smutek


Jest w Richmond muzeum Holocaustu założone przez ocalonego. Niewyobrażalnie dosłowne! Ten pan ukrywał się w jamie wykopanej pod psią budą i w muzeum do tej jamy trzeba było wejść przez tunel obok budy, i tam był pluszowy pies. Rozumiem powagę miejsca, dramat tego człowieka, ale kiedy schyliłem się, żeby wejść do tej dziury, pies, który miał fotokomórkę, zaszczekał.

[cyt. za Woje wyklęci spod Smoleńska, Katarzyna Wężyk, Marcin Napiórkowski]

smutek


CAM00072
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

smutek


W Wielki Piątek na placu Zbawiciela.CAM00038

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

smutek


Smutek – uczucie tego, komu coś dolega, kto stracił kogoś lub coś miłego, kto ma przykre wspomnienia, przeżycia; nastrój wywołujący taki stan, takie uczucie.
Smutek bezbrzeżny, bezgraniczny, beznadziejny, głęboki, niewymowny, szczery. Smutek w głosie, na twarzy, w oczach, w spojrzeniu. Brzemię, chmura, chwila, fala smutku. Okazywać, wyrażać, taić, ukoić, rozpędzać, rozpraszać smutek. Smutek ogarnia, opanowuje, przejmuje, przytłacza, trapi, zdejmuje kogo.*

Kiedy niedawno obcięłam sobie kawałek palca (mam to na zdjęciach, jeśli ktoś chce (palec już się zabliźnił, nie ma co się martwić)), ogarnął mnie przejął zdjął smutek. Jak wtedy, kiedy Mała Mi umarła.
Kiedy próbuję myśleć, myślę o więdnących liściach.
Rozpuściliśmy dziś w wodzie proszek na wirusy, zapachniało śmiercią.
Brzemię chwila chmura fala. Taić rozpędzać rozpraszać.
Pracuję, ćwiczę, świecę sobie lampą.

 
* Definicja za Doroszewskim.

smutek


nadojelo

smutek


W domu wszędzie brak, puste miejsca po niej. Na podłodze ślady łap; tam, gdzie umarła, kilka ledwie widocznych czarnych smug, widać niedokładnie wytarliśmy. Robię w myślach spis rzeczy, które trzeba umyć, wyprać, odkazić, wyrzucić, spis miejsc, w których leżała, wymiotowała, spis znajomych, których trzeba ostrzec.
O pierwszej facet z krematorium przywiózł urnę.

Staram się bronić przed tym obrazem, przed wspomnieniem skurczów i czarnej powodzi. Myślę o tym, jaka była mądra. O tym, jak oglądała z nami film o ptakach. Jak lubiła światełka, zajączki, jak szczękała na wrony. Jak kładła się między mną a klawiaturą, kiedy pracowałam, i trzymała łapę na mojej dłoni. Jak spała w dziwnych pozach. Jak grała nam na dobranoc kocifugę. Jak domagała się pieszczot i jak trochę obleśnie stękała, kiedy się ją głaskało. Jak towarzyszyła nam przy myciu zębów. Jak chodziła za mną po domu jak piesek i jak wieczorem brałam ją pod pachę i niosłam do łóżka. Jak budziła nas kichaniem prosto w twarz i jak nie dawała się spławić. Jak boleśnie potrafiła podeptać. Jak się o nic nie obrażała. Jak lubiła ludzi i zawsze przychodziła do kuchni, kiedy byli goście. Jak śmiesznie wystawał jej kieł i jak lubiłam sobie wyobrażać, że na starość będzie wystawał jeszcze bardziej i będziemy się z niego śmiali.

Zaczęło się pod koniec listopada. Trochę kaszlała, trochę mniej jadła. Adam zabrał ją do weterynarza, zdiagnozowali stan zapalny górnych dróg oddechowych, dali jakieś leki na wzmocnienie, potem antybiotyk. Martwiliśmy się, ale nie bardzo, w końcu to było tylko przeziębienie.
Potem było jak w złym śnie, z dnia na dzień gorzej, jakby się po prostu cała popsuła. Nie nadążałam za tym, Adam chyba też nie. W ogóle przestała jeść i pić, chowała się w szafie. Coś było nie tak z wątrobą. Przed USG oswajaliśmy się z myślą o raku i eutanazji, ale okazało się, że to nie rak. Odetchnęliśmy. To tylko stan zapalny, pocieszaliśmy się. Jest źle, ale nie aż tak źle. Wątroba się regeneruje.
Weterynarze twierdzili, że się czymś zatruła. Nie mieliśmy pojęcia, co to mogło być. Karma była w porządku, bo Matylda jadła to samo i nic jej nie dolegało. Awokadowców nie obgryzała, kilka razy sprawdziłam. Detergentami się nie interesowała. Z trucizną na przędziorki i odkamieniaczem nie mogła mieć kontaktu, pilnowaliśmy. Może do domu dostał się szczur obżarty trutką z piwnicy? Ale znaleźlibyśmy przecież jakieś resztki. I nigdy nie widziałam tu szczura.

