27.09.2011 | komentarze [5]
kategorie rysunki | tagi języki obce i nie • książki • nauki przyrodnicze • rozmowy dzieci z dorosłymi
kategorie rysunki | tagi języki obce i nie • książki • nauki przyrodnicze • rozmowy dzieci z dorosłymi
Wczoraj, z Moniką w klubie S. Łazienka, myjemy ręce, z ubikacji wychodzi facet, zagaduje.
– Pan chce rozmawiać? – pyta Monika.
– Ja muszę – odpowiada facet ponuro. – Ale – dodaje nieco weselej – to zawsze może być fajne.
– Nie zawsze, proszę pana – odpowiadamy prawie chórem. – Nie zawsze…
Idziemy na parkiet. Po jakimś czasie podchodzi ten sam facet.
– Czy jeśli nic nie będę mówił, to pozwolicie mi z wami zatańczyć?
Siedzę w pracy, przychodzi A. Do Adama. Adama nie ma, więc rozmawiamy chwilę, a potem A się żegna.
– Do widzenia – mówi. – Idę cierpieć.
– Miłego cierpienia.
– Nie mówię „nawzajem”.
– Dziękuję.
Dzwoni Olo.
– Dobry wieczór!
– Dobry wieczór! Co u pana słychać?
– Życie, proszę pani, toczę życie. A pani?
– Och, ja też. I to jest spora zmiana, wie pan, bo do niedawna toczyłam śmierć.
Marcin, Doktorowa i ja jedziemy do Elizki.
– Macie mapę?
– Nie.
– Marcin wychodzi z założenia, że każda droga prowadzi tam, gdzie on chce dojechać.
– Pewnie słusznie. Tylko nie wszystkie drogi są tej samej długości.
Kiedy starsza z moich młodszych sióstr była jeszcze bardzo malutka, zwykle bawiłam się sama – nie miałam kolegów ani koleżanek z podwórka, bo mieszkaliśmy na uboczu w domu z ogrodem, nie chodziłam do przedszkola, a Iwasz przyjeżdżał tylko od czasu do czasu.
Stwarzałam sobie w wyobraźni światy nie mniej realne niż ten prawdziwy i pozwalałam, żeby się z nim przenikały. Odróżniałam wymyślone od prawdziwego, oczywiście – ale tylko w razie potrzeby.
Któregoś dnia, w upalne letnie popołudnie, postanowiłam, że pobawię się w śpiącą królewnę – położę się na leżaku, zamknę oczy i będę udawała, że śpię, a potem przyjdzie książę, obudzi mnie i wreszcie będę mogła bawić się z kimś, a nie sama.
Leżenie okazało się strasznie nudne. Jedyną ciekawą rzeczą był czerwonopomarańczowy kolor moich prześwietlanych słońcem powiek. Minęło dziesięć, może piętnaście minut, nikt nie przyszedł. Uznałam, że albo źle udaję, albo to jakaś bujda z tym księciem, i otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że natychmiast zapomniałam o swojej głupiej zabawie. Świat stał się niebieski.
Słowa kluczowe czerwiec–lipiec.
Podaję najciekawsze, tym razem nie wierszem, a wg kolejności z licznika. Pisownia oryginalna.
niszczą blone porno
Szkic Podfruwajki
co to nieadekwatność
wujek czas wolny dzieci
napisy na piżamy
stroje ludowe skup
nie akceptuję swojego gejostwa
czy psychiarta moze umawiac sie z pacjentka
co to znaczy wypiąć się do kogoś gołym tyłkiem
jak uwieść faceta biseksualistę
łaskotali pannę
opatrunkiem na oku
romans lekarz etyka
Zaczepiał was kiedyś pedofil?
sutanna ma guzików
PYSK DZIKA
przjęzyczenie albo potówr mityczny
olej święcony
molestowanie łaskotanie
wiersze o długiej nieobecności
pielegniarka tortury
skup kopyt plastykowych ceny
muza poety
jak otworzyć zamkniętą pistacje
świntuchy amatorki
zatęchła woda w studni
po operacji został opiłek (igła)
jak poderwać listonosza
jak wygląda kapitalista
karuzela kukiel blog
Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.
Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!
Jest koło czwartej, idę ulicą, na chodniku przed sobą widzę swój cień. A właściwie dwa, nałożone jeden na drugi, z nieznacznym przesunięciem, jakby za moimi plecami świeciły dwa słońca.
Nie, zaraz, słońce jest jedno. Może coś złego dzieje się z moimi oczami. Czy inni widzą to samo, co ja? Patrzę na cień mężczyzny przechodzącego obok. Też jest podwójny. Co za ulga.