Nie jest tego dużo, ale pamiętam, że jak próbowałam go dogonić, ojciec czasem się do mnie odwracał, kucał i szeroko rozstawiał ramiona, a ja biegłam i śmiałam się, kiedy w nie wpadałam; i pamiętam, jak na spacerze trzymali mnie z obu stron za ręce, a ja podwijałam nogi i frunęłam nad kałużami, póki nie powiedzieli, żebym przestała; i jak podbiegałyśmy do nich, kiedy się jeszcze przytulali, i łapałyśmy ich za kolana, aż tracili równowagę i pies zaczynał szczekać.
I w sumie też to, że jak mama kazała nam pilnować gotującego się mleka, to ze stoickim spokojem patrzyłyśmy na garnek i kiedy zaczynało kipieć, biegłyśmy do niej, krzycząc piskliwie „Ki-pi, ki-pi, ki-pi!” – bo to była taka nasza zemsta.
– Tu była kiedyś biblioteka. – Z niebieskiej budy dolatuje wilgotny zapach charakterystyczny dla starych drewnianych domów. – Potem różne sklepy i zakłady, ale mama mówi, że wszystko szybko plajtowało. Tylko knajpa się utrzymuje. – (Pijarnia piwa, tak o niej powiedziała, zapamiętałam, bo spodobało mi się słowo).
Koło urzędu stanu cywilnego jest salon sukien ślubnych Medea i zakład pogrzebowy: – O, te okolice już znam. Na moście strasznie się kiedyś wywaliłam. Jechałam na rowerze i zahaczyłam kierownicą o barierkę.
Adam pochodzi z Z, ja tam przez kilka lat mieszkałam, ale już po jego przeprowadzce do K. Dlatego pamiętamy inne warstwy. Na przykład tam, gdzie u Adama kino – na placu Warszawskim, z którego odjeżdżały (A, tak, za moich czasów też!) autobusy do Niemiec – u mnie jest restauracja.
– W tym sklepie z elektroniką zaopatrywał się mój kolega M. Ale nie ten M, tylko inny. Był dziwny, w szkole się z niego trochę śmiali. (O. I druga. Sześć groszy). Ojciec zabronił mi się z nim spotykać, mówił na niego Piroman. Bo bawiliśmy się kiedyś wyrzutniami zapałek w altance, a następnego dnia się okazało, że ją niechcący podpaliliśmy.
M od altanki – przypisuję Piromanowi atrybut, żeby zapamiętać. Tak jak Adama byłym dziewczynom, wszystkie pamiętam jak święte albo Matki Boskie, D od ręki, S od matki, A od sukni, J od pierwszego razu, Z, co przyjeżdżała, H, co wyjechała, itd.
– A tam jest fryzjer, u którego ostrzygłam się na trzy milimetry po tym, jak mnie była żona Hydraulika wytargała za włosy; chyba ci opowiadałam; wpadła do nas do domu i zwyzywała mnie od dziwek… O, nie ma już… hm, nie pamiętam, jak się ta knajpa nazywała.
– Cafe Mozart.
– Na tamtej ścianie mój brat namalował od szablonu wielkiego fiuta ze skrzydłami i podpisem „Pegaz z napędem jądrowym”.
– W zakładzie fotograficznym pod tą ścianą zrobiłam sobie zdjęcie do dyplomu. (Co to? A nie, to nie). O, a tędy podobno zjechał kiedyś autobus. Kierowcy coś odbiło, i staranował te słupki, i…
– Tak, i zatrzymał się dopiero po drugiej stronie Wolności. A tutaj był… a, jest jeszcze, Sfinks.
– Byłam tam kiedyś, jak przyjechała do nas Lola, Hiszpanka. Strasznie byłam o nią zazdrosna.
– A ja, jak z rodzicami rozmawiałem o wynikach badań krwi.
– Pstrowski!
– W tym szpitalu leżałem, kiedy szukali mojej brakującej nerki. Te dwa okna na rogu.
– Te?
– Nie, to jest łącznik. W tym ciemnym.
– A tutaj podobno ksiądz hodował kozy w przykościelnym ogródku.
– No, jest tu trochę do roboty dla kóz… A tam (O, patrz!) kupiłem Maryję i Jezusa.