Była jedna straszna doba, kiedy nie dostawała zastrzyków przeciwbólowych, bo powiedzieli, że to za bardzo obciąża wątrobę. Chodziłam za nią po domu i wycierałam żółtą pianę, którą wymiotowała. Dostała biegunki, zrobiła pod siebie, a potem przyszła do mnie, jakby chciała poprosić, żebym ją umyła. Pozwoliła mi, w ogóle nie protestowała. Cały dzień okropnie się śliniła. Nie wiedzieliśmy, że to z bólu. Dopiero następnego dnia inna pani doktor zaordynowała bunondol, który w myślach nazywałam bólbulonem. Co osiem godzin robiliśmy zastrzyk. Po zastrzyku Mi zapadała w letarg. Przynajmniej jej nie boli, pocieszaliśmy się. Najważniejsze, żeby nie bolało.

Adam co wieczór jeździł z nią na kroplówki. Ja siedziałam w domu, bo już trochę zawaliłam terminy. Nasłuchiwałam, czy idą. Dlatego wiem teraz, że koło 22 sąsiadka wraca z psem ze spaceru; potem jakieś dwadzieścia minut i przyjeżdżali.
Czasem wydawało nam się, że jest trochę lepiej. Dała się pogłaskać, przyszła do łóżka, strzygła uszami na wrony. Potem znowu się pogarszało.

W piątek jeszcze inna pani doktor powiedziała, że to może być koci tyfus. Zrobili test, wyszedł dodatni.
Niestety typowe objawy pojawiają się dopiero po kilku dniach od zakażenia – przeczytałam w internecie a wtedy jest zwykle za późno na leczenie.
Występują 3 postaci panleukopenii: nadostra, ostra i łagodna. W przypadku postaci nadostrej brak objawów, a zwierzę umiera nagle. W przypadku postaci ostrej śmierć następuje po 1–2 dniach. W przypadku postaci łagodnej śmierć następuje po 5–6 dniach.
Źródła zakażenia mogą być różne: kontakt z chorym kotem; kontakt z kotami żyjącymi na wolności; kontakt z osobą, która miała styczność z chorym kotem (wystarczy, że osoba ta przebywała w pomieszczeniu, w którym chorował kot – nawet gdy tego kota tam już nie było – wirus może zostać przeniesiony na ubraniu, na butach, na rękach itp.); duże skupiska zwierząt; lecznice weterynaryjne (również ich pracownicy).
Matylda nie zachorowała prawdopodobnie dlatego, że była szczepiona i jeszcze jest odporna, ale trzeba ją obserwować; okres wylęgania się choroby wynosi 5–12 dni. Mi mogłaby pomóc surowica od kota, który chorował i przeżył. Nie mają, poszukają dawcy.
Pani doktor, powiedział mi Adam przez telefon, powiedziała, żeby dać jej jeszcze dwa dni. A jeśli za dwa dni się nie poprawi? To będzie znaczyło, że Mała Mi umiera.

W nocy Adam zamieścił ogłoszenie na Facebooku. Ola, znajoma z Razem zasugerowała, żeby napisać do Kociej Łapki. Okazało się że mają surowicę. Powiedzieli, że liczy się każda godzina, że trzeba jak najszybciej, że mamy jechać do Pauliny, że już do niej dzwonili. Było dobrze po północy, do Pauliny dojechaliśmy koło pierwszej. Dostaliśmy dwie strzykawki, dla Mi i dla Matyldy, surowicę podaliśmy koło drugiej.
W nocy Mi próbowała pić wodę, rozgrzały jej się uszy, na chwilę przyszła do mnie na kanapę. W sobotę byliśmy w klinice we troje. Pani doktor powiedziała, że Mi ma lekką gorączkę i że to dobrze, to znaczy, że organizm walczy. I że surowica znacznie zwiększa jej szanse. Znowu były kroplówki, leki na to, leki na tamto.
Kiedy szliśmy do samochodu, jakiś chłopiec zobaczył Mi przez drzwiczki kontenerka, ledwie przytomną po bunondolu, zmęczoną, zaślinioną. „O jaki słodki! – rozczulił się. – Jaki malutki!”. Nie powiedziałam mu, że jest chora (i wcale nie taka malutka!). Uśmiechnęłam się do niego i poszliśmy.
Kiedy jechaliśmy do domu, Mi patrzyła na światła.
Ożywiła się. Trochę chodziła, przyszła do mnie, na swój fotel. Zagrzebała się w śpiworze. Robiła też niepokojące rzeczy, stała nad miską z wodą, leżała w kuwecie. Ale myśleliśmy, że jest lepiej.
Zadzwonił landlord, mówił, że jeden z jego kotów chorował na panleukopenię, w zasadzie już umierał, ale udało się go uratować dzięki surowicy.
Zaczęliśmy mieć nadzieję.

