Z komórki, po wizycie u dentysty. Ulica P-ska w W-wie.
wszystko inne
Ogólnie rzecz biorąc, mam mnóstwo zmartwień. To pewnie kwestia charakteru. W dodatku od kilku dni co rano budzę się z trudnym pytaniem.
Jeśli wyłączą prąd, internet i telefony,
to skąd się dowiedzieć dlaczego?
(Radia i telewizora nie mamy,
sąsiedzi będą się bali otworzyć).
Odpowiedź znalazłam.
Co zrobić, jeśli w naszym domu
pojawi się myszka?
(Mieszkamy z kotami, w terrarium byłaby nieszczęśliwa, w piwnicy jest trutka, sąsiedzi by pewnie zabili).
Odpowiedź znalazł Adam.
A odpowiedź na trzecie z dotychczasowych pytań powyżej. Brzmi ona: „Raczej nie”.
W celu udzielenia odpowiedzi zepsuto wydruk obrazu Picassa.
Uuu, Baśka przyszła, profesorowa. Nie znasz? Gdzieś ty się uchowała, kochana! W domu siedzisz? Baśka profesorowa, co to jest za pizda i szmata! Szmata jakich mało. Rozmawiamy raz, ilu która miała. Ja podaję liczbę trzycyfrową, a ona mi dwa razy tyle. Ja zdziwiona, a ona na to, że to bez orala.
Ale w sumie mniejsza, sama święta nie jestem. Wszystkie się puszczają, obciągają po kątach, jakby myślały, że jak mocno zassą, to w końcu miłość poleci. Najgorsza to ona jest z charakteru. Po piwnicach pizda chodzi i do sałen i opowiada, na dziewczyny gada, że ta to, że tamta tamto, że mają. Żeby chociaż prawdę mówiła, ale gdzie. Ostatnio się do Róży przysiada i mówi, a ty wiesz, mała od sześciu lat ma, koleżankę mam w przychodni, jej kartę widziała i mi powiedziała. No, mała ma, wiem, bo jak wyszło, to mi mówiła, sama ją pocieszałam. Ale że od sześciu lat, to jest ohydne kłamstwo. Od trzech ma. No i wiem, że najbardziej to się martwiła, że się cioty dowiedzą, więc chociaż ja małej nie lubię, to takie chodzenie i gadanie to uważam za ostatnie świństwo. A to były kiedyś przyjaciółki!
I co? Chodzi i gada, a sama też ma, od stu lat ma. Mało profesora nie zaraziła, ale on cwany jest, miłość nie miłość, ale w końcu naukowiec. Węzły miała powiększone, strasznie się w nocy pociła, to się domyślał i uważał. Tylko że mu szmata powiedziała, że się badała i nie ma. A jak z jakąś wysypką w szpitalu wylądowała, to trzeba było sprawdzić, i wtedy się okazało, że ma. Od bardzo dawna ma.
Z profesorem to w ogóle była historia. Ile razy ja mu mówiłam, żeby pizdę pogonił. Ale gdzie tam. Wokół palca go sobie owinęła, w domu u niego zamieszkała i siedziała taka naburmuszona całymi dniami, o seksie zapomnij, a jak ją profesor w końcu wywalił, to oszczędności były już wszystkie co do grosika zjedzone. I spaść go próbowała! Matka ją nauczyła, że chłopa trzeba utuczyć, żeby na miasto na baby nie chodził, to smażyła kurczaka w panierce z czipsów.
No i te jej kariery i interesy. Przecież to jest hochsztaplerka najgorsza. Najpierw chciała zostać księdzem, ten przepych kościelny jej się podobał. Godzinami potrafiła siedzieć i ze szczegółami sobie wyobrażać, jak ją na papieża koronują. Tak z rok była w seminarium, potem ją wylali. Sutannę sobie zostawiła, nawet przymierzałam. Jak do lekarza musiała, to się za księdza przebierała, i takim krokiem zamaszystym, bo wysoka jest, przez poczekalnię szła, znaki krzyża wielkie ręką w powietrzu kreśliła, dłoń dawała do pocałowania i wchodziła bez kolejki.
