polityka


Wczoraj skończyłam 40 lat. „Ło, niezłe osiągnięcie ‒ powiedziała mi koleżanka z pracy ‒ tyle przeżyć”. To było dość ciekawe 40 lat, więc też uważam to za osiągnięcie.

I nie jest to jedyny mój sukces. Mam 40 lat i udało mi się ani razu nie zajść w ciążę. Mieszkam w Polsce, więc uważam to za osiągnięcie.

Chyba nigdy nie chciałam być dziewczynką, a potem kobietą.
Szybko zauważyłam, że dziewczynki i kobiety traktuje się z pogardą. Mój własny ojciec przeważnie wyrażał się o kobietach z pogardą. Koledzy ze szkoły wyrażali się o dziewczynkach z pogardą. W książkach pisano o dziewczynkach, dziewczynach i kobietach z pogardą. I tak dalej.
Poza tym odkąd pamiętam, czułam się raczej chłopcem, choć też nie do końca. Najchętniej po prostu nie miałabym płci, ale wtedy nie umiałam tego precyzyjnie nazwać. Były lata 80. i nie było na to słowa.

I z tego, ale także z wielu innych powodów, których lista z czasem tylko się wydłuża, nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nigdy. Bo byłoby to absolutnym zaprzeczeniem nie tylko moich poglądów i przekonań, ale także tego, kim jestem.

Wiedziałam, jak to zrobić. Matka z odpowiednim wyprzedzeniem wszystko mi wyjaśniła. W ogóle dość dużo wiedziałam. Załapałam się nawet na zajęcia z edukatorkami seksualnymi ‒ i w podstawówce, i w liceum.
Ale też zewsząd sączyła się ta druga opowieść. Ta o „życiu poczętym”, o naturalnym planowaniu rodziny i o aborcji, która jest jeśli nie „morderstwem”, to „dramatyczną decyzją” lub, w najlepszym razie, „bardzo trudnym doświadczeniem”.
Była też taka opowieść w rodzinie, jeszcze sprzed 1993 roku. O wcześnie przeprowadzonej aborcji, do której zachęciła ginekolożka („Młoda jesteś, po co ci kłopot”), o księdzu, który w ramach pokuty kazał się z tego przez dziewięć miesięcy ciągle od nowa spowiadać, i o wyrzutach sumienia, które nie przestaną dręczyć już nigdy.
Mój ojciec i moja matka ‒ choć chyba nigdy nie byli zwolennikami zakazu, a w każdym razie nie są nimi teraz ‒ są katolikami i zawsze podkreślali, że osobiście uważają aborcję za coś złego.
Do dziś też pamiętam, jak moja ciotka, sejmowa prawniczka, przyniosła kiedyś z pracy mały plastikowy embrion w przezroczystym plastikowym jaju wyłożonym watą. Ktoś tam takie rozdawał, najwyraźniej w ramach argumentu w dyskusji. Dorośli trochę się pośmiali, a potem dali nam tę makabryczną laleczkę do zabawy. (Pierwsze, cośmy z siostrą zrobiły, to wyjęłyśmy ją z tego jaja).

Parę razy w życiu nie byłam pewna, czy antykoncepcja zadziałała. To było naprawdę straszne uczucie. Zwłaszcza w czasach, kiedy miałam bardzo mało własnych pieniędzy i przemocowego partnera, na którego właściwie w żadnej sprawie nie mogłam liczyć. Ale jest straszne i teraz, kiedy mam wspierającego męża i pieniądze, i stosowne informacje, adresy i telefony na wyciągnięcie ręki. Jest straszne ze względu na to, co i jak mówi się o aborcji i o osobach, które ją robią. Jest straszne, bo kiedy zachodzisz w niechcianą ciążę, nagle trafiasz w jakąś podrzeczywistość, jakiś mroczny nielegalny podświat*.
I wiem, że nie przeżywałabym tego w kraju, gdzie aborcja jest zwykłym, dostępnym bez zbędnych pytań i ograniczeń zabiegiem, na który można sobie po prostu pójść do kliniki po drugiej stronie ulicy.