W niedzielę obudziłam się nad ranem, nie mogłam jej znaleźć. W końcu odkryłam, że leży przy oknie. Patrzyła na świat. Przez chwilę myślałam, że może się z nim żegna, ale potem powiedziałam sobie, że pewnie obserwuje ptaki i że to dobrze. Przykryłam ją, żeby nie zmarzła.
Potem przyszła do nas do łóżka. Z trudem na nie wskoczyła, ale przyszła.
Wstaliśmy trochę przed południem, Mi została w pościeli. Zbudowałam wokół niej gniazdo z kołdry, żeby było jej cieplej i wygodniej.
O dwunastej, kiedy pisałam do Aerte, że chyba się powoli poprawia, usłyszeliśmy jęk, miauczenie jak na alarm. Mi stała w przejściu między dużym pokojem a przedpokojem i chwiała się na nogach. Pobiegliśmy do niej. Upadła. Głaskaliśmy ją, mówiliśmy do niej. Skręciła się w konwulsjach, zwymiotowała. Raz, drugi, trzeci. Podłogę zalała ogromna fala rzadkiej czarnej cieczy o dziwnym chemicznym zapachu.
Wycieraliśmy to czarne ręcznikami papierowymi, głaskaliśmy Mi, Adam dzwonił do kliniki, pytał, czy można podać zastrzyk przeciwbólowy. Przyłożyłam ucho do jej boku i nasłuchiwałam. Wydaje mi się, że słyszałam dwa uderzenia i że cisza między nimi trwała zbyt długo. A potem już nic. Ale brzuch się poruszał, jakby oddychała. Adam nie znalazł stetoskopu, przyniósł lusterko. Nie zaparowało.
Włożyłam Małą Mi do kontenerka. Była zupełnie sflaczała, jak szmatka. Postawiliśmy kontenerek na kanapie.
– Co mamy teraz zrobić? – powiedział Adam bezradnie. – Nie wiem.

Śmierć nie od razu widać. Mi długo była ciepła, w dotyku zupełnie żywa, wcale nie sztywna. Długo nam się wydawało, że jeszcze oddycha. Może coś przewalało się w jej brzuchu, a może pręgowane futro ma to do siebie, że jak się na nie zbyt intensywnie patrzy, to wygląda, jakby się ruszało.
Mieliśmy taką irracjonalną myśl, że może jeszcze wróci. Że się ocknie. Że jest niezniszczalna jak Mała Mi z Muminków. Że zmartwychwstanie i będzie kocizbawicielką, dawczynią surowicy. Że dlatego nie można zamykać kontenerka, trzeba głaskać, być obok. Żeby wiedziała, że jeśli zechce wrócić, to ma do czego.
Dlatego umówiliśmy się na kremację dopiero na piątą.

IMG_0024

smutek


smutek


Dzień siódmy.
Krosno Odrzańskie – Osiecznica – Maszewo – Miłów – Bytomiec – Rąpice – Kłopot – Białków – Cybinka – Sądów – Radzików – Rzepin – Ośno Lubuskie – Gronów – Chartów – Słońsk. 96 km.

Rano odkryliśmy, że pan Władek jest zapalonym kolarzem – całą jedną ścianę restauracji zajmują dyplomy i puchary, w tym dyplom za podróż dookoła Europy.
W Maszewie myszka.

IMG_9754

Droga do Kłopotu.

IMG_9760

I Kłopot.

IMG_9762

W Rzepinie zatrzymaliśmy się na obiad, odebrałam wygraną i kupiłam kolejne losy. Pan w kolekturze nie miał zeza, ale życzył mi szczęścia jak tamten.
Nocleg w agroturystyce Nad Rzeczką w Słońsku (polecamy). Postanowiliśmy zostać tam na dwie noce, zwłaszcza że gospodarz, pan Henryk – członek Towarzystwa Przyjaciół Słońska i prezydent Rzeczpospolitej Ptasiej, jak się okazało – zaproponował, że pokaże nam kościół i izbę pamiątek.

 

Dzień ósmy.
Słońsk. 30 km.

Rano pod sklepem grzecznie witam się z pijakiem.
– Dzień dobry.
Pijak szeroko rozstawia ramiona, kłania się i mówi:
– Jesteś coraz ładniejsza. Zostaniesz moją żoną?
– Już mam męża.
– Wiem, wiem… Miałem żonę. Na rękach mi umarła. Tak tylko drgnęła, raz i drugi, i umarła – mówi pijak i zaczyna płakać.
Nie wiem, co powiedzieć, bo co? „Przykro mi”? więc tylko stoję bez sensu i patrzę.
– Czterdzieści siedem lat! Czterdzieści siedem. W Szczecinie w szpitalu leżała, w krzakach spałem… Ale ja stąd wyjadę. Bo co tu jest do roboty? Żonę sobie znajdę i wyjadę. Ale nie taką dziwkę, jak te tutaj. Dziwki takie, tylko by piły i paliły. Nie dla mnie.