Potem jakieś targi organizowała w Z. Długów narobiła, interes zwinęła i przyjechała tutaj. Znalazła jakąś lukę w prawie, strasznie dumna z siebie była; wymyśliła, że będzie nadawać tytuły arystokratyczne za niewielką opłatą. Mnie w to chciała wciągnąć, żebym w zarządzie była, bo się ładnie nazywam. Obraziła się, bo nie chciałam. I potem zdziwiona, że jej tego nie zarejestrowali! A już nazwisko zmieniła na dłuższe, chyba trzeci raz, już stronę internetową miała. Bo ona przede wszystkim stwarza pozór w internecie. Kolejne profile na fejsbuku zakłada, strony robi. Wszystko pięknie-ładnie i na poważnie, pastelowe tło, na górze jakieś zdjęcie ze stocka, obrazki, zakładki, o nas, kontakt i misja. Ale jak głębiej zajrzysz, to linki do stron, których nie ma, albo jakieś lorem ispum. Po paru miesiącach się jej odechciewa i tworzy nowe pozory. Po tych herbach była jakaś organizacja filantropijna. Obrazki wklejała na fejsbuku z napisami, Każdej zimy zamarza tyle a tyle osób, reaguj! albo Fundacja Płomyczek Dobra życzy Wesołych Świąt. I przecinki wszędzie nie tam gdzie trzeba.
Ale przez tych parę miesięcy ludzie się nabierają! W Z miasto jej lokal dało, na tę działalność charytatywną jakiś sprzęt biurowy dostała. Ale najgorsze to mi Róża wczoraj powiedziała. Bo teraz Baśka jest psychologiem. Pacjentów u znajomego przyjmuje, gdzie za pilnowanie i podlewanie kwiatków mieszka, też stronę ma, profil na fejsbuku, porad na jakichś portalach udziela, wczoraj guglowałam. A jakie CV sobie wymyśliła! Gdzie ona nie pracowała, jakiego to doświadczenia nie ma. Na jednym portalu to nawet „filozof-etyk” sobie dopisała. A ja profesora pytałam, czy ona ma jakieś w tym kierunku wykształcenie. Gdzie tam. Nie ma. Chuja ma. Tyle chociaż, że dużego.
Krzyś miał przerąbane, bo seplenił i był piegowaty, a poza tym jeszcze w czwartej klasie mama odprowadzała go do szkoły i opowiadała innym mamom, że go karmi łyżeczką. Już na pierwszych lekcjach się z niego śmiali. A ja uznałam, że to nie w porządku, i postanowiłam się z nim zaprzyjaźnić, żeby go wesprzeć i pokazać innym, że są głupi. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na przerwach bawiliśmy się, że mój kanciasty plastikowy niemiecki tornister to statek kosmiczny, a na lekcjach siedzieliśmy w jednej ławce, co było zupełnie niesłychane, bo normalne dziewczyny nie zadawały się z chłopakami, a jedyną, która siedziała z chłopakiem, była Danka, ale to pod koniec szkoły, i nie dlatego, że chciała, tylko dlatego, że nikt nie chciał siedzieć z nią, a ten chłopak był taki jak ona, z zajęczą wargą i kurzajkami, i nie miał nic do gadania.
Od razu się zaczęło, że Jacek i Barbara, że się ruchamy, że jesteśmy zboczeni i tak dalej. Któregoś dnia otoczyli nas na boisku i zaczęli krzyczeć, żebym Krzysia pocałowała. Myślałam, że jeśli go pocałuję, to zobaczą, że to nic takiego (przecież całują się nie tylko ci, co się ruchają, na przykład rodzice całują się ze swoimi przyjaciółmi i nie zachowują się, jakby to było coś wstydliwego), i może się odczepią. Krzyś był strasznie zawstydzony, zawsze bardziej się nimi przejmował. Kiedy pocałowałam go w policzek, rozległ się potworny wrzask. Do końca szkoły się nie odczepili.
