Rumunia 2004, dworzec autobusowy w Suczawie. Zaczepia mnie mała Romka. Wyciąga dłoń i natrętnie błagalnym tonem mówi coś, czego nie rozumiem. Kręcę odmownie głową, dziewczynka znika. Po chwili pojawia się znowu, boleśnie szczypie mnie w ramię, krzywi się paskudnie i mamrocze coś, czego także nie rozumiem, ale co zdecydowanie brzmi jak klątwa.

Polska 2009, w-wski tramwaj. Wsiada obszarpany mężczyzna z gnijącą nogą, klęka w przejściu między siedzeniami i zaczyna recytować:
– Szanowni państwo nie mam pracy nie mam domu jestem chory nie mam na leki…
Jeden z pasażerów brutalnie łapie go za ramię, podnosi z klęczek i popycha w stronę siedzenia.
– Siadaj!
Mężczyzna z gnijącą nogą protestuje nieśmiało:
– Ale ja chciałem coś użebrać…
– Siadaj! Siadaj jak człowiek.

Polska 2010, Dworzec Centralny w W-wie. Darka zaczepia mężczyzna o kulach i prosi o pieniądze. Darek odmawia. Mężczyzna patrzy mu głęboko w oczy i mówi:
– Życzę zdrowia…

Niecałe dwa tygodnie temu widziałam w tramwaju bardzo starego mężczyznę z bardzo starym jamnikiem. Obaj byli siwi, obaj trochę smutni i jakby lekko speszeni. Kiedy mieli wysiąść, mężczyzna pochylił się z widocznym wysiłkiem i wziął jamnika na ręce.

Słowa kluczowe, po których internauci trafiają na jesień fetyszysty, ogromnie mnie inspirują. Poniżej, w ramach przeprosin za długą nieobecność, pomieszczam dwa krótkie wiersze utworzone w całości z fraz wyszukiwarek.
Frazy przytaczam bez skrótów i zmian, poprawiam tylko pisownię tam, gdzie to niezbędne. Zasadniczo jeden wers odpowiada jednej frazie, jeżeli jest inaczej, oddzielam przecinkiem. Wyjątek stanowi zdanie „pacjent nic nie widzi i lekarz nic nie widzi”, które rozbiłam na dwa wersy. Tytuły Raport ze szpitala i Poranek poety pochodzą ode mnie.
A do zagospodarowania mam jeszcze takie skarby, jak „co zrobić z wodą święconą o nieprzyjemnym zapachu”, „kiedy panna ma wysłać lotto” czy „zabawy z pokrzywami”…

słowa kluczowe 2 – Raport ze szpitala

5 lekcji anatomii
karta gorączkowa stolec
lekarki w gumowych rękawiczkach
wenflon zakładanie

karuzela plac zabaw
chłopiec na karuzeli
gładzi się po nodze
cos chrobocze w ścianie

pacjent nic nie widzi
i lekarz nic nie widzi
karuzela od góry
za stygnącymi latarniami

chłopiec na karuzeli
gładzi się po nodze
cos chrobocze w ścianie
słowa kluczowe 3 – Poranek poety

leniwe oko, lustro patrz
oko zaklejone podbite
stonki sen, ślimak śmierć
śniły mi się dwa księżyce
koniec świata jpg
muza trudne życie

Parę lat temu babcia Ka podarowała mi walizkę. Mimo to jeszcze długo na służbowe wyjazdy pakowałam się do starego plecaka. Po piaszczystych p-skich poboczach nie dałoby się ciągnąć walizki na kółkach. Zaczęłam jej używać dopiero po przeprowadzce do W-wy.
Walizka hałasuje, turkocze na kostce brukowej, na schodach ruchomych wydaje charakterystyczny wizg, ludzie się oglądają. Wymusza specyficzną postawę, sztywną i wyprostowaną. Pod obstrzałem spojrzeń trzeba uważać, żeby nie wypaść z roli, nie stracić powagi. Z walizką czuję się inna.

Parę lat temu kolega z pracy dostał od żony walizkę bardzo podobną do mojej. Przedtem używał dużej torby na ramię i twierdził, że z walizką wyglądałby śmiesznie, ale szybko się przyzwyczaił.
Po jakimś czasie zauważyłam, że walizka kolegi zaczęła wydawać dziwne dźwięki. Zgrzytała, piszczała, jęczała, jakby miała się zaraz rozpaść.
– Co się z nią dzieje? – zapytałam.
– Nie wiem. Coś się chyba psuje.

– Wiesz – powiedział tydzień później – przeczytałem instrukcję obsługi.
– O, i co?
– Dowiedziałem się, że po trzydziestu trzech kilometrach odpadną mi kółka.

lolaosobie

W p-skim kościele nawet latem było chłodno. W przedsionku pachniało kamieniem, panował półmrok. W słoneczne dni po wejściu na chwilę się ślepło. Kropielnicę wypełniała mętna zielonkawa woda. Rodzice zanurzali w niej palce i żegnali się. Ja robiłam to samo, tylko że lewą ręką, bo jestem leworęczna. Kiedy zwracali mi uwagę, mówiłam, że Bozi jest chyba wszystko jedno. Woda święcona dziwnie pachniała, nie lubiłam, kiedy ściekała mi po czole. Długo byłam przekonana, że tym właśnie różni się od zwykłej wody, że jest zielonkawa, mętna i dziwnie pachnie.