To było dość ciekawe 40 lat, więc potrzebowałam sporo czasu, żeby dojść ze sobą do ładu. Myślę jednak, że poszłoby mi szybciej i byłabym ogólnie szczęśliwsza, gdybym żyła w kraju, w którym nie gardzi się kobietami i osobami o orientacjach i tożsamościach innych niż standardowe.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jestem w bardzo dobrej sytuacji. Nie chcę mieć dzieci, mam dostęp do ginekologa i antykoncepcji, chociaż życzyłabym sobie tańszego i łatwiejszego, wiem, mniej więcej, jak bezpiecznie pozbyć się ciąży, gdyby ta antykoncepcja zawiodła, i stać mnie na to, żeby to zrobić.
Tak, to niesympatyczne, że władze mojego kraju nie uważają mnie za człowieka ‒ ale stać mnie, żeby sobie za to człowieczeństwo zapłacić.
Tak, to niesympatyczne, że trzeba za to płacić. Ale w gruncie rzeczy jestem w bardzo dobrej sytuacji. Ot, po prostu od czasu do czasu przeżywam paraliżujący strach.

Ale co mają powiedzieć te osoby, których nie stać? Albo te, których nikt nie wspiera? Albo te, które zamiast wsparcia doświadczają przemocy?

Albo te, które właśnie chcą mieć dzieci?

_____
* Mocny tekst o tej podrzeczywistości napisała kiedyś Marta Syrwid: Polki jadą po aborcję na Słowację.

Na zdjęciu ja, moja matka i wspomniana wyżej ciocia prawniczka, rok chyba 1982.

polityka


Wizyta w innym wymiarze w ramach odreagowywania wkurwu.
Nolite te bastardes carborundorum.

polityka


Nowe zwierzątko do kompletu.
Poprzednie tu i tu.

jedność

polityka


Na początku kwietnia zamknęli lasy, parki i place zabaw i zabronili już w zasadzie wszystkiego. Poza tym, co konieczne dla zaspokojenia niezbędnych życiowych potrzeb. Co jest niezbędną życiową potrzebą? W praktyce decyduje o tym policja. Na przykład, jak się okazało, zakup piwa na kaca taką potrzebą nie jest.
Status spacerów (innych niż z psem), biegania i rekreacyjnej jazdy na rowerze przez dłuższy czas był niejasny. Nie wolno? Wolno, byle nie po parku / lesie? Jak wykazać życiową niezbędność spaceru? Dziewczyna naszej przyjaciółki na wszelki wypadek poprosiła psychiatrę o zaświadczenie, że bieganie jest konieczne dla jej zdrowia.
Wyjścia do lekarza są dozwolone. Ale czy można jechać do lekarza na rowerze? Co jeśli policjanci uznają to za zbędną rekreację? W Olsztynie pobili jadącą do pracy rowerzystkę. Z myślą o zbliżającej się wizycie kontrolnej w Instytucie zgrywam sobie na telefon skan zaświadczenia od doktora G. Nie uważam, że policja powinna wiedzieć, na co się leczę, ale mój rower jest wyzywająco kolorowy, a trasa, którą jeżdżę do Instytutu, ma prawie 20 kilometrów i prowadzi między innymi wzdłuż zamkniętych bulwarów nad Wisłą.

Za niedostosowanie się do rozporządzeń można dostać do 500 złotych mandatu i do 30 tysięcy złotych kary od Sanepidu. Rzecznik praw obywatelskich zwraca uwagę, że zakazy wprowadzone w związku z epidemią są niekonstytucyjne.
Inaczej siedzi się w domu, kiedy jest to własna, podyktowana poczuciem odpowiedzialności decyzja – inaczej, kiedy bezprawnie zabraniają wychodzić.
I jeszcze inaczej, kiedy sami demonstracyjnie łamią zakazy. 10 i 11 kwietnia Kaczyński i jego świta składają wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy w Smoleńsku, nie zachowując zasad bezpieczeństwa, i odwiedzają kilka zamkniętych z powodu epidemii cmentarzy.