Ewa była Świadkiem Jehowy. Nawet jej nie dokuczali, po prostu była jakby obok tego wszystkiego. Trochę się z nią kolegowałam, raz czy dwa się odwiedziłyśmy, pożyczałyśmy sobie zeszyty, kiedy któraś chorowała. Ewa dawała mi czasem te ich gazety z kolorowymi obrazkami, na których baranki przytulają się do lwów, trawa jest soczyście zielona, a ludzie szczęśliwi i uśmiechnięci. Pamiętam, że kiedyś zapytała, czy wierzę w diabła. Stałyśmy wtedy pod dużym oknem na końcu korytarza. Spojrzałam w jasne oczy Ewy, czyste i błękitne, i zobaczyłam w nich szatana. I chyba odpowiedziałam, że nie.
Sylwek był gruby, ale dawał radę. To on pierwszy zaczął nazywać mnie kurwiszonkiem. Często mnie bił, chyba on najczęściej. On był duży, ja mała, więc uderzał z góry, pięścią w czubek głowy. Chłopaków to bardzo śmieszyło, ale ostrzegali: „Nie dotykaj jej, bo się pierdolcem zarazisz”.
Rodzice nauczyli mnie, że donosicielstwo jest jedną z najohydniejszych rzeczy na świecie, więc nie skarżyłam, ale dla Sylwka zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że w domu go leją, więc poprosiłam tatę, żeby porozmawiał z jego ojcem. Podziałało. Na następny dzień usłyszałam, jak Sylwek, obficie spluwając, mówi chłopakom: „Kurwa, trzeba będzie przestać bić kurwiszonka, bo mój stary…”. Kiedy po latach spotkałam go na ulicy w P-nie, przywitał mnie ze szczerym uśmiechem. Naprawdę.
Marzeny nienawidziłam. Ciągle się mnie czepiała, wyzywała mnie, biła i szarpała. Raz, jak na chemii usiadła w ławce przede mną, trafiła się okazja do zemsty. Marzena miała na sobie nylonową białą bluzkę. Paskudną, więc stwierdziłam, że wielkiej szkody nie będzie. Delikatnie przytknęłam pióro do materiału. Atrament rozchodził się szybko w efektowne ni to gwiazdy, ni to krzyże. Systematycznie stawiałam kolejne i kolejne. Zanim się zorientowała, minęło sporo czasu. Fajnie krzyczała. Wychowawczyni trochę się pooburzała („Taka grzeczna dziewczynka, kto by pomyślał!”), a potem zarządziła, że mam kupić odplamiacz. Dostałam od mamy pieniądze, ale nie chciało mi się iść do sklepu, więc po prostu przekazałam je Marzenie. Kiedy kupiła sobie najtańszy z odplamiaczy, a resztę wydała na lody, czułam się jednak trochę oszukana.
Ale najgorsze było to z miotłą. Marzena niby trochę trzymała z chłopakami, ale to było takie dziwne trzymanie, jakby ona trzymała z nimi, a oni z nią nie. Z ochotą się przyłączała, kiedy nabijali się z dziewczyn, nazywała mnie kurwiszonkiem jak oni, tylko chyba jeszcze częściej, ale nie była do końca bezpieczna, jej też dokuczali, a Zaniuk strzelał ze stanika jak wszystkim („Stanik dzisiaj masz?”; mnie nie, ja nie nosiłam, niedoczekanie), chociaż w sumie akurat Marzena raczej to lubiła. No a raz wzięli z szatni miotłę i wsunęli jej kij między nogi, tak jakby chcieli ją na nim posadzić okrakiem, i ją na tej miotle podnieśli, wysoko, żeby nie mogła stopami dosięgnąć podłogi. I chociaż nienawidziłam Marzeny, było mi jej wtedy szkoda. Przecież to musiało okropnie boleć. I przecież wszyscy, którzy to widzieli, musieli myśleć o tym, że Marzena ma cipę.