Dawny kościół joannitów brandenburskich, obecnie katolicki (więcej tu).

IMG_9786

Przed izbą pamiątek okazały drewniany papież wyrzeźbiony przez jednego z więźniów słońskiego więzienia, w którym pan Henryk przez lata był strażnikiem.

IMG_9793

W izbie pamiątek (więcej tu) najróżniejsze eksponaty: neolityczne toporki, przedwojenne niemieckie dokumenty, poniemieckie i przywiezione ze wschodu sprzęty domowe, książki, pocztówki, nuty, święte obrazki. W domu pan Henryk pokaże nam jeszcze miniaturowy Koran znaleziony przez jego matkę w ruinach pałacu oraz wyłowione ze strumienia sygnet i arabską monetę.

IMG_9803

Krótka przejażdżka po wale przeciwpowodziowym do Kłopotowa i z powrotem do Słońska przez Budzigniew i Jamno. Na Stacji Pomp wystąpiliśmy o obywatelstwo Rzeczpospolitej Ptasiej, między rzeką a wałem spotkaliśmy borsuka. Na nadrzecznych łąkach widzieliśmy setki krów i koni we wszystkich kolorach czekolady.

IMG_9830

Po obiedzie pan Henryk oprowadził nas po młynie (więcej tu). Młyn należy do największego w okolicy hodowcy bydła rzeźnego, ale Towarzystwo Przyjaciół Słońska ma klucze.
– Te krowy nad rzeką – pytam – to jego?
– Jego. Żyją tam właściwie półdziko, przez cały rok. Cielą się, pasą.
– A konie?
– Też na mięso, Hiszpanie kupują.

IMG_9849

– Czy można gdzieś tu w okolicy kupić ziemię?
– Ja będę sprzedawał. Działkę z domem, po synu. Zginął w wypadku. Ta agroturystyka, to wszystko, to było robione pod niego. Lubił to, czuł. Młodszy. Starszy nie czuje.

smutek


jf5022015

Z komórki, po wizycie u dentysty. Ulica P-ska w W-wie.

smutek


Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Lola starała się nie patrzeć w lustro, zamontowane nad blatem jakby specjalnie dla tych, którzy piją w samotności.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – zakończył Lolek, kiedy powiedział, co miał do powiedzenia.
– Tak – Lola skubała etykietkę na wypitym do połowy piwie – jasne. Ja jeszcze trochę zostanę.

Bar dworcowy w Olsztynie siedemnaście lat temu był chyba dość szary, a przynajmniej tak go Lola zapamiętała. I pewnie przyjemnie chłodny, bo wielkie brudne szyby nie wpuszczały do środka sierpniowego słońca. Dostali herbatę w szklankach ze spodkami i smutne mieszadełka – białe plastikowe patyczki zakończone przekreślonym zerem, które po włożeniu do wrzątku trochę się wyginały.
Lola patrzyła, jak Ola słodzi, miesza i dociska torebkę z fusami do dna. Skrzywiła się; to z torebką było prawie tak nieprzyjemne jak dźwięk piszczącej po tablicy kredy. Bordowy lakier na paznokciach Oli w paru miejscach już się łuszczył. Dziewczyny miały taki wakacyjny patent; szlajały się zwykle byle gdzie i spały po kempingach bez ciepłej wody – a jak się pomaluje na ciemno, zdradziły Loli, to nie widać brudu za paznokciami. Bardzo sprytne, powiedziała wtedy.
Ola wyjęła torebkę i położyła ją na spodku. Oblizała mieszadełko, popukała nim w szklankę, w stół i w spodek i zaczęła je wyginać. Biały plastik najpierw się poddał i zgiął, a potem złamał z cichym pyk. Loli zrobiło się smutno.
– Może przyjedziecie do mnie, jak wrócimy? – zaproponowała. – Ojca nie ma.
– Wszyscy? – zapytały Ela i Lala.
– Pewnie. Moja mama was lubi. A ciebie – spojrzała na Lolka – na pewno polubi.

Zostali do końca wakacji. Wieczorami pili z mamą Loli, a mama Loli opowiadała im historie o zdradach, porodach i życiu. Najciekawsze – te, które Lola już znała, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – jak była porządnie wstawiona; podnosiła wtedy brwi w sposób, którego Lola nie lubiła, poprawiała się na skrzypiącym leżaku i oznajmiała: „Coś wam powiem. Ale tak naprawdę”. Za dnia dziewczyny malowały, Lola pisała na maszynie, brat Loli rozmyślał i cierpiał, a Lolek siedział w mansardzie przy kuwecie i czytał stare dwutygodniki. To było trochę dziwne, Lola nigdy nie widziała, żeby ktoś w jej wieku czytał prasę, a nieaktualne gazety przygnębiały ją chyba jeszcze bardziej niż suchy chleb.

