Bar Kawowy P, jakiś czas temu. Adam i ja idziemy po piwo. Za barem młoda dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Szczupła, blada, i nie wiadomo, niewyspana czy zakłopotana, ale już na pierwszy rzut oka zupełnie odklejona od rzeczywistości.
– Dobry wieczór – mówimy.
– Dobry wieczór – odpowiada ona cicho i uśmiecha się, jakbyśmy powiedzieli coś bardzo śmiesznego i zupełnie nie na miejscu.
– Poprosimy dwa lechy zielone, w butelce – mówię.
– Dwa lechy? – Patrzy na nas z niedowierzaniem.
– Tak – odpowiada Adam. – W butelce, zimne.
Dziewczyna rzuca nam zdziwione spojrzenie i idzie na zaplecze. Podekscytowani czekamy, co będzie dalej. Pojawia się S, daje mi 10 złotych, prosi, żebyśmy wzięli jedno też dla niego. Dziewczyna wraca, stawia przed nami dwie butelki.
– Jeszcze jedno, jeśli można – mówi Adam.
– Jeszcze jedno? – powtarza ona, wstrząśnięta, ale wciąż jakby senna.
– Tak, poprosimy – mówię.
Dziewczyna powoli zdejmuje kapsle.
– Tylko proszę nie przelewać.
– My nie przelewamy – obrusza się zza jej pleców starsza barmanka.
Kładziemy pieniądze na barze. Dziewczyna patrzy na nie skonsternowana, potem na nas, na starszą barmankę, znowu na pieniądze. Dość długo milczy, wreszcie oznajmia, z rozbrajającym uśmiechem, ale jakoś tak nieodwołalnie i nie bez mrocznej satysfakcji:
– Nie mam jak wydać.
– Jak to?
– No, nie mam – mówi i zaczyna bez przekonania siłować się z szufladą. Siłuje się, siłuje, zupełnie bezskutecznie, i dodaje: – Chyba że pięciogroszówkami.
Po następne piwo idzie S. Bardzo długo go nie ma, wreszcie wraca, stawia butelki na stoliku i mówi:
– Podchodzę do baru i pytam: „Czy mogę zamówić? Są drobne?”. Na to wtrąca się pani Irena: „To myśli pan, że nawet drobnych nie ma?”. „Drobnych nie było, ale – dodaję przypochlebnie – na pewno są grube”. A pani Irena wtedy: „Ważne, żeby grube były. Zawsze można rozmienić na drobne”.
07.06.2012 | 5:21
Jeśli mnie pamięć nie myli, Szumon wrócił wtedy z pilznerem.
– Czemu nie lech? – pytamy.
– Łatwiej dziewczynie było wydać z pilznera niż z lecha. Nie pytajcie. Cudem otworzyła butelkę. Dała mi ją w pozłotku, a na to starsza pani: „Nie otworzysz panu?”. „Ach, tak” – dodała speszona i zaczęła majstrować przy kapslu, jakby nie wiedziała, gdzie go szukać.
Po trzecią kolejkę poszedłem sam. Stałem przed dwojgiem klientów. Zamówili dwa żywce.
– Ale nie mam drobnych, nie mam jak wydać – słyszę.
– A można kartą? – pyta chłopiec.
– Tak! – Uśmiech barmanki jest ogromny.
Chłopiec podaje kartę. Dziewczyna zaczyna się mocować z terminalem. Mocuje się, mocuje, ale widzę, że przegra i tę bitwę. Wtedy, jak deus ex machina, pojawiła się koleżanka tych dwojga i mówi:
– Weźcie i dla mnie!
Dzięki temu ruchowi okazało się, że nie trzeba wydawać.
Zamówiłem trzy lechy. Miałem odliczone.
07.06.2012 | 5:42
„– My nie przelewamy – obrusza się zza jej pleców starsza barmanka.” To chyba mój ulubiony kawałek:]
07.06.2012 | 5:48
I mój. – Nie przelewamy!
Biedna dziewczyna.
07.06.2012 | 6:48
Nie, stanowczo dowodzisz, że Ty i Twoja drużyna jesteście z Aldebarana. Z Aldesłonia, jeśli Ci to milsze. Bo normalnym Ziemianom tyle takich rozmów w czasie jednego Ziemiożywota zdarzyć się nie może.
Chociaż… Polak potrafi?
07.06.2012 | 7:04
Ale przecież nie każdy Ziemianin (nawet poeta-Ziemianin) potrafi dostrzec i zarejestrować (to przez te klapki na uszach i oczach).
07.06.2012 | 8:19
Skłamałem. Były inne butelki.
Na końcu poprosiłem o trzy pilznery. Dziewczyna postawiła przede mną trzy butelki w pozłotce.
– Będzie pani umiała otworzyć? – spytałem.
– Teraz już umiem – odpowiedziała z uśmiechem.
– Pierwszy dzień w pracy?
– Nie, wcześniej nie musiałam.
[Co ważne, dziewczyna nie była nieszczęśliwa. W zasadzie w tym jej świecie wyglądała na bardzo zadowoloną.]
10.06.2012 | 11:41
@ Agt, Patatak, plu:
„Nie przelewamy. Każdy sobie sam przelewa”.
A dziewczyna, tak, nie wyglądała na nieszczęśliwą ani zestresowaną, starsza barmanka na nią nie krzyczała, klienci cierpliwie czekali na swoje reszty i butelki.
@ andsol:
Może być Aldebaran, właśnie obejrzałam, czerwony, ogromny, strasznie daleko. Dobrze, że nie napisałam o tym androgynie, który przysiadł się do nas pod koniec, bo wymyśliłbyś nam jeszcze odleglejszą i jeszcze bardziej podwójną gwiazdę…
Androgyna przysiadł się i zaczął mówić, trochę do nas, a trochę do siebie. Po drugiej stronie chodnika ktoś się potknął, androgyna zaśmiał się pod nosem. „Że też sobie kręgosłupa nie złamał! Zawsze się cieszę, jak się przewraca…” Potem spostrzegł, że nie zwracamy na niego uwagi i oznajmił: „To ja idę sobie, bo, nie daj Boże, będę tu przypadkiem”, ale nie poszedł. Potem mówił dużo różnych rzeczy, których nie słuchaliśmy, a na koniec zapytał „Czy ktoś z państwa gra na fortepianie?”. Adam i ja spojrzeliśmy na Szymona, kto wie, może klawesyn też by się nadał. „Bo ja tu nuty mam. Żeby zagrali na moim pogrzebie. Dwieście czternaście nut”.
10.06.2012 | 12:50
Tak, lepiej, że tego nie napisałaś, choć to najszczersza prawda. Nikt w to nie uwierzy.
10.06.2012 | 9:39
No proszę, a przecież „Bar Kawowy” nawet się z piwem nie kojarzy… Raczej z zupą mleczną czy czymś.
11.06.2012 | 10:14
W barach kawowych za moich lat licealnych spotykały się starsze panie zamożniejsze emerytki (kawa i ciastka), starsze panie wyyranżerowane prostytutki (kawa i koniaczek, ciastko rzadziej), starsi panowie z innymi starszymi panami (wtedy naiwnie myślalam,że to koledzy z lat wojny) – a młodzi raczej tam nie zachodzili. Dla nas byly winiarnie (Fukier, Marywil).