cierpienie


Parę lat po śmierci Dziadzi zaczął się remont. Ciągnął się bez końca. Po szkole Tosia i ja odbierałyśmy Zosię z przedszkola i wracałyśmy do domu, który wyglądał jak pobojowisko. Sprzątanie zajmowało godzinę, dwie. Wynosiłyśmy wiadrami skuty ze ścian tynk, zamiatałyśmy, myły podłogę. Kiedy zbliżała się chwila powrotu rodziców, rozglądałyśmy się nerwowo. Naczynia były pozmywane, pranie rozwieszone, psy i koty nakarmione, Zosia wykąpana i przebrana w piżamę. Niby nie było się do czego przyczepić. Ale wiedziałyśmy, że coś znajdą. Zawsze znajdowali. Jakby się bawili, które znajdzie więcej. Jakby to była jakaś gra.

– Cze-eść – rozlegało się w sieni. – Dzieeeci!
Szłyśmy się przywitać.
– Cześć.
– Z drogi – warczał ojciec. – Chcę przejść.
– Dlaczego Zosia jeszcze nie śpi? – pytała matka.
– Chciała na was poczekać.
– Jest już po dobranocce – mówił ojciec.
– Zosia, do łóżka! – krzyczała matka.
– Wracamy zmęczeni po pracy… – zaczynał ojciec.
– …i chcemy odpocząć, a nie zaganiać dzieci do łóżek – kończyła po nim matka.
– Co to jest? – pytał ojciec.
Zaczynało się. Celował palcem w leżącą koło zlewu zmiętą ścierkę do naczyń.
– Co to jest, pytam – powtarzał.
– Ścierka do naczyń – mówiłam.
– Nie bądź bezczelna! – podgrzewała atmosferę matka.
– Doprawdy? – pytał ojciec. – Bo wygląda jak szmata do podłogi.
– Ścierkę do naczyń – syczała matka – po użyciu należy rozwiesić.
– Słucham? Nic nie słyszę – mówił ojciec.
– Dobrze – mówiłam pod nosem.
– Powtórz, proszę, bo nie dosłyszałem.
– Dobrze.
– Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.
Przenosiłam wzrok ze ściany na ojca i patrzyłam mu prosto oczy.
– Dobrze – mówiłam.
– Nie tym tonem!
– Bezczelna – syczała matka z teatralnym oburzeniem.
– PO UŻYCIU ŚCIERKĘ DO NACZYŃ NALEŻY ROZWIESIĆ – mówił ojciec, powoli i wyraźnie. – Rozumiesz? Bo patrzysz takim cielęcym wzrokiem, że mam wątpliwości.
– Zazwyczaj rozumiem, co się do mnie mówi – mówiłam.
– Słucham?
– ZAZWYCZAJ ROZUMIEM, CO SIĘ DO MNIE MÓWI – powtarzałam, powoli i wyraźnie.
– Naprawdę sądzisz, że będę tolerował taką bezczelność? Kiedy wydaję ci polecenie, to nie po to, żeby z tobą dyskutować o twoich zdolnościach poznawczych, ale po to, żebyś zrobiła, co ci każę. Czy to jasne?
Milczałam.
– Pytam – mówił.
Nienawidzę cię, myślałam.

Czasem kończyło się na sieni („Czy naprawdę nie możecie zrobić tego wysiłku, żeby przynieść koks? Naprawdę musimy o wszystko troszczyć się sami? To przykre, że takie z was egoistki”), kuchni i łazience („Kto dotykał mojego ręcznika?!”), czasem docierali aż do dziecinnego. I to było najgorsze. Bo Tosia i Zosia zwykle miały bałagan.

