Kiedy Iwasz był mały, Dorośli pytali go co rano, wśród czułości i zachwytów:
– Co ci się śniło synku? Co się śniło mojemu synkowi, wnuczkowi, Iwaszkowi mojemu, co?
A on, nieporuszony, z właściwym sobie spokojem, odpowiadał niezmiennie:
– Lyba.
języki obce i nie
języki obce i nie
Moje lewe oko jest leniwe i łakome.
Pożąda miłych kształtów, ale widzi je zawsze nieostro, więc nie może się nasycić.
języki obce i nie
– Ojej, a czemu ja mam takie brudne stopy? – zapytała kiedyś starsza z moich młodszych sióstr na następny dzień po imprezie.
– Bo tańczyłaś boso w kałuży rozlanej na podłodze wódki – odpowiedziałam rzeczowo.
– Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienie.
języki obce i nie
Śniło mi się, że miałam dziecko, bardzo małe, parodniowe. Któregoś wieczora zorientowałam się, że chyba przez cały dzień nic nie jadło.
– Jadłeś coś? – zapytałam.
– Batonika – odpowiedziało, bezbłędnie wymawiając R.
– To nie wystarczy. Powinieneś jeść co najmniej jeden duży posiłek dziennie. Będziesz o tym pamiętał?
języki obce i nie
W marcu zainstalowałam tutaj licznik. Na dole bloga pokazuje podstawowe statystyki, a na osobnej stronie jeszcze mnóstwo ciekawych rzeczy, na przykład z jakiego adresu ajpi i z jakiej przeglądarki było wchodzone i kiedy, na jakiej wielkości monitorze oglądane i jak długo, itd.
Najbardziej lubię zakładkę „Sł. klucz. z wyszukiwarek”. Zagapiłam się i nie notowałam, a jak się okazuje, mam dostęp tylko do statystyk z ostatnich dwóch miesięcy – ale i tak. Słuchajcie:
chodze w chodakach
bystrzyca cycki
perfumowane chuje
chloroform na majtkach
mnie chloroformem
lizanie butów szklarska poręba.
języki obce i nie
Mój brat, wówczas pewnie czteroletni, do kolegi z przedszkola: Nie kłam, to wstyd.
Przedszkolanka do mojego brata, nieco poirytowana: Wstyd to chodzić z gołą pupą.
języki obce i nie
Pod koniec roku rozmowy przestały się kleić. Zdania się urywały, frazy strzępiły, brakowało słów. Zwłaszcza tych najprostszych, najbardziej zwyczajnych. Szukaliśmy ich za każdym razem coraz dłużej. I coraz częściej na próżno.
Wyglądało na to, że wyczerpaliśmy roczny zapas. Nie całkiem, oczywiście. Zostały nam jakieś słowa. Takie, których rzadko się używa. Trudne, obce, przestarzałe, wulgarne albo specjalistyczne, z wąskich dziedzin.
Żeby prowadzić najzwyklejsze codzienne rozmowy, musieliśmy strasznie się gimnastykować. Bo jak powiedzieć „Cześć, co słychać, wszystko w porządku?” albo „Dzień dobry, poproszę dwa kilo ziemniaków”, kiedy ma się do dyspozycji już tylko wyrazy takie, jak: azaliż, brucella, chuj, dejktyczny, deranżować, izochroniczny, jebać, koperwas, kurwa, metopa, nitratyn, okulizować, optatyw, pegmatyt, pizda, repryza, suhak, tedy, ulem i wersor?
języki obce i nie
Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.
Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok – że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.
Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni – ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.
Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.
Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
– Można? – zapytałem, sepleniąc.
– Tak, proszę. – Miał rozkoszną chrypkę.
Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.
Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.
Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.
Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
– Hm, tak – pomrukiwał – tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… – Usiadł przy biurku. – No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. – Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. – To się łatwo leczy. Jeśli pan chce – spojrzał na mnie z powątpiewaniem – jedna prosta operacja załatwi sprawę.