śmierć


jf20150728

śmierć


Śniło mi się, że zabiłam swojego ojca i spuściłam go w kiblu. Zabijanie i spuszczanie poszły szybko, większa część snu była o zacieraniu śladów. Krew za nic nie chciała się zmyć.

śmierć


Polecenie, żeby zająć się swoim dziadkiem, dostałam po paru miesiącach pracy dla Akcji. Miałam wziąć jeden z tych specjalnych samochodów. Dokładnie mnie zbadali, bo w tych osobowych kierowca też jest narażony na działanie spalin. Młody, silny organizm, powiedzieli z zadowoleniem. Wytrzyma.
Zaprosiłam go na wycieczkę. Umówiliśmy się na rynku. Dziadek uśmiechał się tym niepewnym uśmiechem, który pojawia się na twarzach starych ludzi, kiedy nieoczekiwanie spotyka ich coś miłego. Wsiedliśmy.
Pewnie, że miałam wątpliwości. Ale polecenie to polecenie. Tak, pomyślałam też o swojej karierze. I wytłumaczyłam to sobie. Powtórzyłam w myśli to, co mi tyle razy mówili. Dziadek tak czy siak już by długo nie pożył, coraz gorzej się czuje. Jeszcze parę lat i byłby dla siebie i innych tylko ciężarem. Obróciłam kluczyk w stacyjce.
Szybko zaczęło mi się kręcić w głowie, potem pociemniało mi przed oczami. Zawsze panicznie się bałam utraty świadomości. To taki zwierzęcy lęk, chyba strach przed śmiercią po prostu. Usłyszałam jak ktoś, dziadek albo ja, mówi: „Zatrzymaj, coś jest nie tak, wysiadamy”.
Wysiedliśmy. Padliśmy sobie w ramiona. Płakałam. Wiedziałam już, że tego nie zrobię. Czułam się prawie tak, jakbym go uratowała, ale dziadek spojrzał na mnie poważnie i powiedział: „Zrobiłaś to tylko ze względu na siebie”. Powiedział to spokojnie, bez wyrzutu. Jakby po prostu zależało mu na tym, żeby nazwać rzeczy po imieniu. Potem straciłam przytomność.
Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam drugi samochód. Dziadek był już w środku. Za kierownicą siedział facet w granatowym uniformie z naszywką ELF na ramieniu. Wiedziałam, czym zajmuje się ta firma. „Zostawcie go!”, krzyknęłam. Kierowca wychylił się przez okno i powiedział: „Spokojnie, o co ten hałas? Wieziemy go tylko do G-ck, tam się nim dobrze zajmą”.

śmierć


Ania potrafiła siedzieć w pracy do ósmej i dłużej. Ze sprawami przychodziła, biegała z piętra na piętro, chociaż tam się ogólnie raczej pisało, mejle albo na skajpie. Z impetem otwierała drzwi i krzyczała od progu. Karoliiinka! (prosiłam, żeby nie zdrabniała, potem się przyzwyczaiłam). Stawała nade mną, tuż, jak nie lubię (też się przyzwyczaiłam), plask, kładła korektę składu na stół i domagała się, żeby gdzieś coś wyrzucić albo dopisać, bo sieroty i wdowy. Albo ze stronami redakcyjnymi, sczytaj, podpisz mi się, o tu. I stała, dopóki nie sczytałam i nie podpisałam (nie mogę się skupić, jak tak nade mną stoisz, mówiłam, jakiś błąd zrobię i będzie, ale też się przyzwyczaiłam).
W biurze na ulicy U siedziała w pokoju koło kuchni i czasem zmywała naczynia, jakby miała za dużo energii. Jak się zostawiło w kuchni pudełko na jedzenie, to wyrzucała. Zostawiają, leży bez sensu, zrzędziła. Widać nie potrzebują. I jeb, do śmieci. I mejle kasowała, nie potrafiłam tego zrozumieć. A bo mi tylko zapychają skrzynkę, mówiła.
Czasem przynosiła do pracy kota, Adam się denerwował, bo go nie pilnowała. Kot chodził sobie, jak chciał, po piętrach i pokojach, po tarasie, ogródku. A potem Ania po biurze. Guuucio! Guuucio!
I niektóre ubrania miała dziwne, na przykład białe ażurowe kozaki, skórzane, z milionami błyszczących metalowych klamerek. I taki puder, prawie pomarańczowy.

