zło


zebranie005-1

zło


We wtorek wypiliśmy z S po dwa piwa w Cafe A. Wracałam tramwajem i potem na piechotę wzdłuż parku S, ulicą M. Ciemno tam w nocy jak nie przymierzając, ale że nigdy sobie do serca nie brałam, żeby po parku nie po ciemku, bo się zasadniczo niczego nie boję, tylko pająków, to poszłam tamtędy jak nieraz.

Idę, trochę powłóczę lewą nogą, opowiadam sobie w myśli wkurzające historie; często tak robię w wolnych chwilach. Dopracowuję właśnie szczegóły sceny kulminacyjnej, szlifuję pełen złych emocji dialog, kiedy czuję jak ktoś, kto najprawdopodobniej biegł za mną – bo kiedy to teraz w pamięci odtwarzam, to słyszę szybkie uderzenia miękkich podeszew i przyspieszony oddech – trąca mnie delikatnie w łopatkę, jak ktoś znajomy, kto chciałby, żebym się odwróciła. Nie odwracam się, bo nagle wyrwana z zamyślenia reaguję raczej powoli. Przy prawym uchu słyszę psiknięcie, na moim policzku ląduje spora ilość czegoś, co w konsystencji przypomina żel KY. Odwracam głowę i kątem oka widzę, jak mężczyzna w ciemnych spodniach, skórzanej kurtce i bluzie z kapturem ucieka po mostku.

Nie przestraszyłam się. Nie krzyknęłam. Nie zatrzymałam się, nie zwolniłam kroku ani go nie przyspieszyłam. Machinalnie wytarłam policzek szalikiem. Zdziwiłam się. Pomyślałam, że napastnik musiał być trochę rozczarowany brakiem reakcji. Weszłam do domu. Powąchałam szalik. Pomyślałam, że chciałabym mieć takie odczynniki jak dziadek patolog. Żeby potwierdzić albo wykluczyć. Poszłam do łazienki, umyłam twarz. Zadzwoniłam do Adama. Wrzuciłam do pralki wszystko, co miałam na sobie, wzięłam prysznic. A potem się wkurwiłam.

Szykowałam się do wyjścia z domu, bo chciałam tylko zostawić rzeczy i jechać do Adama, i myślałam, że nieno. Że właśnie że pójdę dokładnie tą samą drogą, bo będę chodzić po mieście, jak mi się podoba. Młotek może wezmę, ha, do obrony albo do zabicia, albo klucz szwedzki, niesłusznie zwany francuskim, chuj mnie obchodzi, że zabijanie jest nielegalne, a i owszem, i nie wstydzę się, niech nie wyobrażają sobie, niech sobie nie myślą. Może nie jestem już tak silna jak wtedy, kiedy położyłam na rękę wszystkie lesbijki w Toruniu, może mój młotek nie ma rozdwojonej końcówki, może nogą trochę powłóczę, ale nie będzie mi jeden z drugim w kapturze kurwa psikał.

Nie wzięłam młotka ani klucza. Poszłam na tramwaj ulicą M. Nikogo po drodze nie spotkałam.

zło


Słowa kluczowe 8 w formie wiersza, proszę bardzo. Ortografia i interpunkcja moje, poza tym bez ingerencji.

Chyba by dużo zdań, muchy dla chłopczyka.
Rajstopy supeł, cipka i pokrzywy…
Wąchaj pyton łajzo, ruchaj mnie do szału.

Wisielec, nie patrzeć w twarz.
Jak mnie ruchał na strychu –
dziecko nie mówi, bo patrzył w lustro.

Kiedy wazelina twardnieje –
o czym opowiada statek widmo,
co mówi obłączek paznokci?

Starość – wizje, obrazy, zmyślenia.
Śpiwory, chloroform, porno –
zamknąłem oczy i odleciałem.

Przedawkował, znajomi uciekli.
Gęsia stopka głęboka i powierzchowna.
Muchy w odkurzaczu, muchy dla chłopczyka.

Wujek ma POChP,
ślimak po śmierci nasrał nam do gitary.
Wąchaj pyton łajzo, ruchaj mnie do szału.

zło


Jadąc rano do pracy (rowerem pod górkę przez most), poczułam, że powietrza jest jakoś za mało. Może uchodzi z Ziemi, bo nagle spadło ciśnienie. I teraz się podusimy, jak wujek pedofil, co zmarł na POChP – to trochę potrwa, bo to trochę trwa. Nie chcę tak umierać, ale uciec nie ma, ani gdzie, ani jak. (Wujek nie żyje, cieszą się dzieci, przez mętne niebo samolot leci; ledwo leci).
Parę dni temu Adam opowiadał mi o kawce, która umarła w nocy, a rano wyszło z niej więcej robaków, niż ważyło to, co zostało. I o chorym gołębiu, co jak go weterynarz usypiał, to nie mógł znaleźć żyły i musiał zrobić zastrzyk w kark.
Ale kto wie, jak się zaczną dusić, może zmienią prawo. Dzień dobry, ty w te upały jak?

