nauki przyrodnicze


Straszne sceny z życia owadów.
Poleca się także Kocimiętkę 1.
(Wariacje Goldbergowskie gra Kimiko Ishizaka.)

nauki przyrodnicze


W puszce z makiem. Po większe prosz klikać.

nauki przyrodnicze


nauki przyrodnicze


– Po co ten kapelusz?
– Żeby ludzie wrzucali do niego pieniądze – powiedziała mama, kładąc kapelusz na bruku.
A potem, ku mojemu zdumieniu, wyłowiła z kieszeni swojej długiej kwiecistej spódnicy kilka monet i wrzuciła je do środka.
– Czemu tak robisz?
– Na zachętę. Jak zobaczą, że ktoś już wrzucił, to chętniej wrzucą sami.
– Ale to nie ktoś. To ty. Oszukujesz.
– Nikt się o tym nie dowie.

Musiały być wczesne lata osiemdziesiąte, bo byłam jeszcze bardzo mała, miałam cztery, może pięć lat. Późna wiosna albo początek lata, zalana słońcem starówka i my, na rynku, w wąskim cieniu pod rzędem bordowych kamienic.
– Gotowy? – zapytał Paweł albo mój ojciec, unosząc flet do ust.
– Gotowy – powiedział Paweł albo mój ojciec.
Nasi ojcowie byli klonami. Odróżniałam ich po tym, że Paweł miał złamany nos i pieprzyk nad górną wargą, a mój, tak jak ja, nie wymawiał „r”.
– Raz, dwa, trzy – powiedział jeden z nich, a potem obaj wzięli głęboki wdech i zaczęli grać.

Pierwsze takty do dziś potrafię na zawołanie odtworzyć w pamięci. Ojciec musiał lubić ten utwór, bo często grał go też sam, w domu, albo nucił pod nosem. Tylko że „pam pam pam, para ram pam pam” nic wam nie powie. Wydaje mi się, że wzięli to z pierwszej części V koncertu brandenburskiego, ale mogę się mylić.
„To taki żart muzyczny”, mawiał ojciec. „Partia klawesynu na dwóch fletach, Paweł gra prawą rękę, a ja lewą”. Albo na odwrót, co do tego też nie mam pewności.

Oni grali, a ja tańczyłam, z mamą. Chciałam pomóc. Tańczyłyśmy pięknie. Trzymałyśmy się za ręce i kręciłyśmy się, w koło i w koło, jej kolorowa spódnica i moja jasnobłękitna sukienka wirowały jak karuzele. Mama pachniała czymś dusznym i słodkim, jak to pudełko z ozdobami, do którego czasem pozwalała mi zaglądać – to, w którym trzymała moją szpitalną bransoletkę i poczerniały skamieniały pępek – podskakiwały jej kolczyki z piórek, lśniły szklane koraliki.
Potem niebo nagle pociemniało i zawiał chłodny wiatr. Mama była taka piękna, taka wesoła. Bałam się, że coś jej się stanie. Pierwsze krople deszczu poznaczyły moją sukienkę ciemniejszymi plamkami, jak wtedy.

Tańczyłam w ogrodzie z parasolką. Kręciłam się w koło i w koło, powietrze pachniało mokrymi liśćmi. Deszcz przybierał na sile, coraz bardziej wiało. Zrobiło się ciemno jak w nocy albo prawie. A później rozległ się huk, tak potworny, jakby tuż nade mną pękło niebo, i w tym samym ułamku sekundy zobaczyłam przed sobą, na wyciągnięcie ręki, szeroką skwierczącą wstęgę oślepiająco białego światła.

Na rynku zapachniało mokrymi płytami chodnikowymi, brzęknęły kolejne wrzucane do kapelusza monety, mama uśmiechnęła się do mnie wesoło.
– Oszukujesz – powiedziałam.
– Nikt się nie dowie.