I Lolek został w zasadzie już tak w ogóle. Zdecydowała o tym najprawdopodobniej krótka wymiana zdań.
– Wiesz – zwierzyła mu się Lola – wydaje mi się, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jak mnie ktoś pyta, co słychać, to odpowiadam, ale nigdy nie pamiętam, żeby na końcu dodać „A co u ciebie?”.
Lolek uśmiechnął się jak człowiek, który właśnie znalazł coś, w czego istnienie nie wierzył.
– Ja też!

Przyjeżdżał codziennie, pomagał Loli posprzątać i pozmywać, wypijał herbatę i kładł się na materacu pod kocem; Lola mówiła, a on odpowiadał kojącym, coraz bardziej sennym „Mhmmm”. Albo siedzieli i czytali, Lola książki, a Lolek te swoje gazety. Mogła z nim nie rozmawiać i było dobrze. Zaakceptował go nawet Loli ojciec. Jak pytała, czy Lolek może przyjechać, zawsze się zgadzał. Tylko raz zareagował dziwnie.
– Tato – zapytała Lola – czy mogę na piątek zaprosić Lolka i Chudego?
– Obu naraz? – zdziwił się ojciec Loli.
– No, tak. A co?
– A nic w sumie. Nie ma sprawy. Myślisz, że w sobotę mogliby mi pomóc z drewnem?

Ale Lola i Lolek byli przyjaciółmi. Bo może Lola i była po ojcu puszczalska, ale przyjaciół też miała. Wymieniała się z Lolkiem szklanymi kulkami i kraciastymi chustkami do nosa, przegrywali sobie kasety, jeździli razem na wakacje i tak dalej. Przyjaźń. Lola myślała wprawdzie, że z Lolkiem jest coś trochę nie tak, bo jakby w ogóle nie miał uczuć – wszyscy byli wtedy młodzi i nieszczęśliwie zakochani, niektórzy nawet pisali słabe wiersze (Lola znalazła jeden w książce pożyczonej od Łysego, ale akurat o starości, nie o uczuciach), a Lolek nic, ani słowa, że ktoś mu się podoba, że się z kimś spotyka czy coś – ale w zasadzie po co człowiekowi uczucia i słabe wiersze, prawda?

Minęło jakieś siedem lat, Lola zdążyła mieć iluś chłopaków i złamane serce, wyprowadzić się do innego miasta, skończyć studia i wrócić. Siedziała właśnie z Lolkiem w Café Autodafé i marudziła („Kurde, co jest? Czy piwo się robi coraz gorsze, czy ja jestem już stara? Przecież to smakuje normalnie jak woda od groszku z puszki”), kiedy przyszedł esemes. Lola zasadniczo szanowała prywatność innych ludzi i nie zaglądała im w komórki, ale telefon Lolka leżał na stoliku tuż przed nią, więc komunikat „Nowa wiadomość od JUTRO” przeczytała właściwie odruchowo. Spojrzała na Lolka zdziwiona.
– Jutro? Kto to jest Jutro?
Lolek chrząknął, poprawił się na krześle i zapalił papierosa.
– Bolek.
Bolek, przyjaciel Lolka, szalony chirurg. Bardzo go lubiła. Kiedy się po raz pierwszy spotkali, jakoś przed rokiem, akurat pokazywał jej młodszej siostrze złapanego w krzakach zaskrońca. Trzymał go za ogon, za koniec, a reszta wiła się w powietrzu.
– Ale czemu Jutro?
Lolek przez chwilę jakby coś rozważał. Potem strzepnął popiół i wyjaśnił, nie patrząc na Lolę:
– Od roku jesteśmy razem. Poznaliśmy się, jak chodziłem po klubach. Umawiałem się z różnymi kolesiami, przeważnie narąbany. Żeby mi się nie pomieszało, zapisywałem numer telefonu jako datę następnego spotkania. Wiesz, „Sobota 17.30”, „12 maja”, „Pojutrze”.
– Jezu, jak dobrze – powiedziała Lola, która od „jesteśmy razem” w zasadzie go nie słuchała. Naprawdę jej ulżyło, ale teraz gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, czy nie opowiadała przy nim jakichś dowcipów o pedałach. – Ty jednak jesteś normalny.

