dla K

schodzę na dół, do piekła
i muzyka mi wszystko otwiera
choć to nie ja, to pan Hamil śpiewa
(to o pustym domu i dorosłych dzieciach)

schodzę na dół, do toalety
Cerber się do mnie przymila
Charon nie bierze monety
Erynie ścierają makijaż

no i ona (jakaś, nieznajoma)
wiem, że za mną idzie
nie muszę się wcale oglądać
wiem, bo ją słyszę

idę na dół, po schodach
a za mną ona
słyszę, nie patrzę
idzie i płacze

nie mogę
dlaczego?
to przecież nie moja
to nie przeze mnie

pewnie pogryzły ją węże
nie mogę nic dla niej (nie muszę!)
po prostu się nie obejrzę
to będzie najlepsze

wracam na górę
ściskając swój lśniący pieniążek
nikomu nie powiem
sam niezbyt rozumiem

dla K

czerwona królowa i czarna królowa
i ojciec naiwny, i chciwa macocha
odrąbią nam ręce, odrąbią nam głowy
chodź, chodźmy do lasu, bo nikt nas nie kocha

pójdź ze mną braciszku, pójdź ze mną siostrzyczko
pójdziemy do słońca, do gwiazdy, księżyca
schowamy się dobrze pod sutym stoliczkiem
obronią nas dzielni wojacy z tornistra

ogródek za płotem, córeczka na wieży
spuść warkocz przez okno, by zaznać miłości
nic nie mów nikomu, bo nikt nie uwierzy
ugotuj mnie w occie i zbierz moje kości

zażądaj od ojca, by zabił, co żyje
ucieknij od niego w kapocie ze skórki
wzuj butki z żelaza, włóż kamień na szyję
szalony to ojciec, co pragnie swej córki

wyceluj do lisa, lecz daruj mu życie
weź moje kosteczki i zakop pod krzakiem
idź w nocy na tańce i na szubienicę
i wróć do mnie z koniem, królewną i ptakiem

chodź ze mną siostrzyczko, chodź ze mną braciszku
będziemy się bawić w rzeźnika i świnię
nasz ojciec zawiśnie na stryczku, na stryszku
i ty mnie zabijesz, i ja cię zabiję

trzej bracia, trzy siostry, trzy wozy ze złotem
królowa niemowa, zatrute źródełko
i ziarno od ziarna, i wrony z łopotem
to nie ta komnata – niestety, sarenko

chodź ze mną kochany, chodź ze mną kochana
schowamy się na noc pod łóżkiem u diabła
i będę cię trzymać w ramionach do rana
i może nie zwietrzy… oj, iskierka spadła

(epifakium dla Sz na melodię)

oh come t’inganni
jak tego nie powiem
wybuchnie mi w głowie
choć niby nie szkoda
bo już się nie znamy

se pensi che gl’anni
minęłam cię chyba
rok temu na mieście
gdy szedłeś pijany

patrzyłam przez chwilę
jak chwiejesz zataczasz
się o nic potykasz
non hann’ da finire

na widok jamnika
upadasz i tyle

by było a nie ma
na chuj drążyć temat
kto żyć nie ma sensu
się czasem zabije
bisogna morire
bisogna morire

Już idziesz? Dopiero trzy po drugiej…
Najdroższa, spójrz na mój zegarek.
To ledwie jest początek
wiosennej nocy długiej.
Nie wierzysz? Patrz – jest trzy po drugiej.

Jest trzecia, mój kochany.
Zobacz, okrutna świtu smuga
jak wąż się wije nad dachami.
Migocze rzeka w biegu,
w powietrzu czuć już chłód poranka
i wstają mgły na prawym brzegu.

Śniło mi się, że Europejczycy długo nie wiedzieli, jak wyglądają jednorożce, bo ich rogi sprowadzali z daleka i zawsze sprzedawano im je w dwupaku.

Machina latająca wyglądała jak mój automatyczny zastrzykacz do leków, tyle że była dużo większa, tak na dwie osoby. Latała bardzo kiepsko, zarzucała ciężkim zadem, ale za to robiła mnóstwo hałasu. Z niepokojem patrzyłam, jak zbliża się do ogromnej piramidy tojtojów. Zahaczy czy nie zahaczy? Oczywiście zahaczyła. Potrąciła tojtoja, który stał na samej górze, a potem były już tylko nieznośnie rozciągnięte w czasie pojedyncze kadry, kolejne fazy lotu i obrotu i jedna, jedyna myśl – no przecież w nas nie trafi, przecież upadnie obok.

Ratowniczka wsadziła mi palce do ust i wyciągnęła jeden z zębów trzonowych. Wyglądał trochę jak stara czaszka małego dzika.
– Zęby ci wybiło – oznajmiła.
– Co pani taka niemiła? – obruszyłam się.
– Ta, niemiła – zaśmiała się złośliwie. – Uważaj, bo spytam, gdzie twoja noga!

Podczas sekcji zwłok odkryto pod moim żebrem nieduży płód. Był już martwy i trochę zeschnięty. Zabrałam go ze sobą i próbowałam zjeść, stojąc nago w przegubie autobusu, ale był strasznie żylasty, więc tylko odgryzałam kolejne kawałki, nóżkę, rączkę, żułam i wypluwałam na podłogę, aż pozostali pasażerowie zaczęli rzygać z obrzydzenia.