– Zobacz, Piotrze, jaki bajzel! – krzyczała od progu matka.
– Znowu to samo – mówił ojciec. – Czy wy nigdy nie nauczycie się porządku?
– Mamo, proszę… – zaczynała Tosia.
– To co? – Matka nie słuchała. – Robimy pilota?
– Proszę, nie – mówiła Tosia. – Zaraz tu posprzątam.
Zosia zaczynała płakać.
I robili. Matka tłumaczyła mi kiedyś, że tak się robi w wojsku. Albo w więzieniu, już nie pamiętam.
Wyrzucali wszystko na środek pokoju. Wygarniali rzeczy z szaf, szuflad, biurek, pudeł, zdzierali nawet pościel z łóżek.
– A teraz – mówiła matka – macie piętnaście minut, żeby to posprzątać.
– Jeśli nie zdążycie – dodawał ojciec, odpinając kabel od kasprzaka – dostaniecie lanie.

Tamtego dnia moje siostry z płaczem kucnęły przy stosie wyrzuconych na podłogę rzeczy i usiłowały coś z niego wyciągać, coś składać, gdzieś układać, pokazać, że przynajmniej próbują. Ja nie. Stałam obok i patrzyłam na rodziców. Nie dało się tego sprzątnąć w piętnaście minut. We dwie czy we trzy, wszystko jedno, nie dałybyśmy rady. No i w końcu ja w swojej części pokoju miałam porządek.
Kiedy ojciec natrafił wzrokiem na mój wzrok, jakby coś go ukłuło. Podszedł do mnie. Odwróciłam twarz, ale wziął mnie pod brodę i zmusił, żebym na niego spojrzała.
– Co? – spytał z zimną furią. – Nie płaczesz? Taka jesteś harda?
Patrzyłam na niego i nie płakałam. Nie czułam strachu, choć wiedziałam, że to się źle skończy, i to pewnie nie tylko dla mnie. Byłam zbyt wściekła, żeby o kogokolwiek się troszczyć. Byłam zbyt wściekła, żeby się bać.
Ojciec puścił moją brodę, zamachnął się i uderzył mnie w twarz. Pękła mi warga, poczułam smak krwi.
Nienawidzę cię, myślałam, patrząc mu w oczy. Nienawidzę cię i chcę, żebyś umarł.

– Piotrze… – odezwała się po chwili matka.
Widok krwi jakby zbił ich z tropu.
– Idziemy – zarządził ojciec, odwracając się do matki.
Tego dnia już do nas nie zaglądali. Posprzątałyśmy, ale nie przyszli sprawdzić. Lania nie było.

W nocy, długo po tym, jak położyłyśmy się spać, przyszedł ojciec. Był sam. Nie włączył światła, nic nie mówił. Podszedł do mnie i poczochrał mnie po głowie. Wiedziałam, że to znaczy „Przepraszam”. To był jedyny sposób, w jaki potrafił to powiedzieć.
Bez słowa odwróciłam się twarzą do ściany. To był mój sposób, żeby powiedzieć „Nie wybaczę ci”.

cierpienie


Pierwszy scyzoryk dostałam od Lochy, przywiozła mi go prosto ze Szwajcarii, gdzie zderzała cząstki w CERN-ie, może na siódme urodziny, nie pamiętam, może na ósme, razem z kilkoma tabliczkami luksusowej czekolady, które matka od razu schowała do szafy. To był victorinox, czerwony, klasyczny, dwa ostrza, dwa otwieracze, bez korkociągu. Jeszcze ze starym logo, tym w kształcie rycerskiej tarczy.

Nie miałam wtedy zbyt wielu rzeczy; scyzoryk stał się największym z moich skarbów. Większym niż zestaw klocków Lego ze średniowiecznym zamkiem, zestaw klocków Lego ze statkiem piratów i biały volkswagen garbus z karoserią wymalowaną w płomienie – mój jedyny matchbox i w ogóle jedyny samochodzik. Bo scyzoryk to było coś więcej, jakiś rodzaj uznania, pasowania, może nie na osobę dorosłą, ale już dużą, a w każdym razie wystarczająco dużą, żeby mieć własne ostre narzędzie.