– Z tej apteki wyszła kiedyś pani magister w białym fartuchu; akurat wtedy, kiedy jakiś mężczyzna wyskoczył z ósmego piętra.
– A tu mieszkałem, jak byłem mały. (Brat mówił wczoraj, że to obciach mieszkać przy jednokierunkowej). Te dwa okna po prawej. Chodź, zobaczymy, czy da się wejść na podwórko… Ojej. Te słupy ciągle tu są…
Mija południe, idziemy do M, ale nie M od altanki, tylko do M.
M ma niebieski pokój, taki chłopięcy, z komputerem i drążkiem do podciągania, i z nagrodami poetyckimi w szafce nad biurkiem. W pudle na szafie trzyma ocalałe resztki przeszłości Adama. Przepisane na maszynie wiersze sprzed kilkunastu lat (Boże… – Adam łapie się za głowę nad kolejnymi kartkami – co za gówno!), obsceniczne limeryki, kroniki z wakacyjnych wyjazdów nad morze, albumy z gołymi babami. Pakujemy wszystko do torby, razem z prostownikiem i niedawno wydaną książką M, wracamy do rodziców na obiad.
– Chodź do piwnicy – mówi na koniec Adam. – Poszukamy Jezusa.
Trochę to trwa, bo w piwnicy też jest sporo przeszłości. Czapka, narty (O, umiesz jeździć na nartach?), konfitury. W końcu znajdujemy.
– Ile kosztował? – pytam, kołysząc Jezusa w ramionach.
– Jakieś trzydzieści złotych.
Dla plu, ponieważ i zgodnie z obietnicą.
Rysunek z bardzo nudnych zajęć o tym, z czego składa się książka.
Byliśmy wczoraj nad morzem. Zaparkowałam samolot w porcie, potem szliśmy na piechotę, Adam, ja i mama z trzyletnim moim piętnastoletnim bratem w wózku. Przyleciały sowy syjamskie, zrośnięte. Miały kocie oczy, mlecznozielone i bardzo piękne, a na brzuchach pióra ze szmaragdów, a może z butelkowego szkła. Ta po prawej złapała dwie żmije i tak leciały z nimi nad nami. Potem sowa upuściła żmije, one się rozpełzły, i nawet się nie bałam, chociaż miałam sandały, a nie trampki jak wszyscy.
Na chłopczyka w mroku nocy
błędny ognik mruga:
„Chcesz, opowiem ci o życiu,
to nie potrwa długo:
Raz dziewczynkę z popielnika
iskiereczka kusi:
«Chcesz, opowiem ci o śmierci,
nie mów nic mamusi:
Tatę zjadł kot, mamę zjadł pies,
a ciebie myszka zjadła.
Potem pies kota, potem kot śmierć…».
– Ognik dopalił się i zgasł. –
Cyt! Iskierka spadła”.
Patrzy chłopczyk, ciszy słucha,
zaszły łzą oczęta.
Błędny ognik go okłamał,
chłopczyk zapamięta.
[Por. ***.]
Na budynku dworca Warszawa Śródmieście jest duży napis Warszawa Śródmieście. Na kreseczce nad pierwszym Ś siedzi sroka, ogon trzyma równolegle do kreseczki.
Naprzeciwko szpitala MSWiA stoi kamienica. Na parterze mieszczą się sklep medyczny i jubiler, na pierwszym piętrze zakład pogrzebowy i lombard.
Na jednym z budynków przy placu Zawiszy jest duży napis brajlem. Cztery metry nad ziemią, więc nikt go nie przeczyta.
Na cmentarzu Old Brompton stoi nagrobek z napisem John Smith, kropka.
Bar Kawowy P, jakiś czas temu. Adam i ja idziemy po piwo. Za barem młoda dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Szczupła, blada, i nie wiadomo, niewyspana czy zakłopotana, ale już na pierwszy rzut oka zupełnie odklejona od rzeczywistości.
– Dobry wieczór – mówimy.
– Dobry wieczór – odpowiada ona cicho i uśmiecha się, jakbyśmy powiedzieli coś bardzo śmiesznego i zupełnie nie na miejscu.
– Poprosimy dwa lechy zielone, w butelce – mówię.
