gorsza niż kiedyś. Własnego odtwarzacza nie mam, bo bagaż; trochę bez sensu, i tak wyszło z dziesięć kilo, ale, no nie mam. Kierowca pali, dym wlatuje do środka. Prowadzi ostro, górki dołki serpentyny, robi mi się niedobrze. A potem jeszcze lepiej, bo kierowca włącza płytę. Piosenki biesiadne. Discopolo najczystsze, szczere jak złoto. Notuję, starając się uchwycić intonację. Jak mnie nie pokochasz, to wiedz że, miłość ma cygańska znajdzie cię. Bo kiedy przyjdzie noc, włożę najczarniejszy płaszcz, i zamienię się, w czarnego lwa.

O trzeciej na miejscu. Restauracja, kawa, placek, na zimną płytę jakoś nie mam ochoty. Wychodzę, z telefonem w ręku. Mija mnie dwóch starych zagórzan i jeden mówi do drugiego:
– Co mi tam kotlet… Ta pani ze światem ma kontakt.

Dworzec zamknięty na głucho. Remont torów, do środy, czy jakoś. Taktak, kiedyś jeździł pociąg do Medzilaborców, proszę pani, nawet w zeszłym roku, ale teraz nie. Autobusy? Jakieś były, kiedyś, ale teraz też nie ma chyba. No nie ma. No to Nowy Łupków, na piechotę przejdę, jutro, trudno.
Przed dworzec zajeżdżają samochodem miejscowe chłopaki. Okna pootwierane, łokcie wystawione, muzyka. Krzyczą „Obora to my!” i odjeżdżają z piskiem opon.

45 minut za Nowym Łupkowem świat się kończy, jest drogowskaz, można na koniec świata, można do baru, można do karczmy. Jest też tablica, że noclegi. Z numerem telefonu, więc dzwonię, zapowiadam się na za dwie godziny i idę do karczmy. (W której, jak się później okazuje, nie wolno sikać na stojąco).
Potem po ciemku drogą przez łąki. Pachnie słodko i nieprzyzwoicie, gwiazdy cykają. W połowie drogi samochód, pani Krysia wysłała po mnie jednego ze swoich gości. Grzegorz, z Łodzi, z kolegą tutaj z wykrywaczem metalu chodzą, jutro wracają, krótki wypad taki, czterodniowy.

*

Rano pani Krysia robi mi bardzo żółtą jajecznicę i pokazuje na mapie, jak się dostać do Medzilaborców. Komórką fotografuję kluczowy fragment. Własnej mapy tych okolic nie mam, zbierałam się w pośpiechu, prawie nic nie zaplanowałam, tyle że Medzilaborce i że tam jakieś mapy siękupi i sięzobaczy. Przed urlopem dużo się działo, tak wyszło, i teraz lekcje chaosu. Co mnie zresztą cieszy, bo przygoda.

Najpierw jest łatwo, idę torami, zrywam sobie jakieś pomarańczowe niezapominajki, obserwuję płochliwe zwierzątka i tak dalej. Ale potem tunel, a ze zdjęcia w komórce wiem, że długi. Pociągi niby nie jeżdżą, ale gdyby? Tunel wąski. Więc górą, przez chaszcze. Po piętnastu minutach dopada mnie obezwładniające zmęczenie i przez chwilę serio się obawiam, że będę musiała odwołać wakacje. Potem mija. W chaszczach spędzam sporo czasu, bo krążę i mam interesujące przemyślenia dotyczące procesów decyzyjnych.
Później, już po słowackiej stronie, torami. Gorąco, pić mi się chce, nie mam wody (a bo sklepu w Łupkowie nie było; mówiłam, lekcje chaosu), studnia po drodze wyschnięta. Wreszcie docieram do Paloty, w pierwszym gospodarstwie proszę o wodę, dostaję całą butelkę.

Z Medzilaborców postanawiam jechać od razu do Humennego. Naprzeciwko dworca ogromny sklep z kryształowymi żyrandolami, niektóre gigantyczne. Zagapiam się, ekscytuję, ale zdjęć nie robię, bo mi jednak trochę głupio. Dworcowy bar, kawa w szklance, rozmowa z miejscowymi. A skąd, a dokąd, a czy nie boi się pani tak sama, trenuje pani (tu kilka ciosów w powietrze) karate?
Pytanie o to, czy nie boję się tak sama, będę słyszała od prawie każdego spotkanego Słowaka. Stanie się to jednym z istotnych powodów, dla których końcówkę urlopu postanowię spędzić w Polsce, gdzie od paru lat już nie pytają, a przynajmniej nie tak często. (Dwa lata temu w Gorcach spotkałam nawet inną samotnie podróżującą dziewczynę. Z psem wprawdzie, ale za to zimą).

W Humennem znajduję internat z wielkim okrągłym lustrem, w którym się następnego dnia rano fotografuję, ponieważ dużo się nad sobą zastanawiam.

*

Szukam map najbliższej okolicy, bo podobno ciekawe góry, wulkaniczne. Ale gdzie tam. Nie ma. No to zmiana planów. Prešov. Odbijam sobie dotychczasowe niepowodzenia i kupuję prawie kilogram map (tak, kurczę! przed chwilą zważyłam). Następnie nie znajduję noclegu, nabywam karimatę w Tesco i około dziewiątej wieczorem wysiadam z pociągu w Sabinovie.