M powiedziała kiedyś, że Ania siedzi po nocach „w ramach ekspiacji za tę długą nieobecność”. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo to było, zanim tam zaczęłam pracować. Potem, po kilku latach, się dowiedziałam. Ania zrobiła się jakaś cichsza, już nie przychodziła, a jeśli nawet, to nie krzyczała i nie rzucała na stół. Później długo była na zwolnieniu. Czasem pojawiała się na chwilę, zszarzała, przestraszona, wyglądała, jakby się zaraz miała rozpłakać.
Ale potem wróciła i było jak przedtem, i chyba się nawet cieszyłam, kiedy znowu usłyszałam to jej „Karoliiinka!”, albo tak mi się teraz wydaje.

Tylko że potem firmę kupiła inna firma, dużo większa. Naszą i jeszcze dwie. I się zaczęło. Jednych powywalali, innych przesunęli, Ania wylądowała w logistyce z jakimiś tabelami. Nie pojawiała się już u nas. Zlecaniem składu i redakcją techniczną, na której się w ogóle nie znaliśmy, mieliśmy się zajmować sami.
Trochę czasu minęło, zanim ją w tej logistyce odszukałam. I trochę chyba o niej zapomniałam po prostu. W końcu znalazłam ją piętro niżej, w ponurym ciemnym pokoiku. Puder na jej twarzy był jeszcze bardziej szary niż w tych złych czasach na ulicy U. Później nie było jej chyba dłużej niż rok. Nie było i nie było. Potem zaczęła się pojawiać, brać jakieś zlecenia, jakby się powoli poprawiało. Pod koniec grudnia wróciła ze zwolnienia i od razu ją wylali. W połowie stycznia wylali mnie i od tego czasu widziałam Anię tylko raz, kiedy zorganizowała wielką imprezę, na którą udało jej się ściągnąć prawie całą dawną firmę.

Niedawno do Adama zadzwonił D. Adam przyszedł do mnie i powiedział, co usłyszał. Potem dzwonił do U, do N, jeszcze do kogoś, potem rozmawialiśmy na skajpie z A, na gmailu z A, potem do Adama zadzwonił jeszcze ktoś. A napisał nam w dwóch linijkach, co mu powiedziała mama Ani, i wiem, że bardzo trudno mu to było napisać.
Nie było wiadomo, co mówić. Próbowałam coś myśleć, ale wtedy otworzyła mi się w głowie czarna dziura.

Była śliczna pogoda. Przyszło bardzo dużo ludzi. Mszę (tak, zadałam sobie to zupełnie nie na miejscu pytanie) przeczekaliśmy na zewnątrz. W cieniu było jednak trochę chłodno, jakiś owad usiadł Adamowi na czapce. Potem długo dzwonili, dzwon miał nieznośnie płaczliwy dźwięk. Nie sądziłam, że tak będzie, ale od tego dzwonu i powolnego marszu za czarnym samochodem to się jednak zrobiło bardziej realne.

Na cmentarzu ksiądz coś śpiewał nad grobem, ale tak cicho, jakby czuł się tak, jak myślę, że inni się czuli. Był głośnik na tyczce, ale nie bardzo go było słychać. Ksiądz strasznie fałszował i nie spodobało mi się słowo „służebnica”. Potem z tego głośnika puścili skrzypce i wtedy część kobiet się popłakała. Pogoda dalej była piękna, świeciło słońce, szumiały drzewa, pod murem cmentarza przeszedł facet z łopatą. Wyglądało jak film. Kiedy skrzypce przestały grać, z głośnika rozległy się oklaski.

Na koniec ktoś, chyba brat Ani, powiedział, że nie spodziewali się tylu osób i dziękują wszystkim, którzy przyszli. „Gdziekolwiek teraz jest Ania – powiedział – na pewno jest szczęśliwsza, niż była. I wierzcie w to”. A potem z tego głośnika na tyczce puścił jej ulubioną piosenkę.
Pewnie większość ulubionych piosenek dziwnie brzmi na pogrzebie. W tej powtarzała się fraza I am what I am, I’ll do what I want.

śmierć


papa-is-dying-show

Za uchwałą „w sprawie uczczenia papieża błogosławionego Jana Pawła II” opowiedziało się 380 posłów. Posłowie przyjęli wyniki głosowania oklaskami na stojąco. […] Przeciw było 34 posłów, od głosu wstrzymało się dwóch. Wcześniej parlamentarzyści zdecydowali, że głosowania nie poprzedzi debata.
[…] Projekt specjalnej uchwały z okazji kanonizacji Jana Pawła II zaproponowało PSL. Wyrażono w niej m.in. nadzieję, że kanonizacja „będzie dla wszystkich Polaków okazją do radosnego i solidarnego świętowania, a także zachętą do głębszego poznania jego intelektualnej i duchowej spuścizny oraz do podejmowania i kontynuowania jego dzieła”. „Sejm RP apeluje do wszystkich członków narodowej wspólnoty o godne uczczenie tego wydarzenia” – podkreślono w projekcie. [źródło]

Reszta ikonostasu ze złotkiem tu.

