W ramach wietrzenia jesieni ze szpitalnych zapachów – trochę starej tektury, czyli kolejny rysunek z pudła. Czwarty rok studiów, ćwiczenia z antropologii filozoficznej.
2009, na zebraniu w pracy. Mysz, dorysowana na prośbę kolegi, jest organiczna i niepodzielna dlatego, że mała.
Sens tytułu można sobie w słowniku pod hasłem jak w tytule.
Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode – łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.
Darkroom.
Stąd jesteś?
Nie, czemu pytasz?
U znajomych się zatrzymałeś?
W hotelu, dwie ulice dalej.
To co?
Co?
Bo ja mam autobus o czwartej.
[opowiedziane przez Radeczka]
jak zacząć
dobry wieczór / dzień dobry
przepraszam
która godzina?
na randce
zjesz coś? / wypijesz?
masz ładne oczy
chodźmy do kina
seks
dotknij mnie tutaj / całuj mnie mocniej
przestań na chwilę
ja już skończyłam
miłość
lubię cię / kocham
dobrze mi z tobą
jestem szczęśliwa
rozstanie
lepiej już pójdę / wezmę taksówkę
zadzwonię jutro
będę tęskniła
[Zainspirowane autentycznymi rozmówkami, rozdział Romance, tytuły kolejnych części za oryginałem, treść z grubsza też.]
Alek, mój trzyletni brat cioteczny, pokazuje mi swoje samochodziki.
– Ile ich jest? – pytam.
– Osiemdzieści.
– Osiemdzieści – wyjaśnia Paweł, ojciec Alka – oznacza bardzo dużo. Najwięcej.
pod centrum handlowym
gołębia bez głowy
dzióbały kruki i wrony
a głowa
z otwartym wciąż okiem
kawałek dalej leżała
pod blokiem
[za facebookowym statusem Zoś: „pod centrum handlowym sadyba krukowate jadły gołębia bez głowy”]





