śmierć


Na budynku dworca Warszawa Śródmieście jest duży napis Warszawa Śródmieście. Na kreseczce nad pierwszym Ś siedzi sroka, ogon trzyma równolegle do kreseczki.
Naprzeciwko szpitala MSWiA stoi kamienica. Na parterze mieszczą się sklep medyczny i jubiler, na pierwszym piętrze zakład pogrzebowy i lombard.
Na jednym z budynków przy placu Zawiszy jest duży napis brajlem. Cztery metry nad ziemią, więc nikt go nie przeczyta.
Na cmentarzu Old Brompton stoi nagrobek z napisem John Smith, kropka.

śmierć


Ulica G, ciepły majowy wieczór.
Mały chłopiec z plastikowym pistoletem (marzycielsko): Ach, gdyby ten pistolet był prawdziwy…
Ojciec (rzeczowo): Tobyś zastrzelił.
Chłopiec (entuzjastycznie): Zastrzelił!
Ojciec (nadal rzeczowo): Więcej niż Breivik.

śmierć


śmierć


Kiedy umarła prababcia Pelagia, pradziadek pomalował wszystko na olejno. Nawet wannę. A potem wykuł imię prababci na kamieniu w ogrodzie i pogrążył się w najczarniejszym smutku.

Sprowadziliśmy się do niego latem. Pierwszego dnia zbierałam z trawy czereśnie i jadłam z pestkami, a potem bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo. W garażu zobaczyłam czerwony trójkołowy rowerek.

Łazienkę od kuchni oddzielał tylko kredens, ten, którego się trzymałam, kiedy mama szarpała mnie za włosy przy porannym czesaniu, i brązowa zasłona w żółte kwiaty podobne do rosnących pod oknem dziecinnego ślinababów. Wanna miała śmieszne krzywe nóżki, obok stał wieszak na ubrania.

Brat przyjeżdżał na lato. Całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie, zapamiętałam je jako przesterowane w orwokolorze złotozielone slajdy. Młodszy brat, młodsza siostra i ja, dzieci do ogrodu, dzieci do kąpieli.

Kąpaliśmy się razem, zanim zaczęliśmy się wstydzić. Pewnego dnia brat po wejściu do wanny zwinął się w kłębek i zasłonił rękoma. Zdziwione zapytałyśmy, co robi. Zasłaniam jajka, powiedział.

śmierć



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

śmierć


Pierwszy dzień szkoły przypomniał mi się dzięki Agt, a właściwie dzięki jej dwóm galeriom z obrazkami z lektur dziecięcych*. Jedna galeria nazywa się Kiedy byłam mała, chciałam…, a druga – Kiedy byłam mała, bałam się… Dla przykładu: Kiedy byłam mała, chciałam… żeby ktoś wysuszył mi stopy swoimi długimi włosami oraz Kiedy byłam mała, bałam się… sterty obciętych członków.

Dziś przypomniałam sobie zdjęcie z dzieciństwa. Widzę je dość dokładnie, chociaż pewnie już mocno zniekształcone przez pamięć. Szukałam go w sieci, ale nie znalazłam.
Kiedy byłam mała, bałam się zagłady.

Drugiego września rano mama podciągnęła mi rajstopy, wywlekła na zewnątrz gumkę, związała ją w pętelkę, pospiesznie mnie uczesała – musiałam z całej siły trzymać się kuchennego kredensu, bo robiła to zawsze bardzo niedelikatnie – i zaprowadziła do szkoły.
Miejsce już znałam; przed wakacjami chodziłam do szkolnej zerówki, gdzie w małej salce w piwnicy podobna do świnki Piggy pani Mariola uczyła nas literek, cyferek i kwadratów, kasztanowych ludzików, papierowych łańcuchów i mozaiki ze skorupek. Ale teraz miało być inaczej, już na poważnie, na piętrze, z zeszytami, lekcjami i dzwonkiem.

Posadzono mnie w pierwszej ławce, z jakimś chłopcem. Pani w niczym nie przypominała sympatycznej świnki. Szczupła, wysoka, w wielkich ciemnych okularach, z czarnymi włosami upiętymi w nieprawdopodobny kok wyglądała jak Rosjanka z ówczesnych amerykańskich filmów sensacyjnych. Przywitała się, przedstawiła i oznajmiła, że będzie naszą wychowawczynią, a następnie kazała nam wstać, powiedzieć „Dzień do bry pa ni”, usiąść i od tej pory zawsze tak reagować na jej „Dzień dobry”.
„Pierwszy września, który wczoraj świętowaliśmy – powiedziała pani, kiedyśmy usiedli – to nie tylko początek roku szkolnego, to także rocznica”. I zaczęła opowiadać o wojnie. Jak na nas Niemcy napadli, jak nas okupowali, jak do nas strzelali, jak robili łapanki, getto i oświęcim. A potem puściła po klasie album ze zdjęciami, na których to wszystko było pokazane.

Na tym zdjęciu, które przypomniałam sobie dziś rano, przeraźliwie chudy mężczyzna ubrany w coś, co wydało mi się wtedy podobne do piżamy dziadka, pcha taczki. Na taczkach leżą obcięte kończyny albo nagie ciała dzieci – tak splątane, że trudno stwierdzić. Taczki są przeładowane, więc te wszystkie ręce i nogi prawie się z nich wysypują. Jedna, lekko zgięta, zwisa na pierwszym planie.

śmierć


Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

śmierć


[Dawno nie było.
Najlepsze frazy wyszukiwarek z ostatnich 30 dni w formie wiersza, proszę. Jeden wers odpowiada jednej frazie. Frazy przytaczam w oryginalnym brzmieniu, poprawiam tylko ortografię.]

dziewczyny z karpiem
kiedy szedłem szukać szynki

umysł jako podmiot poznający
pokój starszej pani
księżyc to placebo
smutno jest być solipsystą
całuj mnie jesienią

amatorka
szczupła miesięcy kochasz a
zimna bez serca

wiersze o cipce
ślimak do nasion
zamknięta pistacja

definicje logika
milosc szkic
wenflon krew
ruchaj mnie
medycyna śmierć
powiesiła się

skup złomu
koniec świata
maszyna snów
zęby szczura
dwa księżyce na niebie

klatka schodowa
stopnie do piekła
milosc szkic
medycyna śmierć

pistacje
jak się otwierają pistacje

zęby szczura
powiesiła się

śmierć


Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

śmierć


img378

śmierć


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode – łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

« wte • wewte »