jf śni


Wczoraj wieczorem czytałam w łóżku Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Kiedy zamknęłam książkę, spod poduszki zaczęło wyrastać miasto. Był to Londyn znany mi dobrze ze snów, podobny do Łodzi i do Jerozolimy.

Byłam bardzo zmęczona. Położyłam głowę na przykrytym śpiworem brzegu Londynu. Ze względu na uszkodzenie mózgu nie potrafiłam postrzegać przedmiotów jako całości, a im bardziej byłam senna, tym bardziej ześlizgiwały się jedne z drugich elementy, na które rozpadała się rzeczywistość. Siebie też nie mogłam posklejać; im bardziej spałam, tym mniej się czułam i tym bardziej nie wiedziałam, kim jestem. Było to cudowne i kuszące jak śmierć.

Żeby dowiedzieć się, kim jestem, odnalazłam dzielnicę, w której, jak mi się zdawało, spędziłam dzieciństwo. Znalazłam swój dom, ale mieszkali w nim jacyś obcy ludzie, nie poznali mnie i najwidoczniej nie byli moją rodziną.

Na psiej łące za miastem miał się odbyć koncert. Na płotach wisiały plakaty z napisem NICK CAVE.
– O! – wykrzyknął na mój widok jakiś mężczyzna. – Tu jesteś, wszędzie cię szukamy! Zaraz wychodzisz na scenę.

Spojrzałem w dół. Obleśny piwny brzuszek wypychał do przodu napis NICK CAVE na mojej koszulce. I chociaż ostatnio Nicka Cave’a słuchałam w liceum, to naprawdę mi ulżyło, kiedy dowiedziałem się, kim jestem.

Obok Adam zasnął nad reportażami o architekturze.

Byliśmy wczoraj nad morzem. Zaparkowałam samolot w porcie, potem szliśmy na piechotę, Adam, ja i mama z trzyletnim moim piętnastoletnim bratem w wózku. Przyleciały sowy syjamskie, zrośnięte. Miały kocie oczy, mlecznozielone i bardzo piękne, a na brzuchach pióra ze szmaragdów, a może z butelkowego szkła. Ta po prawej złapała dwie żmije i tak leciały z nimi nad nami. Potem sowa upuściła żmije, one się rozpełzły, i nawet się nie bałam, chociaż miałam sandały, a nie trampki jak wszyscy.

Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

Pająk zamienił się w muchę, zniósł wielkie jajo i z powrotem zamienił się w pająka. Z jaja wykluło się pięć lub siedem ślicznych stonek, każda w innym kolorze. Bardzo mi się podobały, ale wiedziałam, że nie mogę trzymać ich w domu, bo zjedzą mi fikus. Wyrzuciłam je przez okno, ostrożnie, żeby się nie potłukły.

Śniło mi się, że miałam dziecko, bardzo małe, parodniowe. Któregoś wieczora zorientowałam się, że chyba przez cały dzień nic nie jadło.
– Jadłeś coś? – zapytałam.
– Batonika – odpowiedziało, bezbłędnie wymawiając R.
– To nie wystarczy.  Powinieneś jeść co najmniej jeden duży posiłek dziennie. Będziesz o tym pamiętał?

« wte