_
Autorką zdjęcia jest Agnieszka Kamińska.

nauki przyrodnicze


Pierwszy scyzoryk dostałam od Lochy, przywiozła mi go prosto ze Szwajcarii, gdzie zderzała cząstki w CERN-ie, może na siódme urodziny, nie pamiętam, może na ósme, razem z kilkoma tabliczkami luksusowej czekolady, które matka od razu schowała do szafy. To był victorinox, czerwony, klasyczny, dwa ostrza, dwa otwieracze, bez korkociągu. Jeszcze ze starym logo, tym w kształcie rycerskiej tarczy.

Nie miałam wtedy zbyt wielu rzeczy; scyzoryk stał się największym z moich skarbów. Większym niż zestaw klocków Lego ze średniowiecznym zamkiem, zestaw klocków Lego ze statkiem piratów i biały volkswagen garbus z karoserią wymalowaną w płomienie – mój jedyny matchbox i w ogóle jedyny samochodzik. Bo scyzoryk to było coś więcej, jakiś rodzaj uznania, pasowania, może nie na osobę dorosłą, ale już dużą, a w każdym razie wystarczająco dużą, żeby mieć własne ostre narzędzie.

Nosiłam go zawsze przy sobie. Zastrugałam nim mnóstwo patyków na strzały, nauczyłam się otwierać konserwy, wywierciłam w biurku dziurę na wylot, trochę się pokaleczyłam. Patrzyłam, jak wzdłuż cięć krew pęcznieje w lśniące koraliki, potem obserwowałam, jak ciało zamyka się i zrasta, a spod zdrapanych strupków wyzierają gładkie białe blizny. Ostrza czyściłam, wbijając je w ziemię. Czerwony plastik polerowałam rękawem. Do dziś pamiętam, gdzie była ta odciśnięta przez jakieś ziarnko piasku okropna mała dziurka.

Potem mi się zgubił, gdzieś przy szałasie. Miałam taką granatowo-czerwoną kurtkę z trochę zbyt płytkimi kieszeniami, musiał wypaść przy uszczelnianiu dachu albo kopaniu pułapek. Była jesień, wszędzie pełno suchych liści, nie udało mi się go znaleźć. Byłam zrozpaczona. Szukałam go codziennie. Potem coraz rzadziej, z coraz słabszą nadzieją. Może to nieprawda, ale dziś wydaje mi się, że nie powiedziałam o tym dorosłym. Bo bałam się znów usłyszeć „Dać wam coś, to zepsujecie albo zgubicie”. Bo wiedziałam, że nie dostanę nowego.

Minął mniej więcej rok. Z przyzwyczajenia rozgarnęłam liście przy szałasie i nagle zobaczyłam coś czerwonego. I to był on, mój scyzoryk, znalazł się, tak o, po prostu. Otrzepałam go, otworzyłam duże ostrze i wbiłam je w ziemię. Weszło ze zgrzytem, wyszło gładko, gładziutko, odbiło się w nim niebo, płaskie, twarde i lśniące.

Podniosłam głowę, spojrzałam na drzewa i chmury. Spojrzałam na scyzoryk, na trzymającą go dłoń i na pieprzyk, po którym poznawałam, że to lewa. Była dziwna, obca, jakbym jej nigdy wcześniej nie widziała.

Czy ja to ja? odezwał się głos w mojej głowie. Czy na pewno? A jeśli tak, to dlaczego?

nauki przyrodnicze


Poleca się czteroodcinkowy tekst o owadach w dwutygodnik.com

Owadzi seks
Obrzydliwość
Zowadzenie
Koniec

(Owady z Beskidu Sądeckiego, lipiec 2019).

nauki przyrodnicze


nauki przyrodnicze


nauki przyrodnicze


– Ojej, utopił się. Patrz, jaki piękny.
– To mól. Nie jest mi przykro.

nauki przyrodnicze


Więcej (ale niedużo) tu.

nauki przyrodnicze


Zdjęcia dziwnych warzyw (i owoców) zbieram od dłuższego czasu. Do niedawna można je było oglądać tylko na facebooku, teraz są także w galerii. Svp – dziwne warzywa.

wewte »