śmierć


10.12.2013
Bakłażana kupił jakiś czas temu Adam. Dziś na kolację będzie makaron z bakłażanem. Więc wzięłam tego bakłażana i tnę, bo u nas w kuchni ja jestem od cięcia (cięcia, tostów i ewentualnie mieszania, Adam od całej reszty). Cięłam wzdłuż, na plasterki, żeby potem pociąć wszerz i w poprzek. Obcięłam tak do połowy, aż tu patrzę: wyjedzone, nasrane, a w samym środku – gąsienica. Miała szczęście, ostrze noża minęło ją o ułamek milimetra. Zastygła w bezruchu, a kiedy ją delikatnie wyjęłam, zwinęła się w kłębek. Położyłam ją na talerzu razem z zasranymi resztkami bakłażana, wróciła do swojej nory. Będę ją hodować.

IMG_5229

13.12.2013
„Kupiłem larwie bakłażan”, powiedział wczoraj Adam.
Dziś ją przeprowadziliśmy.

IMG_5243

IMG_5246

16.02.2014
Bakłażan, w którym mieszkała gąsienica, zapadł się i wysechł. Uznaliśmy, że czas na przeprowadzkę. Adam kupił nowy. Wczoraj po śniadaniu zabrałam się do otwierania starego. Ostrożnie, żeby nie skrzywdzić larwy, i z niepokojem, bo nie wiedzieliśmy przecież, w jakim ją zastaniemy zdrowiu.
Delikatnie rozdzierałam kolejne warstwy. Prawie całe wnętrze owocu zostało wyżarte, z wyschłych włókien sypał się pył, z zakamarków wylatywały muszki. Otworzyłam cały.
Po gąsienicy nie było śladu.
I teraz co?
a) Wyschła tak, że jej nie widać.
b) Zjadły ją muszki.
c) Zamieniła się w muszki.
d) Znajdziemy ją, całą i zdrową, w nowym bakłażanie.
e) Gdzieś w kuchni jest poczwarka.

IMG_5356

IMG_5358

śmierć


Śniło mi się, że musiałam umrzeć za swoją rodzinę i umarłam. Ale nie za Adama i koty, tylko za rodziców, rodzeństwo i jakichś wujków z ciotkami, których wcale nie znałam. Rodzice i rodzeństwo też byli nie moi.

Umarłam, ale szybko wróciłam. Nie ucieszyli się. I po co przyszłaś, naskoczyli na mnie, czego tu szukasz? Idź sobie lepiej.
Wolę umrzeć, mówiłaś, warknął ojciec, niż być kiedyś taka jak ty. Tylko na to czekasz, powiedziałaś, krzyknęła matka, zawsze tego chciałaś, mówiłaś. Ciesz się, krzyczałaś, syczała ciotka, ciesz się, jesteś tak niegodziwa, że ciebie ten wybór nie dotyczy. Jesteś żałosny, powiedziałaś, dodał wujek, żałosny z tą swoją głupią brodą.
Nic z tego nie pamiętałam.

Otoczyli mnie. Ciotka miała na sobie moją sukienkę, za paznokciami wujka dostrzegłam ziemię z doniczki, w której chowałam oszczędności. Pomyślałam, że jeśli to możliwe, to chyba mnie znowu zabiją.

A pamiętacie, krzyknęłam, czemu to wszystko powiedziałam?!
Wzruszyli ramionami, spojrzeli po sobie. Przekazywali spojrzenie jedno drugiemu jak głuchy telefon z pomyłką. Tak samo jak wtedy.

Ale podziałało, odsunęli się. Poszłam do swojego pokoju i zauważyłam, że grzebali mi w książkach.

(Wczoraj byliśmy na (A)pollonii).

śmierć


Wczoraj w pracy kuchnia była zamknięta po zagładzie, na drzwiach kartka ZAKAZ WSTĘPU!!!, obok PROSIMY NIE WCHODZIĆ!!! („A kto to takie rozkazy wydaje?”, skrzywiła się szefowa), a za drzwiami (podobno) cała podłoga martwych prusaków. Może zaszkodził mi smutek, który ustąpił dopiero, kiedy się dowiedziałam, że zabija się je nie tylko ze względu na to, że według niektórych są obrzydliwe (i „zgromadzone w dużej liczbie wydzielają charakterystyczny, niemiły zapach”), ale przede wszystkim dlatego, że przenoszą choroby, może unosiły się jakieś miazmaty trucizny, którą je zabito, może to ciśnienie – dość że zaraz po kolacji padłam na łóżko i spałam aż do dziesiątej. O dziesiątej przyszedł Adam, zapytał, czy chcę whisky, powiedziałam, że tak, Adam przyniósł mi szklankę, a ja znowu zasnęłam. Obudziłam się po jedenastej.
– Może poczytamy Baśnie włoskie? – zaproponował mój mąż.
– Ale ja nie mam siły.
– To ja będę czytał.

calvino

– Hahaha! – ożywiłam się. – To mógłby być koniec tej bajki.
– To jest koniec tej bajki.