Zaniuk miał już prawie osiemnaście lat, tyle razy nie zdał. I kuratora, i wąsik. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I wszyscy się go bali, nawet niektórzy nauczyciele, a zwłaszcza pan od matematyki, taki blady, chudy, w wojskowych laczkach z dziurkami i sweterku w romby. Kiedy Zaniuk wychodził z klasy w środku lekcji i pogwizdując, przechodził tak blisko niego, że prawie go trącał ramieniem, pan od matematyki cofał się pod tablicę i potem miał plecy całe w kredzie. Ja się nie bałam, bo ja się niczego nie boję (oprócz pająków), a wtedy bałam się tylko taty i pająków. I to Zaniuka trochę wkurzało. Podchodził czasem, łapał mnie jedną dłonią od tyłu za szyję, mocno ściskał, nachylał się do mojego ucha i syczał przez zęby: „Nie boisz się? Nie boisz się, kurwiszonku?”. Naprawdę się nie bałam. Zastosowałam swój stary sposób, który w pierwszej czy drugiej klasie świetnie podziałał na zadzieranie spódnicy – udawałam, że tego nie zauważam, bo wiedziałam, że jak dziewczynka nie krzyczy, to nie ma zabawy i chłopaki szybko się nudzą. Więc udawałam, że nic nie czuję, chociaż to ściskanie bardzo boli. Starałam się nie kulić, siedziałam bez ruchu i czekałam, aż się odwali. I w końcu się odwalił.
Tego chłopaka ze sportowej właściwie nie znałam. Nie pamiętam, jak miał na imię. Może Maciek. W siódmej czy ósmej klasie pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krynicy albo innej Rabki. Dało się wytrzymać, bo nikt nie chciał być ze mną w pokoju, więc miałam dwójkę tylko dla siebie. Krzysiek przychodził do mnie na makao, a chłopaki zaglądały przez okno z tarasu, rechotały się, robiły miny, i palcem jednej ręki ruchały kółka zrobione z palców drugiej. Chciałam zasłonić firankę, ale Krzysiek mnie powstrzymał, powiedział, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Zemściliśmy się wieczorem na dyskotece w piwnicy. Poczekaliśmy na wolny kawałek i kiedy dziewczyny z chłopakami przytuleni powoli obracali się dookoła i macali, zaczęliśmy krążyć wokół nich jak czaple, z plecami wygiętymi w pałąk, przykurczonymi rękami i ustami w dziubek, wysoko podnosząc kolana i powoli opuszczając stopy. Szybko nas przepędzili.
To z tym chłopakiem nie pamiętam, czy było przedtem czy potem. Jeśli potem, to może przynajmniej wiadomo dlaczego. Przyskoczył do mnie nagle na spacerze, napluł mi w twarz i uciekł. I to był drugi i ostatni raz, kiedy na kogoś naskarżyłam. Poszłam do jego wychowawczyni, pani M. Zawsze ją lubiłam, była miła i jakaś taka delikatna. Jak kiedyś na przerwie zostawiła torebkę w klasie i któryś z uczniów ją okradł, to się popłakała. Poszłam i powiedziałam. „To niemożliwe”, usłyszałam. „Maciek to taki dobry chłopiec”.
No a z Danki to nawet myśmy się śmiali, ja z Krzyśkiem. Mówiło się na nią „prymitywne jajeczko” i myśmy też tak mówili. Trafiła do nas jakoś w szóstej, siódmej klasie, bo nie zdała. Miała brzydkie ciuchy, zajęczą wargę i kurzajki. I cycki, jako jedna z pierwszych, a wtedy cycki to był powód do wstydu. Przynajmniej u Danki. Strasznie jej się na wuefie bujały. I taka wylękniona była, zahukana, małomówna.
Ale któregoś dnia, może dlatego, że mama mi coś powiedziała, bo pamiętam kawałek rozmowy, pomyślałam sobie, że jak to. Że przecież Danka nic nikomu nie zrobiła. No i wiedziałam, jak to jest, kiedy wszyscy ci dokuczają. I chociaż chyba obawiałam się trochę, że się od tego zarażę Danką, podeszłam do niej na przerwie na korytarzu i zagadałam. Nie pamiętam o co, może po prostu powiedziałam „cześć”, może zapytałam, czy coś było zadane – chodziło o to, żeby zrobić to normalnie, po ludzku. Jezu, jak się Danka uśmiechnęła. Jakby jej ktoś żarówkę w środku włączył. A mnie zrobiło się bardzo, bardzo wstyd.
