smutek


Nie jest tego dużo, ale pamiętam, że jak próbowałam go dogonić, ojciec czasem się do mnie odwracał, kucał i szeroko rozstawiał ramiona, a ja biegłam i śmiałam się, kiedy w nie wpadałam; i pamiętam, jak na spacerze trzymali mnie z obu stron za ręce, a ja podwijałam nogi i frunęłam nad kałużami, póki nie powiedzieli, żebym przestała; i jak podbiegałyśmy do nich, kiedy się jeszcze przytulali, i łapałyśmy ich za kolana, aż tracili równowagę i pies zaczynał szczekać.
I w sumie też to, że jak mama kazała nam pilnować gotującego się mleka, to ze stoickim spokojem patrzyłyśmy na garnek i kiedy zaczynało kipieć, biegłyśmy do niej, krzycząc piskliwie „Ki-pi, ki-pi, ki-pi!” – bo to była taka nasza zemsta.

smutek


Na chłopczyka w mroku nocy
błędny ognik mruga:
„Chcesz, opowiem ci o życiu,
to nie potrwa długo:

Raz dziewczynkę z popielnika
iskiereczka kusi:
«Chcesz, opowiem ci o śmierci,
nie mów nic mamusi:

Tatę zjadł kot, mamę zjadł pies,
a ciebie myszka zjadła.
Potem pies kota, potem kot śmierć…».
– Ognik dopalił się i zgasł. –
Cyt! Iskierka spadła”.

Patrzy chłopczyk, ciszy słucha,
zaszły łzą oczęta.
Błędny ognik go okłamał,
chłopczyk zapamięta.

[Por. ***.]

smutek


Po paradzie, u Mademoiselle Blanche. Część zgromadzenia czyta Edmunda White’a, część rozmawia o korporacjach, S, Adam i ja słuchamy z gospodynią Marii Callas. Przy Un bel di vedremo S trochę się krzywi, co widząc, Mademoiselle Blanche przystępuje do płomiennej obrony Madamy Butterfly.
– Bo prawdziwa dama, jak czeka na statek… – zaczyna ze swojego fotela pod oknem. – Ja ci powiem, bo ja jestem starsza – wtrąca, upiwszy łyk wina.
– W wieku balzakowskim? – dopytuje S.
– Jakim balzakowskim?! On! – Oburzona Blanche wskazuje na Marcina. – On jest w balzakowskim! Ja jestem w średnim! …No więc – podejmuje po chwili – prawdziwa dama, jak tak czeka i czeka, to różne rzeczy mogą jej przyjść do głowy.
– Na przykład co?
– Na przykład przestać czekać…

smutek


Poduszkę to akurat Lola długo miała tylko jedną. „I jeszcze, choć pewnie wyda się to Panu śmieszne, pisała, niech może weźmie Pan ze sobą poduszkę”. Więc przychodzili z ulubionymi jaśkami, z poduszkami samolotowymi, takimi w kształcie nerki, albo z nadmuchiwanymi, które szeleściły w nocy jak suche liście.
Na następny dzień pakowali szczoteczki do zębów, grzebienie, wczorajsze majtki, skarpetki i koszule. Zwijali poduszki; z tej turystycznej powietrze uchodziło z cichym sykiem. Zabierali wszystko, jakoś nigdy niczego nie zapominali. Lola też nie zostawiała śladów. Nawet jak dawała prezenty, to takie, żeby nie rzucały się w oczy. Książki bez dedykacji, które można było upchnąć na półce i zapomnieć od kogo, albo obrazki tak małe, że w razie czego dało się je po prostu schować do pudełka.
Ale któregoś dnia, w sumie przypadkiem, poszła do supermarketu. Kupiła płyn do udrażniania rur, paczkę irysów, litr whisky i poduszkę, chociaż nikogo się nie spodziewała. A potem nocowała u kolegi, też w sumie przypadkiem, dlatego bez szczoteczki. Kolega za to miał zapasową. Rozpakował ją i dał Loli. „Ta, powiedział, będzie twoja”.

smutek


smutek


Kiedy umarła prababcia Pelagia, pradziadek pomalował wszystko na olejno. Nawet wannę. A potem wykuł imię prababci na kamieniu w ogrodzie i pogrążył się w najczarniejszym smutku.

Sprowadziliśmy się do niego latem. Pierwszego dnia zbierałam z trawy czereśnie i jadłam z pestkami, a potem bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo. W garażu zobaczyłam czerwony trójkołowy rowerek.

Łazienkę od kuchni oddzielał tylko kredens, ten, którego się trzymałam, kiedy mama szarpała mnie za włosy przy porannym czesaniu, i brązowa zasłona w żółte kwiaty podobne do rosnących pod oknem dziecinnego ślinababów. Wanna miała śmieszne krzywe nóżki, obok stał wieszak na ubrania.

Brat przyjeżdżał na lato. Całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie, zapamiętałam je jako przesterowane w orwokolorze złotozielone slajdy. Młodszy brat, młodsza siostra i ja, dzieci do ogrodu, dzieci do kąpieli.