Wciąż nie potrafię przestać czytać wiadomości. Lekarze i pielęgniarki mówią o dramatycznej sytuacji w szpitalach i proszą o pomoc. Rząd bije im brawo. Ludzie po domach szyją dla nich maseczki i drukują przyłbice na drukarkach 3D. Bogacze, którzy nie płacili podatków, łaskawie dają po milionie czy dwóch. W sejmie trwają coraz absurdalniejsze rozmowy o majowych wyborach. Skutki nadchodzącego kryzysu gospodarczego odczuwają hodowcy kwiatów, czytam w połowie miesiąca w „Wyborczej”. W Holandii w ciągu ostatniego miesiąca zniszczonych zostało 140 mln kwiatów – pisze „New York Times”.

Potem do sejmu wracają zakazujący aborcji projekt Kai Godek i projekt „Stop pedofilii”, który – surprise, surprise – wcale nie zajmuje się Kościołem. W jednym oknie wystawiam parasolkę, w drugim wywieszam prowizoryczny plakat z napisem STRAJK KOBIET. Wysyłam jakieś mejle, podpisuję jakieś petycje, publikuję jakieś posty i czuję się bezsilna.
Razem z tymi dwoma do prac w komisjach przechodzą także projekt o zmianach w prawie łowieckim i antysemicki „Stop 447”.

Nie prowadzę pamiętnika epidemii. Czasem tylko zapisuję jakieś liczby w zeszycie. To nie miałoby sensu, nie potrafię złapać perspektywy. Jakby wszystko się jakoś skurczyło.

16 kwietnia wieczorem dostaję esemesa z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa: „Od dziś obowiązuje nakaz zasłaniania ust i nosa. Przy wychodzeniu z domu zakryj te części twarzy. Więcej: https://www.gov.pl/web/koronawirus/zaslon-usta-i-nos”.
Trzy dni później przychodzi kolejny esemes: „Uwaga! Od 20.04 otwarte parki i lasy, więcej osób może być w sklepach”.
Najpierw oddycham z ulgą. Będzie można pójść pobiegać, nie układając sobie w myśli argumentacji dotyczącej niezbędnych potrzeb. Nie będzie trzeba opowiadać się policjantom z choroby.
Potem uważniej przyglądam się linkowi na końcu wiadomości.
„Informacje nt. nowych zasad: https://www.gov.pl/web/koronawirus/nowa-normalnosc-etapy”.

policja

25 kwietnia, 22.00, zarażonych na świecie 2 902 708, w Polsce 11 237, zmarłych na świecie 202 179, w Polsce 524.

(Powyżej zrzut z kamerki, powrót z Instytutu do domu).


Ku pamięci – Michał Bachowski rozmawia z Jarosławem Lipszycem: Co będzie dalej?, „Noizz”, 20 kwietnia 2020.

polityka


W pobliskim urzędzie pocztowym do bogatego asortymentu wystawionych na sprzedaż rzeczy do niczego niepotrzebnych i najbrzydszych na świecie doszły jakiś czas temu książki o tematyce, jak można wnosić po tytułach i okładkach, patriotyczno-historycznej. Do przepisów siostry Anastazji i wspomnień śmiertelnie chorych księży dołączyli rozmaici husarze i żołnierze wyklęci. Dziś w okienku numer 1 w oczy szczególnie rzucał się Dotyk Katynia. Czarna sylwetka mężczyzny w czapce z daszkiem, w kark wbija się trzymany przez czarną rękę pistolet, czerwone tło, duże beżowe litery. No dobra, 356, oczekujących 12.
Do okienka podchodzi jakiś mężczyzna.
– Dzień dobry, ja po pfesyłkę.
Pani z poczty idzie na zaplecze.
– I co, i co? – pyta niecierpliwie dziewczynka w wieku na oko późnoprzedszkolnym. – Mas jus psesyłke?
– Ale ty nie fepleń, ja cię bardzo profę – strofuje ją mężczyzna. – Mówi się „pfesyłkę”, a nie „psesyłke”.
– Pfesyłkę. A co on mu robi? – Dziewczynka dotyka palcem okładki Dotyku Katynia. – Scela go?
– Tak, fcela go.
– A cemu?
– Bo tak.

polityka


„Nie nazywam się Freda, mam inne imię, którego nikt teraz nie używa, ponieważ jest zakazane. Mówię sobie, że to nie ma znaczenia, że imię jest jak numer telefonu, przydatne tylko dla innych, ale to nieprawda, imię jest ważne”*.

