Dostałam od babci kilka stówek i pomyliłam je z czasem. O – pomyślałam, zajrzawszy do koperty – jutro zrobię sobie wolne.
nauki przyrodnicze
nauki przyrodnicze
nauki przyrodnicze
Pantera mglista, pantera szara (Neofelis nebulosa) – ssak drapieżny z rodziny kotowatych. Gatunek zagrożony. Długość ciała do 110 cm, długość ogona do 90 cm, długość życia do 17 lat. Sierść białoszara w czarne plamy i koła. Piaskowe oczy, krótkie łapy, wielkie kły. Rodzi się w dziupli, żyje samotnie, mieszka we mgle.
nauki przyrodnicze
nauki przyrodnicze
Nie chcę was straszyć, ale przyłapałam dziś rzeczywistość na błędzie. Kiedy zmieniałam kotom miski, grudka zaschniętej karmy przez chwilę spadała do góry.
nauki przyrodnicze
Obudziliśmy się rano, trudno nam było wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Takiego planowego chyba, to znaczy to było wiadomo od dawna. Że słońce będzie coraz większe i większe i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i było, było już tak blisko, że swoją grawitacją zaburzało czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Tak się potykał jakby, dostawał czkawki. Na bardzo krótkich interwałach, zapętlało minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, można coś było zrobić lepiej. Albo chociaż inaczej.
Obudziliśmy się rano, długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy: to było wiadomo, w szkole o tym uczyli. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i tak się stało, i było już tak blisko, że jego grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Jakby się potykał, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.
Obudziliśmy się rano, ale długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy ludzie od dawna wiedzieli, uczyli się w szkole. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. Teraz było już tak blisko, że grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Potykał się jakby, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Bardzo to było męczące, ale za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.
nauki przyrodnicze
10.12.2013
Bakłażana kupił jakiś czas temu Adam. Dziś na kolację będzie makaron z bakłażanem. Więc wzięłam tego bakłażana i tnę, bo u nas w kuchni ja jestem od cięcia (cięcia, tostów i ewentualnie mieszania, Adam od całej reszty). Cięłam wzdłuż, na plasterki, żeby potem pociąć wszerz i w poprzek. Obcięłam tak do połowy, aż tu patrzę: wyjedzone, nasrane, a w samym środku – gąsienica. Miała szczęście, ostrze noża minęło ją o ułamek milimetra. Zastygła w bezruchu, a kiedy ją delikatnie wyjęłam, zwinęła się w kłębek. Położyłam ją na talerzu razem z zasranymi resztkami bakłażana, wróciła do swojej nory. Będę ją hodować.
13.12.2013
„Kupiłem larwie bakłażan”, powiedział wczoraj Adam.
Dziś ją przeprowadziliśmy.
16.02.2014
Bakłażan, w którym mieszkała gąsienica, zapadł się i wysechł. Uznaliśmy, że czas na przeprowadzkę. Adam kupił nowy. Wczoraj po śniadaniu zabrałam się do otwierania starego. Ostrożnie, żeby nie skrzywdzić larwy, i z niepokojem, bo nie wiedzieliśmy przecież, w jakim ją zastaniemy zdrowiu.
Delikatnie rozdzierałam kolejne warstwy. Prawie całe wnętrze owocu zostało wyżarte, z wyschłych włókien sypał się pył, z zakamarków wylatywały muszki. Otworzyłam cały.
Po gąsienicy nie było śladu.
I teraz co?
a) Wyschła tak, że jej nie widać.
b) Zjadły ją muszki.
c) Zamieniła się w muszki.
d) Znajdziemy ją, całą i zdrową, w nowym bakłażanie.
e) Gdzieś w kuchni jest poczwarka.
nauki przyrodnicze
Na balkonie hoduję rośliny. Zakopuję wszystkie pestki. Czasem coś wyrasta, czasem nie.
Wyrosły winogrona, melony i papryki, wyrosło awokado i wyrosła cytryna. Nie wyrósł daktyl ani tamarynd, w doniczce z tamaryndem zalęgły się muchy. Śliwkom, czereśniom i arbuzowi daję jeszcze czas.
W starych doniczkach po zewnętrznej stronie balustrady są chwasty, też je podlewam, patrzę jak rosną.