– Dwa lechy? – Patrzy na nas z niedowierzaniem.
– Tak – odpowiada Adam. – W butelce, zimne.
Dziewczyna rzuca nam zdziwione spojrzenie i idzie na zaplecze. Podekscytowani czekamy, co będzie dalej. Pojawia się S, daje mi 10 złotych, prosi, żebyśmy wzięli jedno też dla niego. Dziewczyna wraca, stawia przed nami dwie butelki.
– Jeszcze jedno, jeśli można – mówi Adam.
– Jeszcze jedno? – powtarza ona, wstrząśnięta, ale wciąż jakby senna.
– Tak, poprosimy – mówię.
Dziewczyna powoli zdejmuje kapsle.
– Tylko proszę nie przelewać.
– My nie przelewamy – obrusza się zza jej pleców starsza barmanka.
Kładziemy pieniądze na barze. Dziewczyna patrzy na nie skonsternowana, potem na nas, na starszą barmankę, znowu na pieniądze. Dość długo milczy, wreszcie oznajmia, z rozbrajającym uśmiechem, ale jakoś tak nieodwołalnie i nie bez mrocznej satysfakcji:
– Nie mam jak wydać.
– Jak to?
– No, nie mam – mówi i zaczyna bez przekonania siłować się z szufladą. Siłuje się, siłuje, zupełnie bezskutecznie, i dodaje: – Chyba że pięciogroszówkami.
Po następne piwo idzie S. Bardzo długo go nie ma, wreszcie wraca, stawia butelki na stoliku i mówi:
– Podchodzę do baru i pytam: „Czy mogę zamówić? Są drobne?”. Na to wtrąca się pani Irena: „To myśli pan, że nawet drobnych nie ma?”. „Drobnych nie było, ale – dodaję przypochlebnie – na pewno są grube”. A pani Irena wtedy: „Ważne, żeby grube były. Zawsze można rozmienić na drobne”.
Po paradzie, u Mademoiselle Blanche. Część zgromadzenia czyta Edmunda White’a, część rozmawia o korporacjach, S, Adam i ja słuchamy z gospodynią Marii Callas. Przy Un bel di vedremo S trochę się krzywi, co widząc, Mademoiselle Blanche przystępuje do płomiennej obrony Madamy Butterfly.
– Bo prawdziwa dama, jak czeka na statek… – zaczyna ze swojego fotela pod oknem. – Ja ci powiem, bo ja jestem starsza – wtrąca, upiwszy łyk wina.
– W wieku balzakowskim? – dopytuje S.
– Jakim balzakowskim?! On! – Oburzona Blanche wskazuje na Marcina. – On jest w balzakowskim! Ja jestem w średnim! …No więc – podejmuje po chwili – prawdziwa dama, jak tak czeka i czeka, to różne rzeczy mogą jej przyjść do głowy.
– Na przykład co?
– Na przykład przestać czekać…
[Poprzednie słowa kluczowe w formie wiersza, proszę bardzo.]
co się nadaje do ruchania
czy człowiek to dusza czy mózg
czy znacie kurewkę z ciechanowa
nie jaką magdę grochowską?
gdy śni się ksiądz i guziki na sutan nie
porno pokrzywy – tak czy mnie lubi czy nie
obciągałam wujkowi – kazali rajstopy
kanał lewy kanał prawy – szkoda że cię nie
porno pokrzywy – spójniki grób
tak czy mnie lubi czy nie
czy znacie kurewkę z ciechanowa
nie jaką magdę grochowską?
wymasuję panu i gratis dojadę
z piekła mnie wygnali kiedy nie ma ciebie
sutanna nie ma trzydziestu trzech guzików
kanał lewy kanał prawy – szkoda że cię nie
porno pokrzywy – spójniki grób
logika spoza rozumu
strzeliły korki – nie ruchaj mnie
czy znacie magdę grochowską?
Ulica G, ciepły majowy wieczór.
Mały chłopiec z plastikowym pistoletem (marzycielsko): Ach, gdyby ten pistolet był prawdziwy…
Ojciec (rzeczowo): Tobyś zastrzelił.
Chłopiec (entuzjastycznie): Zastrzelił!
Ojciec (nadal rzeczowo): Więcej niż Breivik.