Znajdujemy na plaży kotka. W sumie to dwa. Trzy. Jeden jest coś zbyt rudy, długi i giętki. Kiedy zaczyna tańczyć łasiczy taniec, wiem już, że to dzika fretka. Nie chcemy fretki, fretki gryzą i trudno nawiązać relację z fretką. Nie wiem, jak to się stało, ale znaleźliśmy też psa. Zapominam czasem karmić te zwierzęta, poza tym i tak karmy nie starcza. Ktoś narzygał albo nasikał, pewnie ta fretka. Po podłodze rozlewa się żółte. Nie ogarniam. Męża nie ma. Widzę, że pies ma na karku wygoloną koronę. I większy kot też. Pies taką z kolcami, kot z kulkami. Pewnie jakimś dresiarzom uciekły, dresiarze tak golą. Doskonale, znaki szczególne. Jak ich zabierzemy do weterynarza, to może się opiekunowie znajdą, kłopot z głowy. A fretka? Może na plażę z powrotem podrzucić? A jeśli się oswoiła i już się nie odnajdzie w przyrodzie? Z kotami nie siedzi, tylko przestraszona pod krzesłem. No nie chcę tej fretki. Proszę mamę o pomoc z tym kotem i psem i weterynarzem, ale mówi, że musi iść do kościoła. „Pojebało cię?”, pytam. A ona mi na to, że poczuła taki zew, nawrócenie, cośtam, usłyszała głos Boga, i poprawia szelki plecaka. „Bóg sróg”, mówię. „Ja tu kurwa pomocy potrzebuję”. Ale ona już wychodzi na taras, nawiało piasku na deski. „Pojebało!”, krzyczę za nią. A potem „Kocham cię!”, żeby zatrzeć przykre wrażenie.

piąta nad ranem
piąta nad ranem
nad

budzę się nagle
budzę się nagle
bu!

to nie samochód
to nie huk huty
huk

ktoś nawołuje
brzmi jak piosenka
jak

jagody gody
ja gody gody
ja

nowy dzień wstaje
nowy dzień wstaje
dzień

siedzę i słucham
czekam i słyszę
tak

chodź no tu do mnie
chodź no tu do mnie
chodź

Pluszka się budzi
patrzy i pyta
– czy

wszystko w porządku?
czy coś się stało?
co

– posłuchaj teraz
czy też to słyszysz
czy

wiesz co to za ptak?

– to gołąb – mówi –
synogarlica
– tak?

liczę na palcach
chcę zapamiętać
raz

raz dwa trzy raz dwa
raz dwa trzy raz dwa
raz

24 lutego w W-wie była bardzo ładna pogoda, już prawie wiosenna, jak to zimą w czasach katastrofy klimatycznej. Wstałam wcześnie, bo o 9.30 miałam być w Instytucie. Na rowerze to mniej więcej godzina drogi. Było naprawdę przyjemnie. Świeciło słońce, akurat ustały orkany, oswoiłam się z tym, że ojciec umarł od picia, piąta fala pandemii powoli zaczynała opadać, choć w zamian pojawiła się, co prawda, wścieklizna. Przed wejściem na izbę przyjęć stał pomarańczowy namiot, w koszu na śmieci migotała folia NRC. Wiadomości sprawdziłam pod gabinetem. Zaczęło się, pisali.

Albo taki.

Tym razem nie P-no, a Kraków, ale nie prawdziwy, tylko ten z moich snów*. Ojciec ma wrócić zza grobu, matka w stresie, jak przed jego przyjazdami z misji i z placówek. Biegnie na przystanek, bo mówił, że przyjedzie autobusem, ja idę za nią. Nagle zatrzymuje się koło mnie taksówka i wysiada z niej ojciec. Tak musiał wyglądać pod koniec – wychudzony, bez siły, splątany jakby trzeba mu było dać miodu.
Słania się, podtrzymuję go, żeby nie upadł. Patrzy na mnie mętnym wzrokiem.
– Kim jesteś? – pyta. – Ja cię nie znam.
Sprytne, myślę. Można uznać, że nie zapomniał, tylko jest wredny jak zwykle.
Idę z nim do matki, na przystanek, i zastanawiam się, czy mu wygarnąć, jakim był chujowym ojcem. Kiedy umarł, pogodziłam się z tym, że już nie będzie okazji, a tu nagle właśnie się taka nadarza. Ale nie, myślę, bez sensu, on nic nie pamięta, po co komuś tak słabemu opowiadać takie przykre rzeczy.

________________________
* W snach odwiedzam miejsca, które rzeczywiście istnieją, senne przeróbki prawdziwych miejsc i miejsca, które z tego, co mi wiadomo, istnieją tylko w moich snach (np. jeziora, w których umiem pływać, albo osiedle, które zimą jest zasypane tak głębokim śniegiem, że można w nim utknąć i umrzeć), ale regularnie się powtarzają, a ja je rozpoznaję. Sprawdzałam kiedyś, czy inni też tak mają, i znalazłam taką opowieść.

Od wielu tygodni prawie co noc śni mi się stary dom w P-nie, choć już go nawet nie ma.
Na przykład.

Kiedy ojciec umarł, do P-na zjechała cała rodzina. Przyjechała też Locha, czyli matka mojej matki, tylko że to się nie zgadza, bo ona też już nie żyje, zmarła przed rokiem, więc na trawniku przed werandą naprędce kopiemy dla niej grób, kładziemy ją tam i zasypujemy ziemią, ale głowa wystaje, a Locha jęczy, utyskuje, marudzi:
­– Świnie, nie ludzie, jak mi niewygodnie w tym grobie, jak mi źle, umrę zaraz, już patrzę na księżą oborę…
I wierci się, i rozkopuje z tej ziemi jak dziecko z kołderki, więc mówię:
– Nie wierć się tak, bo nie umrzesz.

wewte »