O co chodzi z tymi imionami, można zrozumieć dość szybko. Kiedy zrozumiałam, na chwilę podniosłam wzrok znad kindla. Ja pierdolę – pomyślałam, patrząc przez okno pociągu, bo jechaliśmy akurat do rodziców Adama – jakie to upokarzające. Zabierają ci imię i w zamian nie dają nawet numeru. Dostajesz nazwę, która znaczy tyle co „własność Freda”.
A zaraz potem pomyślałam, że przecież.

*

Asia, żona mojego brata, ma podwójne nazwisko. Swoje, dywiz, męża. Często się zdarza, że ludzie nazywają ją tylko tym drugim. Może dlatego, że to pierwsze jest dość trudne, a to drugie dość rozpoznawalne. A może dlatego, że przeważnie drugi człon podwójnego nazwiska to nazwisko po mężu (może, bo nie wiem, czy tak jest).
Raz takiego skrótu dokonała pani na poczcie, wypełniając jakiś formularz. Kiedy Asia zwróciła jej uwagę, usłyszała dobroduszne: „Pff, proszę pani, komu by się chciało tyle pisać. Niech się pani przyzwyczai”.

*

Kiedy wzięliśmy ślub, zostaliśmy każde przy swoim nazwisku. (Zdecydowaliśmy też, że nasze dzieci będą miały nazwisko podwójne: moje, dywiz, Adama, I―cz-Plu. Dzieci nie planujemy, ale koty wyglądają na zadowolone). Po ślubie nie zmienialiśmy dokumentów, adresów mejlowych, nazw kont na fejsie, a krewnych i znajomych na wszelki wypadek poinformowaliśmy, że nie zmieniliśmy nazwisk.

A jednak, choć minęło już parę lat i można by pomyśleć, że wszyscy się przyzwyczaili, od czasu do czasu tej lub owemu zdarzy się nazwać nas zbiorczo nazwiskiem Adama. Plu―owie to, Plu―owie tamto, koty Plu―ów.
Kiedy się ich poprawi, niektórzy reflektują się i przestają. Ale inni reagują chichotem albo machnięciem ręki. Albo mówią „Ale bo Plu to takie ładne nazwisko, takie pluszowe, mogę?” (Aniu, nie, jednak nie) albo „No wiem, ja tylko tak skrótowo”. Są też tacy, co nazywają nas Plu―ami nawet wtedy, kiedy już zwróciło się im uwagę. I w większości są to osoby naprawdę fajne i miłe. Ludzie, których lubimy, cenimy, uważamy za otwartych i tak dalej.
A jednak nie szanują mojej decyzji w nie tak błahej przecież sprawie.

*

Cieszę się, że Adam jest moim mężem. Jego nazwisko bardzo mi się podoba, zresztą zwykle właśnie po nazwisku do niego mówię.
Ale ja nie nazywam się Plu.



_

* W oryginale: My name isn’t Offred, I have another name, which nobody uses now because it’s forbidden. I tell myself it doesn’t matter, your name is like your telephone number, useful only to others; but what I tell myself is wrong, it does matter.

W znajdującym się na końcu książki komentarzu można przeczytać: „Nasza autorka musiała być jedną z wielu ofiar [tego reżimu] i należy ją widzieć w szerokim kontekście historycznym. Cóż więcej o niej wiemy, poza znajomością jej wieku, pewnej charakterystyki fizycznej, która zresztą mogłaby się odnosić do każdego, i miejsca zamieszkania? Niewiele. […] Nie uważała za stosowne podać nam swego prawdziwego imienia, ale rzeczywiście wszelkie oficjalne dokumenty musiałyby i tak zostać zniszczone z chwilą jej znalezienia się w Centrum Reedukacyjnym Racheli i Lei. Takie imiona, jak „Freda”, „Glena” czy „Warrena” nie wyjaśniają niczego – stanowią jedynie drugi przypadek imienia mężczyzny, do którego dziewczyna w danym momencie należała. Podręczne przybierały te imiona w chwili znalezienia się w domu swego Komendanta i porzucały z chwilą opuszczenia tego domu”.
(Margaret Atwood, Opowieść podręcznej, oba fragmenty w przekładzie Zofii Uhrynowskiej-Hanasz)