W sekretariacie mamy przegródki oznaczone imionami. Sekretarka wkłada do nich listy, my sobie nawzajem różne dokumenty, lukrecjowe kotki, wycinki prasowe, papierowe statki. Po przyjściu do pracy podpisuję się na liście obecności (na marginesie rysuję głodne zwierzęta i zmęczonych ludzi), a potem zaglądam do przegródki.

Parę miesięcy temu znalazłam tam małą zieloną kopertę. Poszłam na górę, usiadłam przy swoim biurku i otworzyłam. W środku było wycięte z gazety zdjęcie półnagiej modelki zawinięte we fragment reklamy osiedla powstającego przy tej samej ulicy, przy której mieści się nasza firma. Nazwa ulicy była podkreślona długopisem. I to wszystko. Bez podpisu. Koperta zaadresowana dziwnym, sztucznie dziecinnym charakterem pisma.

Nie wiedziałam, kto mógłby być nadawcą tej przesyłki, i nie miałam pojęcia, co chciał mi dać do zrozumienia. Ale pierwszą moją reakcją był wstyd. Zaczęło mi szumieć w uszach. Szybko schowałam wycinki z powrotem do koperty. Adam spojrzał na mnie zdziwiony.
– Co to?
– A nie wiem. Nic – powiedziałam, siląc się na obojętny ton i wzruszyłam ramionami.

Ale już było po sprawie – stałam się zakładniczką sytuacji. Zaczerwieniłam się.
– Na pewno nic?
– Nic – powiedziałam i nieco zbyt energicznie podarłam kopertę, a potem wyrzuciłam ją do śmieci.

– Mama, a gdzie jest koniec świata?
– Nie ma. Bo świat jest okrągły. Jest okrągłą kulą.
(podsłuchane w autobusie)

Parę lat temu. Wracam do domu po imprezie, tramwajem, pijana i wesoła. Naprzeciwko mnie siada facet, też pijany. Przygląda mi się, przygląda, i wreszcie mówi:
– Jesteś bardzo ładna, chociaż wyglądasz na Żydówkę.

dla Telemacha*

Wujek miał wąsy i skarpetki w romby. Kiedyś uczył w podstawówce, ale zrezygnował, bo bał się uczniów. Cofał się pod naporem ich wrogich spojrzeń aż pod tablicę i stał, z całej siły wbijając się w nią plecami. Spuszczał wzrok, mówił szybko, cicho i niewyraźnie. Po południu jego wełniana kamizelka była cała w kredowym pyle.
Później otworzył mały warsztat i zajął się dorabianiem kluczy. Jego dłonie zawsze były nienaturalnie czyste – białe jak dwa kawałki surowego ciasta, ani ciepłe, ani zimne, bez zapachu.

Wolny czas spędzał na placu zabaw. Dyskretnie przyglądał się dzieciom. Fascynowały go. Pozbawione poczucia odpowiedzialności, ale obdarzone wyobraźnią tak potężną, że zdolną stworzyć świat. Okrutne, beztroskie i straszne.
Nigdy ich nie zaczepiał, nie odważyłby się. Między nim a dziećmi była przepaść, zdawał sobie z tego sprawę, nie próbował, nawet w marzeniach. Po prostu patrzył i tęsknił.

W piątek został trochę dłużej. Ściemniało się, dzieci wracały do domów. Jeden z chłopców przeszedł tuż obok wujka i otarł się prowokacyjnie o jego kolano. Wujek znieruchomiał. Chłopczyk spojrzał mu w oczy i z całej siły kopnął go w kostkę.
– Pedofil!

Wujek został sam na pustym placu zabaw. Usiadł na karuzeli. Spod nogawek przykrótkich spodni wyłoniły się skarpetki w romby i kilka centymetrów białej, pokrytej rzadkimi włosami skóry. Wujek odepchnął się od ziemi, karuzela jęknęła.
Zamknął oczy. Na jego kolanach siedziała pięcioletnia księżniczka Tacjanna.
Karuzela się kręciła. Księżniczka się śmiała. A wujek ją łaskotał, łaskotał, łaskotał…

* Ze względu na prośbę wyrażoną tu.

– Nie leć, synu, za blisko słońca, by nie stajał wosk od jego żaru – powiedział Dedal, przypinając Ikarowi skrzydła. – I nie leć za blisko morza, by pióra nie nasiąknęły wodą*.
– Ojcze – Ikar się zaśmiał, bo pióra łaskotały go w szyję – jesteś znakomitym rzeźbiarzem i jeszcze lepszym projektantem labiryntów, jesteś pomysłowym wynalazcą i wspaniałym konstruktorem sztucznych krów – (przy krowach Dedal trochę się skrzywił) – ale przyrodnik z ciebie żaden.
– O, doprawdy? – zdziwił się Dedal drwiąco, ale pobłażliwie, bo lubił swojego syna.
– Czyżbyś nie wiedział, że im bliżej słońca, tym zimniej? – zapytał Ikar i nie czekając na odpowiedź, odbił się od ziemi, by po chwili zniknąć w przestworzach.

Na wysokości 1700 metrów jego serce zaczęło walić jak oszalałe. Na wysokości 1800 metrów zrobiło mu się niedobrze. Na wysokości 2000 metrów zaczęło kręcić mu się w głowie. Na wysokości 2300 metrów zemdlał i runął do morza.

* Za Wandą Markowską.

« wtewewte »