(Ludzie spod Bielli są uparci, przeł. Jerzy Popiel; w: Italo Calvino, Baśnie włoskie, t. 1.)

śmierć


Ojciec Loli Amatorki był strasznie puszczalski, pewnie po nim to miała. Tyle że ona nie robiła nikomu krzywdy, a ojciec robił.
Matka Loli cierpiała. Najtrudniejsze było to, że zwykle lubiła kochanki ojca, przynajmniej te ważniejsze, które już teraz nie żyją. Z Anną nawet się przyjaźniła. Opowiadała później, jak któregoś wieczora leżały przytulone w łóżku i zastanawiały się, co zrobić, żeby ojciec Loli nie zdradzał ich z taką jedną z Bielska.
Lola też lubiła Annę. Pojechała kiedyś do niej z ojcem, miała wtedy z pięć lat. Spali wszyscy w jednym pokoju i rano Lola zobaczyła piersi Anny. Były bardzo ładne, nieduże, ze sterczącymi ciemnymi sutkami, a skóra dookoła miała kolor miodu. Tylko nie mów nic mamie, powiedział ojciec.

– Ale twoi rodzice są razem? – zapytała Wala.
– Są, niestety – odpowiedziała Lola. – Rozwiedli się, ale kiedy druga żona mojego ojca nagle zmarła, znowu wzięli ślub. W sumie nigdy się tak naprawdę nie rozstali. Na placówce ojciec mieszkał z Fridą, ale jak przyjeżdżał do Polski, to z nami…
Nie są szczęśliwi, ale chyba już nie umieją inaczej. Wiesz – dodała po chwili, zapalając papierosa – najchętniej porwałabym swoją matkę. Przyjechała tam do nich na białym koniu i ją porwała…
Fridę matka w sumie też lubiła, chociaż często życzyła jej śmierci. Wyobraź sobie, jak się czuła, kiedy to się w końcu rzeczywiście stało… Ale się bardzo męczyła. Wieczór w wieczór upijała się na smutno, odprawiała jakieś gusła i mi się zwierzała.
– Jezu… – westchnęła Wala. – Jak ty sobie z tym radziłaś?
– Nie radziłam sobie – wzruszyła ramionami Lola. – Weź. Miałam siedemnaście lat…
Ale w sumie naprawdę ją lubiła, tak mi się wydaje. Pocieszała ją po kłótniach z ojcem, potrafiły godzinami gadać przez telefon. Jak wracałam ze szkoły, a matka siedziała z butelką wina, odpalała jednego od drugiego i nadawała do słuchawki po rosyjsku, to już wiedziałam, co jest grane.
– Po rosyjsku?
– No – potwierdziła Lola. – Z ojcem Frida też rozmawiała po rosyjsku. Wymyślili sobie, że tak będzie sprawiedliwiej niż po niemiecku, bo rosyjski jest dla nich jednakowo obcy.

Kiedy się poznały, matka Loli nie wiedziała jeszcze, że Frida jest kochanką jej męża, w dodatku już w ciąży. Od razu przypadły sobie do gustu, przegadały cały wieczór, wypiły mnóstwo wina i anyżówki. Rano Lola znalazła je nagie w łóżku. Podniosła z podłogi białe majtki Fridy, zrobiła herbatę i przyniosła aspirynę. Resztkę anyżowki zabrała do swojego pokoju, bo uznała, że jej też się coś z tego wszystkiego należy.
Usiadły we trzy przy okrągłym stole z ciemnego drewna, matka Loli i Frida naprzeciwko siebie, Lola między nimi. Kobiety piły herbatę, zmęczone, zachrypnięte, rozczochrane. Przyglądały się sobie trochę niepewnie. Usiłowały się jedna od drugiej dowiedzieć, co zaszło, ale żadna z nich nie wiedziała, czy to, co pamięta, jednak jej się nie śniło, więc urywały w pół zdania, żeby za dużo sobie nawzajem nie zdradzić. A Lola patrzyła to na jedną, to na drugą i coraz bardziej się śmiała.

– Tylko nie mów nic tacie – poprosiła wieczorem matka Loli. A potem dodała: – Frida chwaliła twój rosyjski.
– Przecież nic nie mówiłam – zdziwiła się Lola.
– Ale widać było, że wszystko rozumiesz.

śmierć


katastrofa-m

śmierć


SwMadziaZSosnowca-m

« wtewewte »