Plastikowe wymię z krwią. Grupa A, oddał BigBam. 1300 zł za jednostkę, uberem z Konstancina. Przewód w misce z ciepłą wodą. Łapka musi być wyprostowana. Nie może kapać szybciej niż co dwie sekundy.
Więc trzymam za łapkę, patrzę na krople i liczę. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy. Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy.
nic nie je, apatia transporter – przychodnia dwa kilo siedemset (o matko, jak schudła) wysoka gorączka strzykawka i wlewnik przedłużacz i pompa kroplówka (pięć godzin) Tolfine, Actionis
nad ranem krzyczała Tolfine podskórnie (ja sama podałam) transporter – przychodnia w rozmazie blasty wysoka anemia trzydzieści pięć stopni test wyszedł dodatni kroplówka (pięć godzin) Bupredine, Actionis Optylite, Biotraxon Prevomax, Peritol Nutribound i inne
krzyczała nad ranem myślałam, że umrze Bupredine doustnie transporter – przychodnia sterydy, Aranesp pięć godzin kroplówka
widoczna poprawa apetyt obecny przytula się, mruczy chód chwiejny (po lekach?) transporter – przychodnia pięć godzin, kroplówka
24 lutego w W-wie była bardzo ładna pogoda, już prawie wiosenna, jak to zimą w czasach katastrofy klimatycznej. Wstałam wcześnie, bo o 9.30 miałam być w Instytucie. Na rowerze to mniej więcej godzina drogi. Było naprawdę przyjemnie. Świeciło słońce, akurat ustały orkany, oswoiłam się z tym, że ojciec umarł od picia, piąta fala pandemii powoli zaczynała opadać, choć w zamian pojawiła się, co prawda, wścieklizna. Przed wejściem na izbę przyjęć stał pomarańczowy namiot, w koszu na śmieci migotała folia NRC. Wiadomości sprawdziłam pod gabinetem. Zaczęło się, pisali.
Tydzień przed Wielkanocą zaczynała gotować. Klęczała na podłodze w kuchni i ciężko dysząc, ubijała mięso na kotlety. „Już nie mogę, nie mogę”, mówiła. Siedziała zgarbiona na taborecie i ze świstem wypuszczając powietrze przez ściągnięte wargi, ucierała ciasto na sernik w trzymanej między kolanami wielkiej makutrze. Starta prawie do trzonka drewniana pałka terkotała po kamionkowych rowkach. – Droga przez mękę – mamrotała teatralnym szeptem, odgarniając wierzchem dłoni zmierzwione białe włosy z pobrużdżonego tysiącem zmarszczek czoła. – Ja już nie mam siły. Kiedy to się skończy? – Pomóc ci? – pytałam. – Nie będziesz umiała. Zbierała pianę z rosołu raz, drugi, trzeci, siódmy, bo wszystko musiała robić co najmniej siedem lub dziewięć razy albo siedem lub dziewięć razy razy n, gdzie n jest liczbą nieparzystą, a najlepiej dwadzieścia siedem razy (choć nie rozumiałam, jak można tak lubić liczbę, która nie jest pierwsza). Inaczej byłoby gorzej niż położyć chleb na grzbiecie, przejść pod rozkraką, nie splunąć przez ramię za kotem. – To się nazywa szumowanie – wyjaśniała takim tonem, jakby wypowiadanie tego słowa sprawiało jej perwersyjną przyjemność. – Szumujemy, szumujemy. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… Zbieramy szum. Wkładała kawał mięsa do poobijanego płytkiego garnka – „szponder”, mówiła, „sztukamięs”, „sztukamięs w auszpiku”, mówiłam ja – i godzinami dusiła, polewając tłuszczem, który zbierał się na dnie. Pieczołowicie omotywała kilometrami nitki zrazy zawijane – „myszy”, mówiła – a potem co chwila chodziła przewracać je na patelni. Nie zdążyła nawet porządnie zaciągnąć się papierosem – „Ale ja się nie zaciągam”, mówiła – a już zostawiała go z pogniecionym rozmiękłym filtrem w przepełnionej popielniczce w dużym pokoju i przerwawszy w pół linijki wyprowadzanie niekończących się wzorów, szła do kuchni, gdzie miała drugą przepełnioną popielniczkę z drugim tlącym się na stosie niedopałków papierosem. Zapach smażonego mięsa mieszał się z mentolowym dymem i swądem nadpalonych wilgotnych od śliny filtrów. Potem godzinami te nitki odwijała. – Oj nie lubisz ty tego – wzdychała, krzywiła się, syczała. – Nie lubisz. – Pomóc ci? – pytałam. – Nie będziesz umiała. To taka ofiarka dla Chrystuska, jak mawiała babcia Kazia. Ofiarka dla Chrystuska – powtarzała, z tą samą niepokojącą satysfakcją, z jaką wymawiała słowa „szumujemy”, „szponder” i „sztukamięs”.
Útburðarvæl. „W Islandii – mówi w rozmowie z Adamem Pluszką Jacek Godek, tłumacz Lindy Vilhjálmsdóttir – jeszcze długo po konwersji na chrześcijaństwo panował zwyczaj, że niechciane dzieci wynosiło się z domu i zostawiało na zimnie”. Útburðarvæl to płacz takiego dziecka.