Kąpaliśmy się razem, zanim zaczęliśmy się wstydzić. Pewnego dnia brat po wejściu do wanny zwinął się w kłębek i zasłonił rękoma. Zdziwione zapytałyśmy, co robi. Zasłaniam jajka, powiedział.

smutek


Na manifę poszłam w końcu przebrana za siebie, tyle że bez torby, z kluczem na szyi i pieniędzmi w kieszeni. Po sobotnich baletach z Momo i Radeczkiem przyjemnie odklejona od rzeczywistości, pogodna, choć niezbyt przytomna i wciąż się przejęzyczająca (na wstępie obiecałam S, że kiedyś narysuję jego autoportret). Zapomniałam chusteczek, S dał mi jedną.

Po manifie wpadłam do S na kawę. W kuchni mówiliśmy o Lacanie i siorbaniu, w pokoju o Charpentierze, Orfeuszu, Russellu, topologii i paradoksach eleatów. Chusteczkę, z której w międzyczasie zrobił się niezły bałwanek, położyłam na stole koło swojego kubka, żeby mieć pod ręką, ale S od razu wyrzucił ją do kosza.

Zbierając się do wyjścia, rzuciłam coś o cipustce. Że coś masz, coś robisz, a potem zostaje ci pustka. S – kolekcjoner słów śmieci, jak ja – natychmiast podchwycił.
– Cipustka… To jak pustka po kochanku, brak kochanka, nie?
Zatrzymałam się w drodze do przedpokoju i spojrzałam na S z namysłem.
– Hm. Czy ja wiem…

A potem poszło. Tak czasem bywa, że człowiek na kacu jest bardziej niż zwykle wymowny; zdania wychodzą okrąglejsze, gładziej utoczone, wywody bardziej eleganckie, puenty mocniejsze, a pytania takie retoryczne, że można by tłumy porywać. Więc poszło. Stałam w przedpokoju, wiązałam buty, kurtkę zakładałam – i głosiłam, przemawiałam i zaprawdę zapytywałam.
Że czy słusznie dajemy sobie do głów ładować, że pustka, że samotność, już nie tylko w miłosnym kontekście, ale w ogóle, że otóż iż że samotność i pustka są złe? Że czy nie za łatwo wierzymy w tę miłość, co nam się ją zewsząd podaje, jako niezbędną do spełnienia-człowieczeństwa-szczęścia? Że ta miłość to dopiero od niedawna tak wygląda, jak nam ją wpychają, i w ogóle cała niedawno jest wymyślona, że co to jest w ogóle za reklama, dogmat i paradygmat, tfu? Że może nam się wmawia potrzeby, bez których byłoby nam lepiej, bo których na przykład może wcale zaspokoić się nie da?
No, tak, co prawda, przerwałam sobie, sięgając po szalik, tak, mógłby ktoś powiedzieć, że epikureizm, że nawet stoicyzm, to filozofia rezygnacji. Ale! Zakończyłam dobitnie, zapinając swoją kusą kurteczkę, będącą w gruncie rzeczy górną częścią kombinezonu narciarskiego.

– Ale masz kibić – powiedział S.
– Prawda? – ucieszyłam się. – To idę. Dasz mi chusteczkę? Bo tę, co miałam przez całą manifę, wyrzuciłeś do kocha.

smutek


smutek


[Dawno nie było.
Najlepsze frazy wyszukiwarek z ostatnich 30 dni w formie wiersza, proszę. Jeden wers odpowiada jednej frazie. Frazy przytaczam w oryginalnym brzmieniu, poprawiam tylko ortografię.]

dziewczyny z karpiem
kiedy szedłem szukać szynki

umysł jako podmiot poznający
pokój starszej pani
księżyc to placebo
smutno jest być solipsystą
całuj mnie jesienią

amatorka
szczupła miesięcy kochasz a
zimna bez serca

wiersze o cipce
ślimak do nasion
zamknięta pistacja

definicje logika
milosc szkic
wenflon krew
ruchaj mnie
medycyna śmierć
powiesiła się

skup złomu
koniec świata
maszyna snów
zęby szczura
dwa księżyce na niebie

klatka schodowa
stopnie do piekła
milosc szkic
medycyna śmierć

pistacje
jak się otwierają pistacje

zęby szczura
powiesiła się

smutek


Wstaję ciemno, idę zimno. Nad parkiem słońce, jak demokracja, głupio okrągłe. W tramwaju pachnie żelazkiem, gorąco. Dziewczyny śpią, każda nad książką, mężczyźni ze skruchą patrzą w podłogę. Z ust czuć im grobem – bo nie myją zębów.
Na szybie para, rysuję. Za oknem miasto psuje się z zimna, ja beznadziejnie w tym mieście, w kałużach błoto pod lodem. Czas się kurczy, przestrzeń dłuży, moc truchleje. Zagłada Centrum Handlowe. Galeria fryzur obcięte głowy, święty Mikołaj dług narodowy, dworzec centralny całkiem jak nowy. Karetka fałszuje, tramwaj hamuje i dzwoni. Daj pani daj, dużo zdrowia na cała rodzina. Widok ze złego oka, wysiadam kurwa kurtyna.

smutek


W ramach wietrzenia jesieni ze szpitalnych zapachów – trochę starej tektury, czyli kolejny rysunek z pudła. Czwarty rok studiów, ćwiczenia z antropologii filozoficznej.

img737

« wtewewte »