Zaczęła chodzić z Lolkiem na występy drag queen, parady i Warlikowskiego. Raz pojechali na działkę do Pawcia, gdzie oprócz Loli byli sami geje i dwie lesbijki, i wszyscy jej powtarzali, żeby się nie martwiła, że ją tolerują, że ją nawet akceptują, chociaż są zdania, że seks między osobami różnej płci jest obrzydliwy, ale dopóki się z tym nie afiszuje, to spoko.
No i Bolek. Bolek był wolny, szalony i genialny, miał adehade i skrzypiące schody w świątyni umysłu, myślał o stu rzeczach naraz i bez przerwy to na bieżąco relacjonował, wszystko, co robił, robił kosmicznym mimochodem i niczego nie oceniał – jakby wszystko miało tę samą wartość albo jakby wszystko było w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Lolek tymczasem został urzędnikiem i chyba dlatego był coraz bardziej zasadniczy.
– Bo tobie nic nie można powiedzieć – wyrzucał Loli. – Żyjesz w swoim świecie i nie przyjmujesz żadnej krytyki.
– Ale o co ci chodzi? Coś zrobiłam nie tak? – zapytała Lola nerwowo i sięgnęła po papierosy.
Trochę się bała życia w swoim świecie. Jej ojciec tak żył i nie przyjmował żadnej krytyki, i jak mama Loli chciała Loli dokuczyć, co się stosunkowo często zdarzało, to mówiła „Jesteś dokładnie taka jak twój ojciec”.
Lolek spojrzał na nią krzywo.
– Chodzi mi o ostatnią imprezę.
– Ale że co?
Przypaliła, trochę drżały jej dłonie.
– Jak to co? Nie pamiętasz? No tak. No pewnie, że nie pamiętasz. Strasznie się narąbałaś. Kleiłaś się do ludzi, a tam były same ciotki. I wszyscy się dziwili i pytali „Jezu, kto to jest?”. A ja bez mrugnięcia okiem mówiłem „Moja przyjaciółka”. Bez mrugnięcia okiem – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco.
Lola zaciągnęła się i wydmuchała dym.
– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc w okno. – Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

A później Lolek zerwał z Bolkiem. Odchodził parę razy, ale łamał się i wracał, aż w końcu odszedł na dobre. Trochę Loli powiedział, ale – jak mówił – nie wszystko, bo wie, że ona Bolka lubi, i nie chciał jej robić przykrości. Loli było smutno, że stało się, jak się stało, ale uznała, że Lolek chyba podjął właściwą decyzję. Że chyba nie było innego wyjścia.
Zrobiło się dziwnie. Lola widywała się i z Lolkiem, i z Bolkiem, każdy opowiadał jej swoją wersję zdarzeń, a ona czuła się trochę jak dziecko z rozbitej rodziny; chociaż akurat jej rodzice po rozwodzie właściwie się nie rozstali, a jak nowa żona ojca umarła, to znowu wzięli ślub, więc nie była do końca pewna, czy wie, jak to jest.

I wtedy zaszła w tę ciążę z Ponurym Monterem, Operatorem Fotoplastikonu albo Księdzem po Kolędzie i dowiedziała się, że płód cierpi na nieuleczalną depresję. I cierpiał, i zatruwał ją od środka, jakby przez pępowinę tłoczył smołę w jej żyły. I naprawdę nie wiadomo, co by z się z Lolą wtedy stało, gdyby nie Bolek.
Lolek tymczasem jakoś zamilkł, a potem, akurat tego dnia, kiedy Lola podjęła w końcu decyzję, poprosił ją o spotkanie.

Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Nie rozmawiali. Usiedli i Lolek po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. Wygłosił doskonale przemyślane oświadczenie, tak skonstruowane, że niczego nie dało się w nim podważyć. Właściwie nie dało się go nawet skomentować, bo całkowicie wyczerpywało temat.
Lolek nie radzi sobie z tym, że Lola przyjaźni się z Bolkiem. Tak, wie, że nie może mieć jej tego za złe i nie może oczekiwać, że Lola zakończy tę znajomość. Ale rozstanie było dla niego niewyobrażalnie trudne, a teraz jest w sytuacji nałogowca, który zrywa z nałogiem i potrzebuje wsparcia. A Lola mu tego wsparcia nie daje. Sama świadomość, że Lola widuje się z jego byłym, sprawia, że towarzystwo Loli źle Lolkowi robi. Tak to w skrócie brzmiało.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – powiedział na koniec.

Lolek wyszedł, Lola została. Wypiła piwo, spojrzała w lustro i poszła. Ale jakoś nie mogła. Rozumiała, że nie ma wyjścia i nie ma sensu, ale jakoś nie mogła, więc wzięła telefon i napisała. Że jej przykro i ma nadzieję, że kiedyś jeszcze będą mogli normalnie rozmawiać. Po chwili przyszła odpowiedź. „Jak zwykle musisz mieć ostatnie słowo”.
I wtedy Lola usłyszała ciche pyk, jakby pękł w niej jakiś patyk. I zrozumiała, że nie, nie będą mogli. Bo ona już nie chce.