zło



Naprawdę, choć nie bardzo to rozumiem. Kiedy oglądałam dzisiaj zdjęcia salcesonu w internecie, parę razy zrobiło mi się niedobrze. Przy okazji odkryłam, że istnieje ciasto imitujące ten wyrób podrobowy (tak, wyrób podrobowy, za wikipedią).

zło


Parę dni temu, na przejściu dla pieszych. Kobieta z kilkuletnim chłopcem, chłopiec kolorowo ubrany, podskakujący, uśmiechnięty. Nadjeżdża samochód, zatrzymuje się. I wtedy chłopiec mówi, cicho, przez zęby:
– Jedź i uderz w nas… Jedź i uderz w nas…

zło


Na tym samym zebraniu co ferdydurka.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

zło


zło


Pierwszy dzień szkoły przypomniał mi się dzięki Agt, a właściwie dzięki jej dwóm galeriom z obrazkami z lektur dziecięcych*. Jedna galeria nazywa się Kiedy byłam mała, chciałam…, a druga – Kiedy byłam mała, bałam się… Dla przykładu: Kiedy byłam mała, chciałam… żeby ktoś wysuszył mi stopy swoimi długimi włosami oraz Kiedy byłam mała, bałam się… sterty obciętych członków.

Dziś przypomniałam sobie zdjęcie z dzieciństwa. Widzę je dość dokładnie, chociaż pewnie już mocno zniekształcone przez pamięć. Szukałam go w sieci, ale nie znalazłam.
Kiedy byłam mała, bałam się zagłady.

Drugiego września rano mama podciągnęła mi rajstopy, wywlekła na zewnątrz gumkę, związała ją w pętelkę, pospiesznie mnie uczesała – musiałam z całej siły trzymać się kuchennego kredensu, bo robiła to zawsze bardzo niedelikatnie – i zaprowadziła do szkoły.
Miejsce już znałam; przed wakacjami chodziłam do szkolnej zerówki, gdzie w małej salce w piwnicy podobna do świnki Piggy pani Mariola uczyła nas literek, cyferek i kwadratów, kasztanowych ludzików, papierowych łańcuchów i mozaiki ze skorupek. Ale teraz miało być inaczej, już na poważnie, na piętrze, z zeszytami, lekcjami i dzwonkiem.

Posadzono mnie w pierwszej ławce, z jakimś chłopcem. Pani w niczym nie przypominała sympatycznej świnki. Szczupła, wysoka, w wielkich ciemnych okularach, z czarnymi włosami upiętymi w nieprawdopodobny kok wyglądała jak Rosjanka z ówczesnych amerykańskich filmów sensacyjnych. Przywitała się, przedstawiła i oznajmiła, że będzie naszą wychowawczynią, a następnie kazała nam wstać, powiedzieć „Dzień do bry pa ni”, usiąść i od tej pory zawsze tak reagować na jej „Dzień dobry”.
„Pierwszy września, który wczoraj świętowaliśmy – powiedziała pani, kiedyśmy usiedli – to nie tylko początek roku szkolnego, to także rocznica”. I zaczęła opowiadać o wojnie. Jak na nas Niemcy napadli, jak nas okupowali, jak do nas strzelali, jak robili łapanki, getto i oświęcim. A potem puściła po klasie album ze zdjęciami, na których to wszystko było pokazane.

Na tym zdjęciu, które przypomniałam sobie dziś rano, przeraźliwie chudy mężczyzna ubrany w coś, co wydało mi się wtedy podobne do piżamy dziadka, pcha taczki. Na taczkach leżą obcięte kończyny albo nagie ciała dzieci – tak splątane, że trudno stwierdzić. Taczki są przeładowane, więc te wszystkie ręce i nogi prawie się z nich wysypują. Jedna, lekko zgięta, zwisa na pierwszym planie.

zło


Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

zło


Wstaję ciemno, idę zimno. Nad parkiem słońce, jak demokracja, głupio okrągłe. W tramwaju pachnie żelazkiem, gorąco. Dziewczyny śpią, każda nad książką, mężczyźni ze skruchą patrzą w podłogę. Z ust czuć im grobem – bo nie myją zębów.
Na szybie para, rysuję. Za oknem miasto psuje się z zimna, ja beznadziejnie w tym mieście, w kałużach błoto pod lodem. Czas się kurczy, przestrzeń dłuży, moc truchleje. Zagłada Centrum Handlowe. Galeria fryzur obcięte głowy, święty Mikołaj dług narodowy, dworzec centralny całkiem jak nowy. Karetka fałszuje, tramwaj hamuje i dzwoni. Daj pani daj, dużo zdrowia na cała rodzina. Widok ze złego oka, wysiadam kurwa kurtyna.

« wtewewte »