polityka


Wizyta w innym wymiarze w ramach odreagowywania wkurwu.
Nolite te bastardes carborundorum.

polityka


Nowe zwierzątko do kompletu.
Poprzednie tu i tu.

jedność

polityka


Wczoraj, kiedy pod koniec dnia pracy w domu porządkowałam ostatnie sprawy przed krótkim urlopem, dowiedziałam się od jednej z szefowych, że jest protest przeciwko aresztowaniu Margot, dokładnie naprzeciwko biura, słychać bębny, krzyki. I potem już nie porządkowałam spraw, tylko oglądałam puszczane na żywo w sieci nagrania z komórek.
To było dziwne, Margot wysuwała do policjantów ręce, żeby ją skuli, policjanci nie reagowali, potem odjechali. A później w tych rozedrganych pionowych kadrach można było zobaczyć gromadę wesołych młodych ludzi, jak przy muzyce puszczanej z komórek idą Tamką na Nowy Świat, żeby zawiesić na pomnikach kolejne tęczowe flagi. I wyglądało to jakoś tak dobrze, jakoś tak wyzwalająco.

Ale na Nowym Świecie czekała już policja. Otoczyli kordonem Kopernika, otoczyli kordonem Jezusa. Jezusa podwójnym, wewnątrz szpaler policjantów, na zewnątrz szpaler suk. I chociaż jestem ateistką i apostatką, to ten kordon wokół Jezusa wydał mi się chyba jeszcze bardziej nienormalny niż tamte barierki odgradzające sejm od obywateli. Co kurwa? Boją się, że Jezus zejdzie z cokołu, żeby uczynić cud i uwolnić Margot z nieoznakowanego radiowozu, do którego tymczasem wpakowali ją nieumundurowani policjanci? W sumie jeśli w dzieciństwie uważnie czytali swoje biblie z obrazkami i mieli takie same jak moja, tego się przecież powinni spodziewać.

Potem przez chwilę znowu było jakoś tak wyzwalająco. Protestujący zaczęli wchodzić na ten samochód, siadać na chodniku dookoła, żeby nie mógł odjechać. Podziwiałam ich. Trzeba odwagi, żeby tak bezpośrednio, własnym ciałem, przeciwstawić się systemowej przemocy.

Policjanci stali kordonem wokół samochodu, w którym siedziała Margot, nic nie robili, nic nie mówili, jakby na coś czekali. Na więcej policjantów, jak się okazało. Zrobiło się granatowo, zrobił się zamęt. Policjanci odciągali ludzi, ktoś krzyczał, potem samochód ruszył, ludzie zaczęli biec, ktoś się przewrócił, na nagraniu słychać było przyspieszony oddech chłopaka kręcącego relację.
Reszty dowiedziałam się już z tekstów w sieci.

Gdyby to państwo działało tak, jak powinno działać państwo, Margot nie uszkodziłaby tej furgonetki, bo taka furgonetka od dawna nie jeździłaby już po ulicach, a jej właściciele i kierowcy odpowiadaliby przed sądem za szerzenie nienawiści.
Jest bardzo źle i to dotyczy nas wszystkich. Nie tylko ze względu na przyzwoitość, która każe stanąć po stronie dyskryminowanych. W kraju, w którym zamiast bronić mniejszości przed nienawiścią, jeszcze się tę nienawiść podsyca i wsadza się do aresztu tych, którzy próbują bronić się przed nią sami, nikt nie jest bezpieczny.

Lista dzisiejszych demonstracji tutaj.

Jezus

polityka


Na początku kwietnia zamknęli lasy, parki i place zabaw i zabronili już w zasadzie wszystkiego. Poza tym, co konieczne dla zaspokojenia niezbędnych życiowych potrzeb. Co jest niezbędną życiową potrzebą? W praktyce decyduje o tym policja. Na przykład, jak się okazało, zakup piwa na kaca taką potrzebą nie jest.
Status spacerów (innych niż z psem), biegania i rekreacyjnej jazdy na rowerze przez dłuższy czas był niejasny. Nie wolno? Wolno, byle nie po parku / lesie? Jak wykazać życiową niezbędność spaceru? Dziewczyna naszej przyjaciółki na wszelki wypadek poprosiła psychiatrę o zaświadczenie, że bieganie jest konieczne dla jej zdrowia.
Wyjścia do lekarza są dozwolone. Ale czy można jechać do lekarza na rowerze? Co jeśli policjanci uznają to za zbędną rekreację? W Olsztynie pobili jadącą do pracy rowerzystkę. Z myślą o zbliżającej się wizycie kontrolnej w Instytucie zgrywam sobie na telefon skan zaświadczenia od doktora G. Nie uważam, że policja powinna wiedzieć, na co się leczę, ale mój rower jest wyzywająco kolorowy, a trasa, którą jeżdżę do Instytutu, ma prawie 20 kilometrów i prowadzi między innymi wzdłuż zamkniętych bulwarów nad Wisłą.