Mapy okażą się niezłe – z jednym dość poważnym zastrzeżeniem: hotele, schroniska i pensjonaty zaznaczono na nich czterema rodzajami piktogramów, które jednak nie są przypisywane obiektom zależnie od standardu czy ceny noclegu, ale według jakichś innych kryteriów, które do końca pozostały dla mnie nieprzeniknione. Ponadto, jak się wkrótce miałam przekonać, część tych placówek jest zamknięta na głucho.

W Sabinovie czerwony domek z mapy okazuje się hotelem za 50 euro. Uznaję to za lekką przesadę. Ochroniarz mówi, że coś tańszego jest podobno 7 kilometrów dalej, ale mnie się nie chce tyle, o tej porze i nie na pewno. Idę przez Sabinov, zastanawiam się, rozglądam. Dworzec? Dworce to nie są dobre miejsca. Patrzę – cmentarz. Ogrodzony murem, ale bramy pootwierane, drzewami ładnie obsadzony, w dalszych alejkach cień głęboki, wspaniale. Noc ciepła, jakby tak jakąś ławeczkę albo, jeszcze lepiej, dostać się do takiego grobu-kapliczki…
Jedyna kapliczka niestety porządnie zamknięta. Idę dalej, wspinam się na wzgórze. To nowsza część, świeże groby, jeszcze sporo wolnego miejsca, a na samym szczycie – dom pogrzebowy, z bardzo fajnym daszkiem. Świecę sobie latarką, dowiaduję się, ile kosztuje pogrzeb dorosły, a ile dziecięcy, obchodzę budynek dookoła. Na parkingu zauważam samochód, słyszę głosy, męski i kobiecy, wycofuję się. Rozkładam karimatę z Tesco we wnęce przy bocznych drzwiach. Samochód wkrótce odjeżdża.

[zdjęcia]

przemiany


Kiedy starsza z moich młodszych sióstr była jeszcze bardzo malutka, zwykle bawiłam się sama – nie miałam kolegów ani koleżanek z podwórka, bo mieszkaliśmy na uboczu w domu z ogrodem, nie chodziłam do przedszkola, a Iwasz przyjeżdżał tylko od czasu do czasu.
Stwarzałam sobie w wyobraźni światy nie mniej realne niż ten prawdziwy i pozwalałam, żeby się z nim przenikały. Odróżniałam wymyślone od prawdziwego, oczywiście – ale tylko w razie potrzeby.

Któregoś dnia, w upalne letnie popołudnie, postanowiłam, że pobawię się w śpiącą królewnę – położę się na leżaku, zamknę oczy i będę udawała, że śpię, a potem przyjdzie książę, obudzi mnie i wreszcie będę mogła bawić się z kimś, a nie sama.
Leżenie okazało się strasznie nudne. Jedyną ciekawą rzeczą był czerwonopomarańczowy kolor moich prześwietlanych słońcem powiek. Minęło dziesięć, może piętnaście minut, nikt nie przyszedł. Uznałam, że albo źle udaję, albo to jakaś bujda z tym księciem, i otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że natychmiast zapomniałam o swojej głupiej zabawie. Świat stał się niebieski.

przemiany


brzuch

przemiany


Parę lat temu babcia Ka podarowała mi walizkę. Mimo to jeszcze długo na służbowe wyjazdy pakowałam się do starego plecaka. Po piaszczystych p-skich poboczach nie dałoby się ciągnąć walizki na kółkach. Zaczęłam jej używać dopiero po przeprowadzce do W-wy.
Walizka hałasuje, turkocze na kostce brukowej, na schodach ruchomych wydaje charakterystyczny wizg, ludzie się oglądają. Wymusza specyficzną postawę, sztywną i wyprostowaną. Pod obstrzałem spojrzeń trzeba uważać, żeby nie wypaść z roli, nie stracić powagi. Z walizką czuję się inna.

Parę lat temu kolega z pracy dostał od żony walizkę bardzo podobną do mojej. Przedtem używał dużej torby na ramię i twierdził, że z walizką wyglądałby śmiesznie, ale szybko się przyzwyczaił.
Po jakimś czasie zauważyłam, że walizka kolegi zaczęła wydawać dziwne dźwięki. Zgrzytała, piszczała, jęczała, jakby miała się zaraz rozpaść.
– Co się z nią dzieje? – zapytałam.
– Nie wiem. Coś się chyba psuje.

– Wiesz – powiedział tydzień później – przeczytałem instrukcję obsługi.
– O, i co?
– Dowiedziałem się, że po trzydziestu trzech kilometrach odpadną mi kółka.

przemiany


Pająk zamienił się w muchę, zniósł wielkie jajo i z powrotem zamienił się w pająka. Z jaja wykluło się pięć lub siedem ślicznych stonek, każda w innym kolorze. Bardzo mi się podobały, ale wiedziałam, że nie mogę trzymać ich w domu, bo zjedzą mi fikus. Wyrzuciłam je przez okno, ostrożnie, żeby się nie potłukły.

przemiany


Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok – że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni – ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
– Można? – zapytałem, sepleniąc.
– Tak, proszę. – Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
– Hm, tak – pomrukiwał – tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… – Usiadł przy biurku. – No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. – Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. – To się łatwo leczy. Jeśli pan chce – spojrzał na mnie z powątpiewaniem –  jedna prosta operacja załatwi sprawę.

« wte