Nie przyjęły się przyniesione ze spaceru trzciny, za to przesadzony do osobnej doniczki powój, który wysiał się między paprykami, ma się bardzo dobrze.
Od męża, Agi i panny To dostałam nasiona ziół, rzodkiewek, truskawek, pomidorów, cukini, maciejki, lawendy i groszku. W doniczce z lubczykiem wyrosła rzepka. Nasiona od panny To były z Ikei, dołączono do nich ziemię w proszku.
Przez internet kupiłam nasiona passiflory i takiej dużej rośliny z dziurkowanymi liśćmi, jaką mieliśmy w starym domu; nazywa się monstera deliciosa. W kopercie była karteczka z napisem NASIONA ŚWIATA.
Passiflorę posiałam w dwóch doniczkach, w jednej wyrosła, w drugiej nie. Potem pojawiła się nie wiadomo skąd z cukiniami i z paprykami. Dzisiaj w doniczce z pestkami śliwek widziałam jeszcze jedną.
Jak dostałam ostatnio tydzień zwolnienia, to siedziałam na balkonie i patrzyłam na rośliny.
Aga też hoduje rośliny na balkonie. „Ej – pisała do nas niedawno – żeby z kwiatków były owoce, potrzebna jest pszczoła, prawda? Nie wiem, czy u moich pomidorów była”.
Nasiona świata nie wykiełkowały. Zamiast świata wyrosła mi dorodna pokrzywa. Ale czekam. Na dołączonej do nasion karteczce była mowa o tym, że mogą potrzebować dwunastu tygodni.
nauki przyrodnicze
2000–2001.
Koniec świata lub wybuchy na słońcu.
nauki przyrodnicze
Lubiłam budynek Instytutu Filozofii. Schody w studnię, przedsionek pełniący funkcję palarni nawet wówczas, gdy już wisiały tabliczki z zakazem, łazienki, w których zimą spali nieniepokojeni przez ciocie bezdomni, salę, gdzie odbywały się ćwiczenia z historii filozofii na pierwszym roku. Zaczynały się w południe – przez pierwszych dziesięć minut czekaliśmy, aż przestaną bić dzwony w kościele, z którym Instytut dzieli podwórze; w semestrze letnim okazało się, że większość Ojców Kościoła była w gruncie rzeczy heretykami.
Kiedy po raz pierwszy weszłam na ostatnie piętro, uświadomiłam sobie z zaskoczeniem, że już tam kiedyś byłam.
Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Mama studiowała etnografię. Zabrała mnie na zajęcia z antropologii, chyba nie miała mnie z kim zostawić. Musiała być jesień albo zima, bo mimo niezbyt późnej pory było już ciemno. Przy wejściu do niskiej sali stał kompletny ludzki szkielet, pieczołowicie pospinany drucikami. Usiadłyśmy. Za naszymi plecami na ciągnących się wzdłuż ścian półkach leżały w półmroku tekturowe pudełka pełne ludzkich kości. Byłam grzeczna, jeśli już musiałam coś powiedzieć, to mówiłam szeptem. Mama i jej koleżanki otwierały pudełka i oglądały kości. Potem wykładowca przyniósł futerał pełen sztucznych oczu, każde w innym kolorze. Każdemu, mnie także, dopasowano właściwe. Kiedy zajęcia się skończyły, stanęłam za kościotrupem i zaczęłam poruszać jego rękami. Machaliśmy wychodzącym na pożegnanie i coś cichutko mamrotaliśmy, ale ku mojemu rozczarowaniu nikt się nie przestraszył.
W tej samej sali kilkanaście lat później zdawałam egzamin z historii filozofii na drugim roku. Egzaminował doktor M, towarzyszył mu doktor P, do którego chodziłam na ćwiczenia.
Ćwiczenia były niezwykle ciekawe, ale też nie do zniesienia bolesne, ponieważ już na pierwszych zajęciach doktor P tak nas onieśmielił swoją wiedzą, przenikliwością i specyficzną rezygnacją, która brała się najprawdopodobniej z filozoficznego wglądu w położenie, w jakim się, my z nim, znaleźliśmy, że komunikacja z miejsca stała się w zasadzie niemożliwa. Widzieliśmy, że doktor P fatalnie się czuje z naszym milczeniem, obawialiśmy się, że każe mu ono wątpić w jego nauczycielskie zdolności, i nie wiedzieliśmy, jak dać mu do zrozumienia, że to nie tak, że po prostu wstydzimy się powiedzieć jakieś głupstwo. Na każde kolejne zajęcia przychodziliśmy bardziej sfrustrowani, doktor P chyba także, na każdych kolejnych zajęciach patrzyliśmy na niego z większym bólem, na każdych kolejnych zajęciach pękało mi serce.