Za niedostosowanie się do rozporządzeń można dostać do 500 złotych mandatu i do 30 tysięcy złotych kary od Sanepidu. Rzecznik praw obywatelskich zwraca uwagę, że zakazy wprowadzone w związku z epidemią są niekonstytucyjne.
Inaczej siedzi się w domu, kiedy jest to własna, podyktowana poczuciem odpowiedzialności decyzja – inaczej, kiedy bezprawnie zabraniają wychodzić.
I jeszcze inaczej, kiedy sami demonstracyjnie łamią zakazy. 10 i 11 kwietnia Kaczyński i jego świta składają wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy w Smoleńsku, nie zachowując zasad bezpieczeństwa, i odwiedzają kilka zamkniętych z powodu epidemii cmentarzy.

Wciąż nie potrafię przestać czytać wiadomości. Lekarze i pielęgniarki mówią o dramatycznej sytuacji w szpitalach i proszą o pomoc. Rząd bije im brawo. Ludzie po domach szyją dla nich maseczki i drukują przyłbice na drukarkach 3D. Bogacze, którzy nie płacili podatków, łaskawie dają po milionie czy dwóch. W sejmie trwają coraz absurdalniejsze rozmowy o majowych wyborach. Skutki nadchodzącego kryzysu gospodarczego odczuwają hodowcy kwiatów, czytam w połowie miesiąca w „Wyborczej”. W Holandii w ciągu ostatniego miesiąca zniszczonych zostało 140 mln kwiatów – pisze „New York Times”.

Potem do sejmu wracają zakazujący aborcji projekt Kai Godek i projekt „Stop pedofilii”, który – surprise, surprise – wcale nie zajmuje się Kościołem. W jednym oknie wystawiam parasolkę, w drugim wywieszam prowizoryczny plakat z napisem STRAJK KOBIET. Wysyłam jakieś mejle, podpisuję jakieś petycje, publikuję jakieś posty i czuję się bezsilna.
Razem z tymi dwoma do prac w komisjach przechodzą także projekt o zmianach w prawie łowieckim i antysemicki „Stop 447”.

Nie prowadzę pamiętnika epidemii. Czasem tylko zapisuję jakieś liczby w zeszycie. To nie miałoby sensu, nie potrafię złapać perspektywy. Jakby wszystko się jakoś skurczyło.

16 kwietnia wieczorem dostaję esemesa z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa: „Od dziś obowiązuje nakaz zasłaniania ust i nosa. Przy wychodzeniu z domu zakryj te części twarzy. Więcej: https://www.gov.pl/web/koronawirus/zaslon-usta-i-nos”.
Trzy dni później przychodzi kolejny esemes: „Uwaga! Od 20.04 otwarte parki i lasy, więcej osób może być w sklepach”.
Najpierw oddycham z ulgą. Będzie można pójść pobiegać, nie układając sobie w myśli argumentacji dotyczącej niezbędnych potrzeb. Nie będzie trzeba opowiadać się policjantom z choroby.
Potem uważniej przyglądam się linkowi na końcu wiadomości.
„Informacje nt. nowych zasad: https://www.gov.pl/web/koronawirus/nowa-normalnosc-etapy”.

policja

25 kwietnia, 22.00, zarażonych na świecie 2 902 708, w Polsce 11 237, zmarłych na świecie 202 179, w Polsce 524.

(Powyżej zrzut z kamerki, powrót z Instytutu do domu).


Ku pamięci – Michał Bachowski rozmawia z Jarosławem Lipszycem: Co będzie dalej?, „Noizz”, 20 kwietnia 2020.

polityka


W pobliskim urzędzie pocztowym do bogatego asortymentu wystawionych na sprzedaż rzeczy do niczego niepotrzebnych i najbrzydszych na świecie doszły jakiś czas temu książki o tematyce, jak można wnosić po tytułach i okładkach, patriotyczno-historycznej. Do przepisów siostry Anastazji i wspomnień śmiertelnie chorych księży dołączyli rozmaici husarze i żołnierze wyklęci. Dziś w okienku numer 1 w oczy szczególnie rzucał się Dotyk Katynia. Czarna sylwetka mężczyzny w czapce z daszkiem, w kark wbija się trzymany przez czarną rękę pistolet, czerwone tło, duże beżowe litery. No dobra, 356, oczekujących 12.
Do okienka podchodzi jakiś mężczyzna.
– Dzień dobry, ja po pfesyłkę.
Pani z poczty idzie na zaplecze.
– I co, i co? – pyta niecierpliwie dziewczynka w wieku na oko późnoprzedszkolnym. – Mas jus psesyłke?
– Ale ty nie fepleń, ja cię bardzo profę – strofuje ją mężczyzna. – Mówi się „pfesyłkę”, a nie „psesyłke”.
– Pfesyłkę. A co on mu robi? – Dziewczynka dotyka palcem okładki Dotyku Katynia. – Scela go?
– Tak, fcela go.
– A cemu?
– Bo tak.

