z dzieciństwa


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode, łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

z dzieciństwa


Kiedy starsza z moich młodszych sióstr była jeszcze bardzo malutka, zwykle bawiłam się sama – nie miałam kolegów ani koleżanek z podwórka, bo mieszkaliśmy na uboczu w domu z ogrodem, nie chodziłam do przedszkola, a Iwasz przyjeżdżał tylko od czasu do czasu.
Stwarzałam sobie w wyobraźni światy nie mniej realne niż ten prawdziwy i pozwalałam, żeby się z nim przenikały. Odróżniałam wymyślone od prawdziwego, oczywiście – ale tylko w razie potrzeby.

Któregoś dnia, w upalne letnie popołudnie, postanowiłam, że pobawię się w śpiącą królewnę – położę się na leżaku, zamknę oczy i będę udawała, że śpię, a potem przyjdzie książę, obudzi mnie i wreszcie będę mogła bawić się z kimś, a nie sama.
Leżenie okazało się strasznie nudne. Jedyną ciekawą rzeczą był czerwonopomarańczowy kolor moich prześwietlanych słońcem powiek. Minęło dziesięć, może piętnaście minut, nikt nie przyszedł. Uznałam, że albo źle udaję, albo to jakaś bujda z tym księciem, i otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że natychmiast zapomniałam o swojej głupiej zabawie. Świat stał się niebieski.

z dzieciństwa


brzuch

z dzieciństwa


Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.

lalusia1 lalusia2 lalusia3

Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!

z dzieciństwa


W p-skim kościele nawet latem było chłodno. W przedsionku pachniało kamieniem, panował półmrok. W słoneczne dni po wejściu na chwilę się ślepło. Kropielnicę wypełniała mętna zielonkawa woda. Rodzice zanurzali w niej palce i żegnali się. Ja robiłam to samo, tylko że lewą ręką, bo jestem leworęczna. Kiedy zwracali mi uwagę, mówiłam, że Bozi jest chyba wszystko jedno. Woda święcona dziwnie pachniała, nie lubiłam, kiedy ściekała mi po czole. Długo byłam przekonana, że tym właśnie różni się od zwykłej wody, że jest zielonkawa, mętna i dziwnie pachnie.

z dzieciństwa


Jeszcze przed narodzinami młodszej z moich młodszych sióstr Panna To, Iwasz i ja zostaliśmy wysłani na kolonie letnie do ośrodka rehabilitacyjnego Instytutu w S. Na koloniach były dziwne dzieci, od których dowiedzieliśmy się, co to jest striptiz i gra w butelkę, nauczyliśmy się piosenki o Hendryku rozbójniku* i złapaliśmy wszy. Po kilku latach Mamrot uświadomiła mi, że były to specjalne kolonie dla dzieci z rodzin patologicznych, a nas upchnęła tam po znajomości babcia Ka, żebyśmy pooddychali zdrowym wiejskim powietrzem.

W naszym domku mieszkał między innymi taki jeden Artur. Nazywaliśmy go Kwadratową Mordą, bo miał długie włosy z równą jak od linijki grzywką. Któregoś wieczora, kiedy już byliśmy w łóżkach, przyszedł do naszego pokoju i zaczął tańczyć. Tańczył odwrócony do mnie plecami i nagle szarpnął gumkę swoich spodni od piżamy i na chwilę pokazał goły tyłek.

– Wiesz co? – powiedział po jego wyjściu Iwasz, wówczas dziewięcioletni. – On cię chyba kocha.
– No co ty! – zdenerwowałam się, bo nie lubiliśmy Artura i sugestię Iwasza odebrałam jako niemal obraźliwą.
– Naprawdę – obstawał przy swoim Iwasz. – Ja goły tyłek pokazałbym tylko kobiecie, którą bym kochał.

* Tekst tej piosenki ma wiele różnych wersji, patrz np. dyskusja tutaj. My poznaliśmy wtedy którąś z tych dłuższych.

z dzieciństwa


Ochrzczono mnie w obrządku rzymskokatolickim dwa tygodnie przed trzecimi urodzinami. Nawet to pamiętam. Miałam na sobie białe ogrodniczki, ksiądz nalał mi za kołnierz zimnej wody ze szklanego dzbanka przypominającego ten, w którym babcia Ka robiła w tamtych czasach herbatę, a potem wytarł moją szyję drapiącą ścierką. Były też inne dzieci, któreś z nich chyba płakało.

Jestem niewierząca. Dzisiaj wystąpiłam z Kościoła.
Pojechałam do P-na z Marcinem i S (świadkami), złożyliśmy podpisy na przygotowanym przeze mnie oświadczeniu, xDarek (tak podpisuje się w mejlach) przystawił pieczątkę. Oświadczenie zostanie wysłane do kurii, a kuria poleci proboszczowi parafii, w której mnie ochrzczono, żeby w księdze chrztów umieścił stosowny wpis.

Apostazja wiąże się z ekskomuniką latae sententiae – obowiązującą na mocy samego prawa i następującą automatycznie po czynie (w przeciwieństwie do ekskomuniki ferendae sententiae, która musi zostać ogłoszona przez odpowiedniego urzędnika kościelnego). Wystąpienie z Kościoła Kościół karze wyrzuceniem z Kościoła.

« wte