smutek


Krzyś miał przerąbane, bo seplenił i był piegowaty, a poza tym jeszcze w czwartej klasie mama odprowadzała go do szkoły i opowiadała innym mamom, że go karmi łyżeczką. Już na pierwszych lekcjach się z niego śmiali. A ja uznałam, że to nie w porządku, i postanowiłam się z nim zaprzyjaźnić, żeby go wesprzeć i pokazać innym, że są głupi. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na przerwach bawiliśmy się, że mój kanciasty plastikowy niemiecki tornister to statek kosmiczny, a na lekcjach siedzieliśmy w jednej ławce, co było zupełnie niesłychane, bo normalne dziewczyny nie zadawały się z chłopakami, a jedyną, która siedziała z chłopakiem, była Danka, ale to pod koniec szkoły, i nie dlatego, że chciała, tylko dlatego, że nikt nie chciał siedzieć z nią, a ten chłopak był taki jak ona, z zajęczą wargą i kurzajkami, i nie miał nic do gadania.
Od razu się zaczęło, że Jacek i Barbara, że się ruchamy, że jesteśmy zboczeni i tak dalej. Któregoś dnia otoczyli nas na boisku i zaczęli krzyczeć, żebym Krzysia pocałowała. Myślałam, że jeśli go pocałuję, to zobaczą, że to nic takiego (przecież całują się nie tylko ci, co się ruchają, na przykład rodzice całują się ze swoimi przyjaciółmi i nie zachowują się, jakby to było coś wstydliwego), i może się odczepią. Krzyś był strasznie zawstydzony, zawsze bardziej się nimi przejmował. Kiedy pocałowałam go w policzek, rozległ się potworny wrzask. Do końca szkoły się nie odczepili.

Ewa była Świadkiem Jehowy. Nawet jej nie dokuczali, po prostu była jakby obok tego wszystkiego. Trochę się z nią kolegowałam, raz czy dwa się odwiedziłyśmy, pożyczałyśmy sobie zeszyty, kiedy któraś chorowała. Ewa dawała mi czasem te ich gazety z kolorowymi obrazkami, na których baranki przytulają się do lwów, trawa jest soczyście zielona, a ludzie szczęśliwi i uśmiechnięci. Pamiętam, że kiedyś zapytała, czy wierzę w diabła. Stałyśmy wtedy pod dużym oknem na końcu korytarza. Spojrzałam w jasne oczy Ewy, czyste i błękitne, i zobaczyłam w nich szatana. I chyba odpowiedziałam, że nie.

Sylwek był gruby, ale dawał radę. To on pierwszy zaczął nazywać mnie kurwiszonkiem. Często mnie bił, chyba on najczęściej. On był duży, ja mała, więc uderzał z góry, pięścią w czubek głowy. Chłopaków to bardzo śmieszyło, ale ostrzegali: „Nie dotykaj jej, bo się pierdolcem zarazisz”.
Rodzice nauczyli mnie, że donosicielstwo jest jedną z najohydniejszych rzeczy na świecie, więc nie skarżyłam, ale dla Sylwka zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że w domu go leją, więc poprosiłam tatę, żeby porozmawiał z jego ojcem. Podziałało. Na następny dzień usłyszałam, jak Sylwek, obficie spluwając, mówi chłopakom: „Kurwa, trzeba będzie przestać bić kurwiszonka, bo mój stary…”. Kiedy po latach spotkałam go na ulicy w P-nie, przywitał mnie ze szczerym uśmiechem. Naprawdę.

Marzeny nienawidziłam. Ciągle się mnie czepiała, wyzywała mnie, biła i szarpała. Raz, jak na chemii usiadła w ławce przede mną, trafiła się okazja do zemsty. Marzena miała na sobie nylonową białą bluzkę. Paskudną, więc stwierdziłam, że wielkiej szkody nie będzie. Delikatnie przytknęłam pióro do materiału. Atrament rozchodził się szybko w efektowne ni to gwiazdy, ni to krzyże. Systematycznie stawiałam kolejne i kolejne. Zanim się zorientowała, minęło sporo czasu. Fajnie krzyczała. Wychowawczyni trochę się pooburzała („Taka grzeczna dziewczynka, kto by pomyślał!”), a potem zarządziła, że mam kupić odplamiacz. Dostałam od mamy pieniądze, ale nie chciało mi się iść do sklepu, więc po prostu przekazałam je Marzenie. Kiedy kupiła sobie najtańszy z odplamiaczy, a resztę wydała na lody, czułam się jednak trochę oszukana.
Ale najgorsze było to z miotłą. Marzena niby trochę trzymała z chłopakami, ale to było takie dziwne trzymanie, jakby ona trzymała z nimi, a oni z nią nie. Z ochotą się przyłączała, kiedy nabijali się z dziewczyn, nazywała mnie kurwiszonkiem jak oni, tylko chyba jeszcze częściej, ale nie była do końca bezpieczna, jej też dokuczali, a Zaniuk strzelał ze stanika jak wszystkim („Stanik dzisiaj masz?”; mnie nie, ja nie nosiłam, niedoczekanie), chociaż w sumie akurat Marzena raczej to lubiła. No a raz wzięli z szatni miotłę i wsunęli jej kij między nogi, tak jakby chcieli ją na nim posadzić okrakiem, i ją na tej miotle podnieśli, wysoko, żeby nie mogła stopami dosięgnąć podłogi. I chociaż nienawidziłam Marzeny, było mi jej wtedy szkoda. Przecież to musiało okropnie boleć. I przecież wszyscy, którzy to widzieli, musieli myśleć o tym, że Marzena ma cipę.

