Adam kupił sobie w antykwariacie książkę. Na stronie tytułowej znajduje się dedykacja:

Drogiemu Mietkowi
z nadzieją wspólnego oglądania tych zwierząt w naturze
w dowód przyjaźni
Andrzej
Wisła, 12 października 1983 r.

Książka jest poświęcona głównie gatunkom wymarłym.

(Andrzej Trepka, Król tasmańskich stepów i inne opowieści ze świata ludzi i zwierząt)

Dziś, trochę przed południem. Przyjeżdżam do pracy, wchodzę na podwórko, przypinam rower do stojaka. Kiedy sprawdzam, czy Tadeusz byłby zadowolony*, słyszę ochrypły niski głos:
– Przyyyjdź do mnieee… Przyyyjdź do mnie…
Rozglądam się. Z jednego z okien na trzecim piętrze wygląda stara kobieta i przywołuje mnie zabandażowaną ręką.
– Przyyyjdź do mnie… – mówi. – Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnieee… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnie… Bo jestem samaaa…
Myślę, że powinnam przyjść. Ale myślę też, że to byłoby krępujące. Że ona powtarzałaby pewnie w kółko to samo, a ja nie wiedziałabym, co odpowiedzieć i kiedy się pożegnać.
– Nie mogę – powiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnieee…
– Naprawdę nie mogę – odpowiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Trzecie piętro… Na pięć minut… Przyjdź do mnieee… Bo jestem sama…

 

* Tadeusz ku przestrodze fotografuje źle przypięte rowery.


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Dobrze, starczy już zimy i śmierci.
Koty zmieniły futro, baobab wypuszcza liście, byliśmy biegać, wyjęłam rower z piwnicy.
Rysunek jeszcze z zeszłego tysiąclecia.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Kurwa śmierć, co tam jest. Beton. Zero zwierząt, zero drzew. Alejki, wzdłuż i wszerz, jak kolumny i wiersze w tabelce. Melex taxi, krematorium, dom pogrzebowy (siedzimy, milczymy, nie było księdza, nie ma mowy). Lastryko, kamień, urna, proch. Syntezator, mdlące kwiaty. Wrzucisz żeton, Bach poleci. Pada deszcz (mylą się zawsze w tym samym momencie, mówi stryj – weszłam pod jego parasol, chociaż mnie nie lubi – widać po cmentarzach krążą jakieś trefne nuty).
Wcale się nie boję. Jak byłam mała, czytałam podręcznik do medycyny sądowej. I zbieram kości nad morzem. Tylko tej bez życia, tej bez bałaganu, tej od betonu, od spisów, od planów i ludzi, co wierzą w higienę i zdrowie. Kiedy mdlejesz z bólu, mówię sobie, nie leż w pustej wannie.


2012. Przy tej samej straszliwej okazji co 15, 20 i ferdydurka.

Powietrze od świąt jest lepkie i ciepłe aż się muchy budzą. Na klatce czuć obiad sąsiadów, w cieniu po kątach pozory i kurz, rak snów się ukradkiem przerzuca na jawę.
Na balkonie po drugiej stronie kapitan naciąga sznur do bielizny, pali strzepuje chmury mielizny wymija blokiem, zmęczonym wzrokiem pruje smog. Za rogiem pół szyldu KUP ZŁO. Trzeszczy zimna ziemia, światła pękają na mrozie jak szkło, landrynki kaleczą język czerwone, żółte zielone chodź.
Wkrótce znów przyjdzie wiosna, roztopy psie kupy młodość niepokoje. Gwiazdy będą cykać mierzyć nocy tempo, wyrosną miłe liście i zrobią powietrze, i bzy zakwitną i wszystkie będą moje. I pójdą do komunii dziewczynki w sukniach balowych, po płytach chodnikowych dźwięczących jak dzwony, o panie do obry jak sklep, oto dziś dzień pochwalony.
Pst, kapitan strzela petem, żar leci, bóg zapłać, uciekajcie dzieci. Dopaliło się.

Tau (Opsanus tau) – ryba morska z rodziny batrachowatych, spokrewniona z ropusznikiem beta. Długość ciała do 45 cm, waga około 2 kg. Wielkie wydęte usta, wokół oczu i pyska frędzelki, na grzbiecie 3 kolce. Rodzi się w pustej muszli albo pod kamieniem, żyje przy dnie. Wszystkożerna, żarłoczna, nieruchawa. Samiec wabi samicę głośnym rykiem.

Wilk straszny (Canis dirus) – ssak drapieżny z rodziny psowatych. Gatunek wymarły. Długość ciała ok. 1,5 m, wysokość w kłębie ok. 80 cm, waga do 60 kg. Był większy niż wilk, zabijał sprawniej i szybciej. Żywił się megafauną. Żył w plejstocenie, mieszkał w Ameryce. Szczątki tysięcy osobników znaleziono w asfaltowym bagnie La Brea.

Tak, aha… Ale nic wam się nie stało? …Mieli problem z samochodem, będą później.
Ta. Problem z samochodem.
A co, nie?
Problem z samochodem, problem z samochodem. Impreza była.

Ryb też nie jecie? Zawsze zapominam.
Ojej, to co wy będziecie jeść?
Sałatkę. Oliwki. Jest super.
Barszczyku wam dam.
A na czym ten barszczyk?
Zupełnie na niczym. Normalny, z kartoniku.
A to świetnie, to chętnie.

A co ty tu masz? Krew ci leci.
Uuu, rozdrapałam. Bo Ludek dostał żyroskop i nie wiedział, że to tak szybko się kręci.

I wtedy w Jerozolimie…
Asiuniu, chlebka sobie weź.
Teraz ja mówię, przepraszam.

Te prezenty mnie nudzą.

Czemu płaczesz?
Nie mogę patrzeć na to, jak on ją traktuje.
Tak, to jest okropne.

Co jest okropne?
Jest okropnie gorąco.

Już idziecie? Chciałbym wznieść toast, póki jeszcze wszyscy są.

Ojej, to po dziadku.
No, i popielniczka.
A, à propos dziadka. Wiesz, co myślę? Że swojemu zmarłemu ojcu jestem winien pamięć i szacunek.
Pamięć i szacunek… Spoko. Mogę za to wypić.

O nie. Miałem ucałować Alfika od Wandy i zapomniałem.

« wtewewte »