polityka


„Nie nazywam się Freda, mam inne imię, którego nikt teraz nie używa, ponieważ jest zakazane. Mówię sobie, że to nie ma znaczenia, że imię jest jak numer telefonu, przydatne tylko dla innych, ale to nieprawda, imię jest ważne”*.

O co chodzi z tymi imionami, można zrozumieć dość szybko. Kiedy zrozumiałam, na chwilę podniosłam wzrok znad kindla. Ja pierdolę – pomyślałam, patrząc przez okno pociągu, bo jechaliśmy akurat do rodziców Adama – jakie to upokarzające. Zabierają ci imię i w zamian nie dają nawet numeru. Dostajesz nazwę, która znaczy tyle co „własność Freda”.
A zaraz potem pomyślałam, że przecież.

*

Asia, żona mojego brata, ma podwójne nazwisko. Swoje, dywiz, męża. Często się zdarza, że ludzie nazywają ją tylko tym drugim. Może dlatego, że to pierwsze jest dość trudne, a to drugie dość rozpoznawalne. A może dlatego, że przeważnie drugi człon podwójnego nazwiska to nazwisko po mężu (może, bo nie wiem, czy tak jest).
Raz takiego skrótu dokonała pani na poczcie, wypełniając jakiś formularz. Kiedy Asia zwróciła jej uwagę, usłyszała dobroduszne: „Pff, proszę pani, komu by się chciało tyle pisać. Niech się pani przyzwyczai”.

*

Kiedy wzięliśmy ślub, zostaliśmy każde przy swoim nazwisku. (Zdecydowaliśmy też, że nasze dzieci będą miały nazwisko podwójne: moje, dywiz, Adama, I―cz-Plu. Dzieci nie planujemy, ale koty wyglądają na zadowolone). Po ślubie nie zmienialiśmy dokumentów, adresów mejlowych, nazw kont na fejsie, a krewnych i znajomych na wszelki wypadek poinformowaliśmy, że nie zmieniliśmy nazwisk.

A jednak, choć minęło już parę lat i można by pomyśleć, że wszyscy się przyzwyczaili, od czasu do czasu tej lub owemu zdarzy się nazwać nas zbiorczo nazwiskiem Adama. Plu―owie to, Plu―owie tamto, koty Plu―ów.
Kiedy się ich poprawi, niektórzy reflektują się i przestają. Ale inni reagują chichotem albo machnięciem ręki. Albo mówią „Ale bo Plu to takie ładne nazwisko, takie pluszowe, mogę?” (Aniu, nie, jednak nie) albo „No wiem, ja tylko tak skrótowo”. Są też tacy, co nazywają nas Plu―ami nawet wtedy, kiedy już zwróciło się im uwagę. I w większości są to osoby naprawdę fajne i miłe. Ludzie, których lubimy, cenimy, uważamy za otwartych i tak dalej.
A jednak nie szanują mojej decyzji w nie tak błahej przecież sprawie.

*

Cieszę się, że Adam jest moim mężem. Jego nazwisko bardzo mi się podoba, zresztą zwykle właśnie po nazwisku do niego mówię.
Ale ja nie nazywam się Plu.



_

* W oryginale: My name isn’t Offred, I have another name, which nobody uses now because it’s forbidden. I tell myself it doesn’t matter, your name is like your telephone number, useful only to others; but what I tell myself is wrong, it does matter.

W znajdującym się na końcu książki komentarzu można przeczytać: „Nasza autorka musiała być jedną z wielu ofiar [tego reżimu] i należy ją widzieć w szerokim kontekście historycznym. Cóż więcej o niej wiemy, poza znajomością jej wieku, pewnej charakterystyki fizycznej, która zresztą mogłaby się odnosić do każdego, i miejsca zamieszkania? Niewiele. […] Nie uważała za stosowne podać nam swego prawdziwego imienia, ale rzeczywiście wszelkie oficjalne dokumenty musiałyby i tak zostać zniszczone z chwilą jej znalezienia się w Centrum Reedukacyjnym Racheli i Lei. Takie imiona, jak „Freda”, „Glena” czy „Warrena” nie wyjaśniają niczego – stanowią jedynie drugi przypadek imienia mężczyzny, do którego dziewczyna w danym momencie należała. Podręczne przybierały te imiona w chwili znalezienia się w domu swego Komendanta i porzucały z chwilą opuszczenia tego domu”.
(Margaret Atwood, Opowieść podręcznej, oba fragmenty w przekładzie Zofii Uhrynowskiej-Hanasz)