Zaniuk miał już prawie osiemnaście lat, tyle razy nie zdał. I kuratora, i wąsik. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I wszyscy się go bali, nawet niektórzy nauczyciele, a zwłaszcza pan od matematyki, taki blady, chudy, w wojskowych laczkach z dziurkami i sweterku w romby. Kiedy Zaniuk wychodził z klasy w środku lekcji i pogwizdując, przechodził tak blisko niego, że prawie go trącał ramieniem, pan od matematyki cofał się pod tablicę i potem miał plecy całe w kredzie. Ja się nie bałam, bo ja się niczego nie boję (oprócz pająków), a wtedy bałam się tylko taty i pająków. I to Zaniuka trochę wkurzało. Podchodził czasem, łapał mnie jedną dłonią od tyłu za szyję, mocno ściskał, nachylał się do mojego ucha i syczał przez zęby: „Nie boisz się? Nie boisz się, kurwiszonku?”. Naprawdę się nie bałam. Zastosowałam swój stary sposób, który w pierwszej czy drugiej klasie świetnie podziałał na zadzieranie spódnicy – udawałam, że tego nie zauważam, bo wiedziałam, że jak dziewczynka nie krzyczy, to nie ma zabawy i chłopaki szybko się nudzą. Więc udawałam, że nic nie czuję, chociaż to ściskanie bardzo boli. Starałam się nie kulić, siedziałam bez ruchu i czekałam, aż się odwali. I w końcu się odwalił.

Tego chłopaka ze sportowej właściwie nie znałam. Nie pamiętam, jak miał na imię. Może Maciek. W siódmej czy ósmej klasie pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krynicy albo innej Rabki. Dało się wytrzymać, bo nikt nie chciał być ze mną w pokoju, więc miałam dwójkę tylko dla siebie. Krzysiek przychodził do mnie na makao, a chłopaki zaglądały przez okno z tarasu, rechotały się, robiły miny, i palcem jednej ręki ruchały kółka zrobione z palców drugiej. Chciałam zasłonić firankę, ale Krzysiek mnie powstrzymał, powiedział, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Zemściliśmy się wieczorem na dyskotece w piwnicy. Poczekaliśmy na wolny kawałek i kiedy dziewczyny z chłopakami przytuleni powoli obracali się dookoła i macali, zaczęliśmy krążyć wokół nich jak czaple, z plecami wygiętymi w pałąk, przykurczonymi rękami i ustami w dziubek, wysoko podnosząc kolana i powoli opuszczając stopy. Szybko nas przepędzili.
To z tym chłopakiem nie pamiętam, czy było przedtem czy potem. Jeśli potem, to może przynajmniej wiadomo dlaczego. Przyskoczył do mnie nagle na spacerze, napluł mi w twarz i uciekł. I to był drugi i ostatni raz, kiedy na kogoś naskarżyłam. Poszłam do jego wychowawczyni, pani M. Zawsze ją lubiłam, była miła i jakaś taka delikatna. Jak kiedyś na przerwie zostawiła torebkę w klasie i któryś z uczniów ją okradł, to się popłakała. Poszłam i powiedziałam. „To niemożliwe”, usłyszałam. „Maciek to taki dobry chłopiec”.

No a z Danki to nawet myśmy się śmiali, ja z Krzyśkiem. Mówiło się na nią „prymitywne jajeczko” i myśmy też tak mówili. Trafiła do nas jakoś w szóstej, siódmej klasie, bo nie zdała. Miała brzydkie ciuchy, zajęczą wargę i kurzajki. I cycki, jako jedna z pierwszych, a wtedy cycki to był powód do wstydu. Przynajmniej u Danki. Strasznie jej się na wuefie bujały. I taka wylękniona była, zahukana, małomówna.
Ale któregoś dnia, może dlatego, że mama mi coś powiedziała, bo pamiętam kawałek rozmowy, pomyślałam sobie, że jak to. Że przecież Danka nic nikomu nie zrobiła. No i wiedziałam, jak to jest, kiedy wszyscy ci dokuczają. I chociaż chyba obawiałam się trochę, że się od tego zarażę Danką, podeszłam do niej na przerwie na korytarzu i zagadałam. Nie pamiętam o co, może po prostu powiedziałam „cześć”, może zapytałam, czy coś było zadane – chodziło o to, żeby zrobić to normalnie, po ludzku. Jezu, jak się Danka uśmiechnęła. Jakby jej ktoś żarówkę w środku włączył. A mnie zrobiło się bardzo, bardzo wstyd. Za wszystkich. Za siebie.

« wtewewte »