Ania potrafiła siedzieć w pracy do ósmej i dłużej. Ze sprawami przychodziła, biegała z piętra na piętro, chociaż tam się ogólnie raczej pisało, mejle albo na skajpie. Z impetem otwierała drzwi i krzyczała od progu. Karoliiinka! (prosiłam, żeby nie zdrabniała, potem się przyzwyczaiłam). Stawała nade mną, tuż, jak nie lubię (też się przyzwyczaiłam), plask, kładła korektę składu na stół i domagała się, żeby gdzieś coś wyrzucić albo dopisać, bo sieroty i wdowy. Albo ze stronami redakcyjnymi, sczytaj, podpisz mi się, o tu. I stała, dopóki nie sczytałam i nie podpisałam (nie mogę się skupić, jak tak nade mną stoisz, mówiłam, jakiś błąd zrobię i będzie, ale też się przyzwyczaiłam).
W biurze na ulicy U siedziała w pokoju koło kuchni i czasem zmywała naczynia, jakby miała za dużo energii. Jak się zostawiło w kuchni pudełko na jedzenie, to wyrzucała. Zostawiają, leży bez sensu, zrzędziła. Widać nie potrzebują. I jeb, do śmieci. I mejle kasowała, nie potrafiłam tego zrozumieć. A bo mi tylko zapychają skrzynkę, mówiła.
Czasem przynosiła do pracy kota, Adam się denerwował, bo go nie pilnowała. Kot chodził sobie, jak chciał, po piętrach i pokojach, po tarasie, ogródku. A potem Ania po biurze. Guuucio! Guuucio!
I niektóre ubrania miała dziwne, na przykład białe ażurowe kozaki, skórzane, z milionami błyszczących metalowych klamerek. I taki puder, prawie pomarańczowy.
M powiedziała kiedyś, że Ania siedzi po nocach „w ramach ekspiacji za tę długą nieobecność”. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo to było, zanim tam zaczęłam pracować. Potem, po kilku latach, się dowiedziałam. Ania zrobiła się jakaś cichsza, już nie przychodziła, a jeśli nawet, to nie krzyczała i nie rzucała na stół. Później długo była na zwolnieniu. Czasem pojawiała się na chwilę, zszarzała, przestraszona, wyglądała, jakby się zaraz miała rozpłakać.
Ale potem wróciła i było jak przedtem, i chyba się nawet cieszyłam, kiedy znowu usłyszałam to jej „Karoliiinka!”, albo tak mi się teraz wydaje.
Tylko że potem firmę kupiła inna firma, dużo większa. Naszą i jeszcze dwie. I się zaczęło. Jednych powywalali, innych przesunęli, Ania wylądowała w logistyce z jakimiś tabelami. Nie pojawiała się już u nas. Zlecaniem składu i redakcją techniczną, na której się w ogóle nie znaliśmy, mieliśmy się zajmować sami.
Trochę czasu minęło, zanim ją w tej logistyce odszukałam. I trochę chyba o niej zapomniałam po prostu. W końcu znalazłam ją piętro niżej, w ponurym ciemnym pokoiku. Puder na jej twarzy był jeszcze bardziej szary niż w tych złych czasach na ulicy U. Później nie było jej chyba dłużej niż rok. Nie było i nie było. Potem zaczęła się pojawiać, brać jakieś zlecenia, jakby się powoli poprawiało. Pod koniec grudnia wróciła ze zwolnienia i od razu ją wylali. W połowie stycznia wylali mnie i od tego czasu widziałam Anię tylko raz, kiedy zorganizowała wielką imprezę, na którą udało jej się ściągnąć prawie całą dawną firmę.
Niedawno do Adama zadzwonił D. Adam przyszedł do mnie i powiedział, co usłyszał. Potem dzwonił do U, do N, jeszcze do kogoś, potem rozmawialiśmy na skajpie z A, na gmailu z A, potem do Adama zadzwonił jeszcze ktoś. A napisał nam w dwóch linijkach, co mu powiedziała mama Ani, i wiem, że bardzo trudno mu to było napisać.
Nie było wiadomo, co mówić. Próbowałam coś myśleć, ale wtedy otworzyła mi się w głowie czarna dziura.