polityka


Za PRL-u moi rodzice roznosili ulotki i chodzili na demonstracje. Po 89. chcieli się włączyć w tworzenie wolnej Polski, tak nam powiedzieli. Ojciec poszedł do MSZ-etu, a mama została radną w P-nie, gdzie mieszkaliśmy. Pamiętam, że jak piaseczyńscy radni zmieniali nazwy ulic, to zaproponowała, żeby ulicę 22 Lipca przemianować na Wedla.
Nie przeszło, zmieniono na Jana Pawła II (chociaż ja zapamiętałam, że na 11 Listopada).

polityka


Śniło mi się dzisiaj, że byliśmy w jakiejś knajpie. O siódmej wieczorem barmanka zaczęła uciszać gości. Dobranocka, dobranocka! Włączyła telewizor, a w telewizorze po reklamach wyświetliła się plansza: NA DOBRANOCKĘ ZAPRASZAJĄ TVP I KONKORDAT.

polityka


Tym razem głównie to, co na zewnątrz.

IMG_9155

IMG_9185

polityka


W latach osiemdziesiątych starsza z moich młodszych sióstr i ja byłyśmy małe i jeszcze tylko dwie. Układało nam się rozmaicie, przeważnie nie najlepiej (przeważnie z mojej winy), ale słodycze dzieliłyśmy po równo. Czy dostałyśmy od Dorosłych kukułki, czy krówki, czy wyblakłe groszki – zawsze mozolnie rozkładałyśmy je na dwie równe kupki.
Któregoś razu zobaczyli to rodzice i chyba im się nie spodobało.
– Po równo? To komunizm.

Zmartwiłyśmy się. Wiedziałyśmy, że komunizm jest zły. Rodzice z nim walczyli. Mieli kalendarz z Wałęsą, chodzili na demonstracje, roznosili jakieś ulotki i nawet kiedyś coś drukowali na strychu, a ja, wtedy mniej więcej czteroletnia, snułam się po domu i mruczałam złowieszczo „Panowie przyjdą”, ale nie przyszli, a potem maszyna się zepsuła.
Z nielegalnych książeczek dla dzieci wyłaniał się ponury obraz. Pryszczaci zomowcy bijący ludzi pasami (autorzy innej książeczki dodawali wprawdzie, że nawet pod twardą zbroją ZOMO puka jakieś serduszko, ale wywoływało to we mnie zbyt poważny moralny niepokój, żebym chciała się nad tym dłużej zastanawiać), smok komuna (w końcówce ostatniej z książeczek zredukowany do niedużego węża w słoiku z datą 1989) i walcząca z nim solidarność, smutasy i ponuraki, zły król Wojcieszko, uszaty kłamczuch w telewizorze, zero zabawy, zero cukierków. No i najprawdopodobniej właśnie przez komunizm świat w czołówce Dziennika Telewizyjnego był smutny i za kratami.

Dlatego kiedy dostałyśmy następny przydział kukułek, krówek czy wyblakłych groszków, wysypałyśmy go na stół, krzyknęłyśmy: „Precz z komunizmem, teraz solidarność! Każdy je, ile chce!”, i rzuciłyśmy się zagarniać każda jak najwięcej dla siebie.
Spodziewałyśmy się pochwały i uznania (nawet się rymowało!), ale rodzice chyba się obrazili. Powiedzieli, że solidarność to co innego, ale kiedy zapytałyśmy co, nie chcieli wytłumaczyć.
No a nam, starszej z moich młodszych sióstr i mnie, cała ta solidarność zwyczajnie się nie spodobała. Za dużo nerwów. I wydawała się po prostu niesprawiedliwa. Wróciłyśmy do komunizmu, ale na wszelki wypadek w tajemnicy.

zomowcy

Il. Piotr Marianowicz, w: Paweł Pożarski, Bajka o Królewnie Śnieżce i 10 mln krasnoludków, Oficyna Wydawnicza RYTM, 1985.

polityka


Znalezione w notatkach. Fragmenty monologu nieznajomej pasażerki tramwaju.

To wasza Polska nie zginęła,
moja już dawno umarła.
Arbeit macht frei
i tak do usranej śmierci.

Rozkłada nogi jedna z drugą,
ze smakiem; prostytutki!

I tam jest wasze serce,
w dupie u Murzyna.
I tam masz serce,
w dupie i w piździe.
Bo to właśnie jest pizza…
…w żopie!

wewte »