Pierwszego pytania nie pamiętam, drugie dotyczyło tego, co Hume pisał o cudach. Zawsze lubiłam Hume’a, kawałek o cudach pamiętałam dobrze. Odpowiedziałam, doktor P i doktor M się uśmiechnęli.
– A gdyby teraz – odezwał się doktor P – dotarła do nas wiadomość o cudzie, to zdaniem Hume’a powinniśmy dać jej wiarę czy nie?
Przeanalizowałam szybko to wszystko, o czym mówiłam przed chwilą.
– Raczej nie – powiedziałam, z wahaniem, bo pytanie wydało mi się za łatwe. – Zbyt wiele zdaniem Hume’a przemawia przeciwko doniesieniom o cudach. Mała liczba ludzi wiarygodnych, powszechna skłonność do rozgłaszania fantastycznych opowieści, powszechność wiary w cuda u barbarzyńców, sprzeczne świadectwa różnych religii. Wreszcie sama indukcja, bo z dotychczasowych relacji o cudach większość prędzej czy później okazywała się fałszywa. Więc nie, raczej nie.
– Otóż nie – powiedział doktor P i, nie pamiętam dzisiaj, przygnębiony czy rozbawiony, spojrzał mi w oczy. – Według Hume’a pogłoskom o cudach można [czasami (?)] dawać wiarę. Mówi o tym w
I kurde nie wiem gdzie. No nie wiem. Przeczytałam wczoraj dziesiąty rozdział Badań dotyczących rozumu ludzkiego i nic takiego nie znalazłam. Jest tam mowa o jednym wiarygodnym cudzie, w ostatnim akapicie stwierdza się, że „religii chrześcijańskiej cuda towarzyszyły nie tylko na samym początku, ale nawet dzisiaj żaden rozsądny człowiek nie może wyznawać tej religii, nie wierząc w cuda” – ale to nie to, chodziło o coś innego, o dość krótki przypis odnoszący się wprost do wiadomości o cudach. Pamiętam jak dziś, mała złośliwa gwiazdka i jedno zdanie, może kilka.
Ale może tylko go sobie wyobraziłam, może nigdy go nie widziałam. A może to nie był przypis tylko przedostatni akapit. W każdym razie nie w tym rozdziale, może nawet w innej książce. Pewnie po prostu nie było mnie na tamtych zajęciach, pewnie urwałam się przed weekendem, żeby pojechać na parę dni do Hydraulika.
Przejrzałam resztę Badań dotyczących rozumu ludzkiego, przejrzałam Badania dotyczące podstaw moralności, Traktat o naturze ludzkiej i Dialogi o religii naturalnej, przejrzałam nawet notatki z ćwiczeń z doktorem P. Nie znalazłam.
Spojrzałam w oczy doktora P i po raz ostatni pękło mi serce.
– Niech się pani nie martwi – powiedział doktor M. – pani rozumuje słusznie. To Hume sam sobie przeczy.
[Cytowany fragment w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.]
nauki przyrodnicze
W sumie, tak dziś sobie myślałam, to by fajnie było. W pracy tych wszystkich spraw by nie trzeba załatwiać, w życiu na wyniki czekać, złe wiadomości, na rozpad i rozkład. Ogólnie gdzieś mieć, się więcej nie martwić, nie wkurzać, bo po co, coś złego zrobić, zuchwałego, bo co.
Dostałam dziś wiadomość ze szpitala, to mi przypomniało. Są w poradni takie karty, co były zakładane w latach 80., 90… Mam szczęście, że jestem tu w tym czasie, 12.12.12 o 12. Szczęście czemu? Bo i tak zaraz będzie wszystko jedno?
Ale to znowu nie dziś, chyba że w nocy albo nie hukiem, lecz skomleniem. No dobra. Ze względu na Adama. Poszedł na miasto, chciałabym, żeby wrócił przed końcem.