Była śliczna pogoda. Przyszło bardzo dużo ludzi. Mszę (tak, zadałam sobie to zupełnie nie na miejscu pytanie) przeczekaliśmy na zewnątrz. W cieniu było jednak trochę chłodno, jakiś owad usiadł Adamowi na czapce. Potem długo dzwonili, dzwon miał nieznośnie płaczliwy dźwięk. Nie sądziłam, że tak będzie, ale od tego dzwonu i powolnego marszu za czarnym samochodem to się jednak zrobiło bardziej realne.
Na cmentarzu ksiądz coś śpiewał nad grobem, ale tak cicho, jakby czuł się tak, jak myślę, że inni się czuli. Był głośnik na tyczce, ale nie bardzo go było słychać. Ksiądz strasznie fałszował i nie spodobało mi się słowo „służebnica”. Potem z tego głośnika puścili skrzypce i wtedy część kobiet się popłakała. Pogoda dalej była piękna, świeciło słońce, szumiały drzewa, pod murem cmentarza przeszedł facet z łopatą. Wyglądało jak film. Kiedy skrzypce przestały grać, z głośnika rozległy się oklaski.
Na koniec ktoś, chyba brat Ani, powiedział, że nie spodziewali się tylu osób i dziękują wszystkim, którzy przyszli. „Gdziekolwiek teraz jest Ania – powiedział – na pewno jest szczęśliwsza, niż była. I wierzcie w to”. A potem z tego głośnika na tyczce puścił jej ulubioną piosenkę.
Pewnie większość ulubionych piosenek dziwnie brzmi na pogrzebie. W tej powtarzała się fraza I am what I am, I’ll do what I want.
10.12.2013
Bakłażana kupił jakiś czas temu Adam. Dziś na kolację będzie makaron z bakłażanem. Więc wzięłam tego bakłażana i tnę, bo u nas w kuchni ja jestem od cięcia (cięcia, tostów i ewentualnie mieszania, Adam od całej reszty). Cięłam wzdłuż, na plasterki, żeby potem pociąć wszerz i w poprzek. Obcięłam tak do połowy, aż tu patrzę: wyjedzone, nasrane, a w samym środku – gąsienica. Miała szczęście, ostrze noża minęło ją o ułamek milimetra. Zastygła w bezruchu, a kiedy ją delikatnie wyjęłam, zwinęła się w kłębek. Położyłam ją na talerzu razem z zasranymi resztkami bakłażana, wróciła do swojej nory. Będę ją hodować.
13.12.2013
„Kupiłem larwie bakłażan”, powiedział wczoraj Adam.
Dziś ją przeprowadziliśmy.
16.02.2014
Bakłażan, w którym mieszkała gąsienica, zapadł się i wysechł. Uznaliśmy, że czas na przeprowadzkę. Adam kupił nowy. Wczoraj po śniadaniu zabrałam się do otwierania starego. Ostrożnie, żeby nie skrzywdzić larwy, i z niepokojem, bo nie wiedzieliśmy przecież, w jakim ją zastaniemy zdrowiu.
Delikatnie rozdzierałam kolejne warstwy. Prawie całe wnętrze owocu zostało wyżarte, z wyschłych włókien sypał się pył, z zakamarków wylatywały muszki. Otworzyłam cały.
Po gąsienicy nie było śladu.
I teraz co?
a) Wyschła tak, że jej nie widać.
b) Zjadły ją muszki.
c) Zamieniła się w muszki.
d) Znajdziemy ją, całą i zdrową, w nowym bakłażanie.
e) Gdzieś w kuchni jest poczwarka.
Zaczęłam wymyślać tę historię, jadąc do pracy w tamtą środę, o której na pewno kiedyś opowiem. Zanotowałam w telefonie kilka zdań, chciałam wrócić do nich wieczorem, ale koło południa wydarzyło się coś, co sprawiło, że musiały poczekać.
Jestem urzędnikiem państwowym. Moja praca nie należy ani do tych najważniejszych, ani do bardzo odpowiedzialnych, ale lubię… lubiłem ją i starałem się zawsze jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Cieszyły mnie widok równo wypełnionych tabel, lista załatwionych spraw, dokładnie odbite pieczątki. Cieszył mnie porządek. To było moje państwo.