polityka


Śniło mi się dzisiaj, że byliśmy w jakiejś knajpie. O siódmej wieczorem barmanka zaczęła uciszać gości. Dobranocka, dobranocka! Włączyła telewizor, a w telewizorze po reklamach wyświetliła się plansza: NA DOBRANOCKĘ ZAPRASZAJĄ TVP I KONKORDAT.

polityka


Tym razem głównie to, co na zewnątrz.

IMG_9155

IMG_9185

polityka


W latach osiemdziesiątych starsza z moich młodszych sióstr i ja byłyśmy małe i jeszcze tylko dwie. Układało nam się rozmaicie, przeważnie nie najlepiej (przeważnie z mojej winy), ale słodycze dzieliłyśmy po równo. Czy dostałyśmy od Dorosłych kukułki, czy krówki, czy wyblakłe groszki – zawsze mozolnie rozkładałyśmy je na dwie równe kupki.
Któregoś razu zobaczyli to rodzice i chyba im się nie spodobało.
– Po równo? To komunizm.

Zmartwiłyśmy się. Wiedziałyśmy, że komunizm jest zły. Rodzice z nim walczyli. Mieli kalendarz z Wałęsą, chodzili na demonstracje, roznosili jakieś ulotki i nawet kiedyś coś drukowali na strychu, a ja, wtedy mniej więcej czteroletnia, snułam się po domu i mruczałam złowieszczo „Panowie przyjdą”, ale nie przyszli, a potem maszyna się zepsuła.
Z nielegalnych książeczek dla dzieci wyłaniał się ponury obraz. Pryszczaci zomowcy bijący ludzi pasami (autorzy innej książeczki dodawali wprawdzie, że nawet pod twardą zbroją ZOMO puka jakieś serduszko, ale wywoływało to we mnie zbyt poważny moralny niepokój, żebym chciała się nad tym dłużej zastanawiać), smok komuna (w końcówce ostatniej z książeczek zredukowany do niedużego węża w słoiku z datą 1989) i walcząca z nim solidarność, smutasy i ponuraki, zły król Wojcieszko, uszaty kłamczuch w telewizorze, zero zabawy, zero cukierków. No i najprawdopodobniej właśnie przez komunizm świat w czołówce Dziennika Telewizyjnego był smutny i za kratami.

Dlatego kiedy dostałyśmy następny przydział kukułek, krówek czy wyblakłych groszków, wysypałyśmy go na stół, krzyknęłyśmy: „Precz z komunizmem, teraz solidarność! Każdy je, ile chce!”, i rzuciłyśmy się zagarniać każda jak najwięcej dla siebie.
Spodziewałyśmy się pochwały i uznania (nawet się rymowało!), ale rodzice chyba się obrazili. Powiedzieli, że solidarność to co innego, ale kiedy zapytałyśmy co, nie chcieli wytłumaczyć.
No a nam, starszej z moich młodszych sióstr i mnie, cała ta solidarność zwyczajnie się nie spodobała. Za dużo nerwów. I wydawała się po prostu niesprawiedliwa. Wróciłyśmy do komunizmu, ale na wszelki wypadek w tajemnicy.

zomowcy

Il. Piotr Marianowicz, w: Paweł Pożarski, Bajka o Królewnie Śnieżce i 10 mln krasnoludków, Oficyna Wydawnicza RYTM, 1985.

polityka


Znalezione w notatkach. Fragmenty monologu nieznajomej pasażerki tramwaju.

To wasza Polska nie zginęła,
moja już dawno umarła.
Arbeit macht frei
i tak do usranej śmierci.

Rozkłada nogi jedna z drugą,
ze smakiem; prostytutki!

I tam jest wasze serce,
w dupie u Murzyna.
I tam masz serce,
w dupie i w piździe.
Bo to właśnie jest pizza…
…w żopie!

polityka


Więcej tu.

wewte »