Nosiłam go zawsze przy sobie. Zastrugałam nim mnóstwo patyków na strzały, nauczyłam się otwierać konserwy, wywierciłam w biurku dziurę na wylot, trochę się pokaleczyłam. Patrzyłam, jak wzdłuż cięć krew pęcznieje w lśniące koraliki, potem obserwowałam, jak ciało zamyka się i zrasta, a spod zdrapanych strupków wyzierają gładkie białe blizny. Ostrza czyściłam, wbijając je w ziemię. Czerwony plastik polerowałam rękawem. Do dziś pamiętam, gdzie była ta odciśnięta przez jakieś ziarnko piasku okropna mała dziurka.

Potem mi się zgubił, gdzieś przy szałasie. Miałam taką granatowo-czerwoną kurtkę z trochę zbyt płytkimi kieszeniami, musiał wypaść przy uszczelnianiu dachu albo kopaniu pułapek. Była jesień, wszędzie pełno suchych liści, nie udało mi się go znaleźć. Byłam zrozpaczona. Szukałam go codziennie. Potem coraz rzadziej, z coraz słabszą nadzieją. Może to nieprawda, ale dziś wydaje mi się, że nie powiedziałam o tym dorosłym. Bo bałam się znów usłyszeć „Dać wam coś, to zepsujecie albo zgubicie”. Bo wiedziałam, że nie dostanę nowego.

Minął mniej więcej rok. Z przyzwyczajenia rozgarnęłam liście przy szałasie i nagle zobaczyłam coś czerwonego. I to był on, mój scyzoryk, znalazł się, tak o, po prostu. Otrzepałam go, otworzyłam duże ostrze i wbiłam je w ziemię. Weszło ze zgrzytem, wyszło gładko, gładziutko, odbiło się w nim niebo, płaskie, twarde i lśniące.

Podniosłam głowę, spojrzałam na drzewa i chmury. Spojrzałam na scyzoryk, na trzymającą go dłoń i na pieprzyk, po którym poznawałam, że to lewa. Była dziwna, obca, jakbym jej nigdy wcześniej nie widziała.

Czy ja to ja? odezwał się głos w mojej głowie. Czy na pewno? A jeśli tak, to dlaczego?

cierpienie


cierpienie


Poleca się czteroodcinkowy tekst o owadach w dwutygodnik.com

Owadzi seks
Obrzydliwość
Zowadzenie
Koniec

(Owady z Beskidu Sądeckiego, lipiec 2019).

cierpienie


Opowiadam terapeutce, że staram się sobie tego nie robić. Nie rugać się w myślach za każdy błąd, nie mówić sobie, że jestem beznadziejna, gruba, głupia, że nie mam racji, nie dam rady, że znowu coś spieprzyłam albo źle powiedziałam, albo czegoś nie dopilnowałam i teraz wszyscy mnie nienawidzą, odwrócą się ode mnie, porzucą mnie i wyrzucą z pracy, że jestem chujową kierowczynią, bo źle przejechałam skrzyżowanie, i na pewno nie zamknęłam domu i nie zakręciłam gazu, więc będzie wybuch, pożar i włamanie, i to wszystko jest i będzie moja wina. Ale to jest trudne, nie bardzo wychodzi, więc – opowiadam jej – złoszczę się na siebie, że mi nie wychodzi, że ciągle sobie to robię, chociaż wiem, że to nieprawda, co sobie mówię, i tak dalej, i tak dalej.
– To niech pani myśli o tym nie jak o czymś, co pani sobie robi, tylko jak o czymś, co się pani dzieje. Bo pani została nauczona myśleć o sobie w ten sposób.
Więc od wczoraj, jak tylko sobie coś niemiłego o sobie pomyślę, to mówię sobie:

I działa. Nie wiem, co terapeutka powie na tę metodę, ale chyba naprawdę działa.