Cierpię na chorobę, która okresowo sprowadza na mnie przedwczesną starość. Budzę się wtedy zmęczony, nie mam siły zwlec się z łóżka, a kiedy już wstanę, ciągle chce mi się spać. Rzeczywistość stawia opór większy niż zwykle. Powietrze mętnieje i traci ostrość, ręce słabną, nogi miękną i uginają się pode mną, odległości rosną i gęstnieją. Idę do kuchni, po drodze zapominam po co. Zatrzymuję się zdezorientowany w pół kroku, stoję. Ciało traci czucie, umysł wypełnia mgła. Stalowa furtka jest cięższa, klamka bardziej niż zwykle oporna. W tramwaju nie mam siły stać, ale nie wyobrażam sobie, że miałbym poprosić o miejsce; przecież nie wyglądam. W urzędzie wszystko dzieje się szybciej, telefon jest przygłuchy, monitor pozbawiony blasku. Tabele pokrzywione, myszka jakby niepełnosprawna, klawisze wyślizgują się spod palców. Kiedy wracam do domu, kładę się na łóżku, leżę i patrzę. Myślę.
To się działo powoli, może dlatego było tak trudne do zauważenia, chociaż dokonywało się na naszych oczach. Jak dorastanie dziecka, z którym mieszkamy – łatwiejsze do zaobserwowania dla wuja, który widuje je tylko od czasu do czasu. Ale stało się, a teraz jest już za późno. Państwem zawładnęli barbarzyńcy.
Kiedy zaczęli psuć język, prawie nikt się nie przejął. Co najwyżej niektórzy się śmiali. Zapanowała dyktatura asapów, memów i pejroli, ludzi zaczęto kopiować w wiadomościach. Gdy w końcu nawet poeci przestali dbać o przecinki, niewielu już zostało takich, którzy mogliby zwrócić na to uwagę. Większość od dawna do szóstej wieczorem, w coraz gorszych warunkach i za coraz mniejsze pieniądze, zajmowała się wytwarzaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, a po szóstej konsumowaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, i na nic innego nie miała już czasu.
Nie chcę osądzać. Być może zwyczajnie chorobie, która sprowadza na mnie przedwczesną starość, mało było mojego ciała i zaatakowała także moje relacje z rzeczywistością. Bo nie umiem się już odnaleźć. Nie rozumiem tego języka, nie akceptuję obyczajów.
Wciąż jednak ukrywam swoją chorobę. Co rano jadę tramwajem do urzędu, chociaż praca nie daje mi już satysfakcji. Kradnę minuty, by odzyskać stracone życie. Uparcie trzymam się dawnego języka i wiary w przyzwoitość.
Opieram się barbarzyńcom, stawiając przecinki we właściwych miejscach. Ale czy oni to widzą?
Być może należy po prostu uciekać.
No więc wychodzę dziś z domu i idę. Jestem już na rogu, kiedy wtem! coś z głośnym stuknięciem spada mi pod stopy. Patrzę, orzech. Przestraszyłam się trochę, prawie bym w głowę dostała. Rozglądam się – nieopodal ląduje wrona i czeka. To rozdeptałam orzech, odwróciłam pęknięciem na wierzch i poszłam. Cały zjadła.
Ciekawe, czy wie, że zrobiłam to świadomie, czy ma ludzi za niezdarne automaty, które depczą wszystko, co im spadnie pod nogi.
Leżę w łóżku, czytam książkę, piję whisky. Czuję, że mam coś na policzku, dotykam, rzęsa.
– Pomyśl życzenie – myślę.
– Wszystkiego najlepszego – myślę.
W: Stefan Themerson, Cztery krótkie teksty, przeł. Karolina Iwaszkiewicz i Adam Pluszka; „Literatura na Świecie” nr 9-10/2013.
(Na końcu przypisu, którego tu nie ma, bo byłby przypisem do przypisu, tłumacze dziękują chcącemu pozostać nieznanym znajomemu, bez którego nie stworzyliby wspólnej wersji przekładu).