cierpienie


Kurwa śmierć, co tam jest. Beton. Zero zwierząt, zero drzew. Alejki, wzdłuż i wszerz, jak kolumny i wiersze w tabelce. Melex taxi, krematorium, dom pogrzebowy (siedzimy, milczymy, nie było księdza, nie ma mowy). Lastryko, kamień, urna, proch. Syntezator, mdlące kwiaty. Wrzucisz żeton, Bach poleci. Pada deszcz (mylą się zawsze w tym samym momencie, mówi stryj – weszłam pod jego parasol, chociaż mnie nie lubi – widać po cmentarzach krążą jakieś trefne nuty).
Wcale się nie boję. Jak byłam mała, czytałam podręcznik do medycyny sądowej. I zbieram kości nad morzem. Tylko tej bez życia, tej bez bałaganu, tej od betonu, od spisów, od planów i ludzi, co wierzą w higienę i zdrowie. Kiedy mdlejesz z bólu, mówię sobie, nie leż w pustej wannie.

cierpienie


Wiecie co? Nic nie wiecie. Kabel od żelazka jest miły jak ogonek myszy, to ten od magnetofonu boli i piecze.
Nie wstydzę się, to oni powinni się wstydzić. (Raz się tylko speszył – jak zobaczył krew; a jednak nie jest zamknięta, jednak ma okna i drzwi). „Przepraszam, nie chciałam” nic nie da, głaskanie po głowie bez słowa też nie. „Pogadamy, jak dorośniesz i” – dorosłam i nie. Nie będę miała. Nie chcę rozumieć, nie muszę i nie muszę chcieć. Wybaczyłam, stać mnie. Ale nie zapomnę. Trzeba było nie.
Budzę się rano w sobotę, u siebie, patrzę na pasek słońca na klepkach, i No – myślę – no, życie nie jest takie złe; a kabel od żelazka jest miły jak ogonek myszy.

cierpienie


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

cierpienie


Jest w Richmond muzeum Holocaustu założone przez ocalonego. Niewyobrażalnie dosłowne! Ten pan ukrywał się w jamie wykopanej pod psią budą i w muzeum do tej jamy trzeba było wejść przez tunel obok budy, i tam był pluszowy pies. Rozumiem powagę miejsca, dramat tego człowieka, ale kiedy schyliłem się, żeby wejść do tej dziury, pies, który miał fotokomórkę, zaszczekał.

[cyt. za Woje wyklęci spod Smoleńska, Katarzyna Wężyk, Marcin Napiórkowski]

cierpienie


kb002

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

cierpienie


Smutek – uczucie tego, komu coś dolega, kto stracił kogoś lub coś miłego, kto ma przykre wspomnienia, przeżycia; nastrój wywołujący taki stan, takie uczucie.
Smutek bezbrzeżny, bezgraniczny, beznadziejny, głęboki, niewymowny, szczery. Smutek w głosie, na twarzy, w oczach, w spojrzeniu. Brzemię, chmura, chwila, fala smutku. Okazywać, wyrażać, taić, ukoić, rozpędzać, rozpraszać smutek. Smutek ogarnia, opanowuje, przejmuje, przytłacza, trapi, zdejmuje kogo.*

Kiedy niedawno obcięłam sobie kawałek palca (mam to na zdjęciach, jeśli ktoś chce (palec już się zabliźnił, nie ma co się martwić)), ogarnął mnie przejął zdjął smutek. Jak wtedy, kiedy Mała Mi umarła.
Kiedy próbuję myśleć, myślę o więdnących liściach.
Rozpuściliśmy dziś w wodzie proszek na wirusy, zapachniało śmiercią.
Brzemię chwila chmura fala. Taić rozpędzać rozpraszać.
Pracuję, ćwiczę, świecę sobie lampą.

 
* Definicja za Doroszewskim.

wewte »